Znalazłam w starych szpargałach artykuł z angielskiego „The Economist” sprzed kilku lat, w którym analitycy ekonomiczni atakują powszechnie stosowany w bogatym świecie system dotowania rolnictwa. Autorzy tego artykułu nazywają t.zw. ochronę producentów żywności najbardziej wstecznym i marnotrawnym szaleństwem dzisiejszego świata. Zaraz mi się przypomniało, że nasi rolnicy dopiero co jeździli po szosach nowiutkimi traktorami, żeby zademonstrować swoją krzywdę. Tu im obcięli, tam nie dodali, no i w Europie innym dają więcej. Niedługo wybory, więc politycy, którzy idą po władzę, obiecują im tę krzywdę naprawić i dopłaty zwiększyć.
Dopłaty budzą we mnie instynktowny sprzeciw. Uważam, że zastępowanie przepisami urzędowymi odwiecznych sposobów produkowania i handlowania jest jakimś wynaturzeniem. Ale nie mam odwagi głosić tego poglądu jako laik, co innego kiedy głosi to najpoważniejsze pismo ekonomiczne. Na poparcie swojej tezy o szaleństwie eksperci napisali, że amerykańscy farmerzy otrzymują 50 centów dotacji do każdego dolara swoich dochodów. Rolnicy z Unii dostawali wtedy z pieniędzy podatników – nie wiem jak jest dziś – drugie tyle ile wynosił ich dochód, a w Szwajcarii to było nawet 80 procent dochodu rolnika. Jest czego bronić i dlatego lobby rolnicze skutecznie straszy nas od lat widmem głodu jeśli dopłacać by się przestało.
Autorzy z „The Economist” utrzymywali, że nie ma żadnego racjonalnego dowodu, że rolnictwo zostałoby w takim wypadku zniszczone, byłoby natomiast rolnictwem innym. Farmer w większym stopniu, ich zdaniem, stawałby się biznesmenem i nie byłoby takiego marnotrawstwa jakie występuje w systemie powszechnych dotacji. Ekonomiści australijscy obliczyli, że z każdego dolara jaki dociera do producentów 37 centów to pieniądze stracone. Te wielkie straty to choćby niewłaściwie wybierane miejsca pod uprawy – ten co wybiera nie płaci za ryzyko – a także rozrzutne użytkowanie ziemi. Świat przeżywa recesje – pisali autorzy – a co rok wyrzuca miliardy dolarów, ponieważ hamuje się wolny handel płodami rolnymi – dowodzą autorzy.
Za głód panujący w świecie nie można winić klimatu – piszą – kiedy w jednej części kuli ziemskiej wybucha nieurodzaj, w innej wybucha obfitość. Transport jest dziś doskonały, żywność można szybko i tanio przerzucać. Znacznie drożej wypada gromadzenie jej w strachu, że obcy nam nie sprzeda, tymczasem takie wypadki praktycznie się nie zdarzają.
Kto płaci za subsydia dla rolników? Płacą biedni. W skali globalnej, ponieważ w krajach rozwiniętych tak zręcznie manipuluje się barierami celnymi, limitami i dopłatami, że mniej rozwinięte kraje nie mają szans w walce o cenę zboża cukru czy mięsa. Ponadto, każde nierolnicze gospodarstwo domowe płaci swój haracz. W końcu XX wieku obliczono, że przeciętna nierolnicza rodzina zapłaciła ok. 1400 dolarów rocznie na ochronę rolnictwa. W łonie samych producentów rolnych do biedniejszych dociera z tych dotacji niewiele, głównie bogacą się wielcy farmerzy. Producent bawełny w Kalifornii otrzymał jednego roku subsydia w wysokości 12 milionów dolarów, inny 10 mln w formie pomocy przy sprzedaży win.
Autorzy piszą o wyliczeniach, które mówią, że liberalizacja w handlu artykułami rolnymi mogłaby przynieść światu niemal 500 mld dol rocznie. W Europie produkt krajowy wzrósłby przeciętnie po takim zabiegu o 2,5 proc. Gdyby Europa zaniechała swojej protekcjonistycznej polityki rolnej, zdaniem Autorów przybyłoby jej ok. 2 mln miejsc pracy.
Pewne zmiany w tej polityce rolnej wprowadziła już wtedy Australia, a zwłaszcza Nowa Zelandia. Najmniej ochoty do zmian przejawiają Francuzi. Najwyżej opłacanych ekonomistów z branży rolniczej spotyka się właśnie tam, gdzie najbujniej kwitną subsydia.
Znacznie łatwiej wprowadzić dotacje niż je potem znieść. Farmerzy chętnie płacą wielkie sumy na lobbing, to im się opłaca. Paradoks polega na tym, że im mniej jest rolników, tym skutecznej działa ich lobby – ciężary rozkładają się na większą liczbę konsumentów, a korzyści czerpie węższa grupa producentów.
W każdym kolejnym dziesięcioleciu politycy rolni znajdowali jakieś uzasadnienie tego, że właśnie teraz koniecznie trzeba lepiej chronić rolników. Pomagały wojny – i gorące, i zimne.
Autorzy tej publikacji wierzyli wtedy, że w końcu prawda o tym, jak nieskuteczna i nieuczciwa jest taka polityka rolna będzie zaakceptowana. Minęło jednak szereg lat od tamtej publikacji, a dopłaty i cała towarzysząca temu ideologia i praktyka ma się dobrze. Mimo że – wg wyliczeń Autorów – zainteresowane są takim obrotem sprawy bardzo liczne warstwy społeczne. Zarówno konsumenci, którzy dopłacają do tej drogiej polityki, bezrobotni, bo nie mają miejsc pracy, kraje rozwijające się, bo w żaden sposób nie mogą przeskoczyć poprzeczki ustawionej przez bogatych.
Nasi rolnicy nie zdążyli się jeszcze tak wzbogacić dzięki europejskiej polityce rolnej jak ich zachodni koledzy, to też poglądy i wyliczenia angielskich analityków nie byłyby w ich interesie. Gdyby jednak mogła zapanować na świecie zdrowa konkurencja w produkcji i niehamowana sztucznie wymiana handlowa, kto wie czy nasi nie znaleźliby się w takim wyścigu po stronie zwycięzców. Przy ostatnich blokadach oburzonych farmerów jeden z nich wykrzyczał nawet do kamery: – nie potrzebujemy żadnych dopłat, dajcie nam tylko normalnie handlować, bez łaski ale i bez tych ograniczeń kwotami i normami, to na pewno lepiej sobie poradzimy niż ci zagraniczni.
Nie wiadomo jakby sobie radzili, ale wiadomo że od takiej „wolnej amerykanki” już niestety i nasi rolnicy odwykli.
Agnieszka Wróblewska



System doatacji na dluzsza mete jest nie do utrzymania…Z czego zdaja sobie sprawe w Brukseli….Tylko nie wiadomo jak sie z niego wycofac , bo chlopskie larum sie podniesie ogromne , w Europie..
Czytanie o dopłatach dla rolnictwa w „Economist” to trochę tak, jakby szukała Pani informacji o Izraelu w gazetach Hamasu. Anglia to dość bandycki kraj, którego bogactwo oparte było na koloniach, ale również rozwój wewnętrzny pozwalał pozbyć się nadwyżek siły roboczej do kolonii. Historia samego tygodnika „The Economist” jest związana z walką przeciw cłom na towary rolne. Do jakiego stopnia są w tym swoim sprzeciwie wobec dopłat zakłamani można było zobaczyć np. po doborze ilustracji, kiedy japoński rolnik na swoim jednohektarowym gospodarstwie był już uzbrojony po zęby i pracował na roli średnio jeden dzień w tygodniu, „Economist” zilustrował swój artykuł o japońskim rolnictwie zdjęciem wieśniaka w kapeluszu z bawołem (żeby było śmieszniej, zdjęcie było z Chin). Polityka rolna, to bardzo złożona sprawa i jeśli EWG okazała się sukcesem to właśnie dzięki Wspólnej Polityce Rolnej. Rozumiem Pani instynktowny opór, ale instynkt to nie jest narzędzie pracy dziennikarza. Jeśli chce Pani być traktowana poważnie, to lepiej nie opierać się na instynkcie, a poszukać informacji, mimo że to zajęcie czasochłonne. (A perfidny Albion doskonale wie, jak to ważne i różni się tylko w tym, że Europa mówi: „bogaćmy się razem”, a Albion powiada: „nigdy to nie było i nie będzie naszym zamiarem”.)
Czy to znaczy, że nie ma nonsensów w CAP? Są, ale o tych nonsensach można rozmawiać tylko z tymi,którzy chcą się czegoś dowiedzieć.
Zdaję sobie sprawę, że to co tu napiszę będzie też nie prawomyślne, podobnie jak i tekst pani Agnieszki Wróblewskiej. Może nawet bardziej, bo w końcu pani Agnieszka powołuje się na szacownego „Economista”, natomiast ja przedstawię mój prywatny pogląd. Mogę się mylić, nie jestem socjologiem, to poprostu wnioski ze zwykłych obserwacji.
Otóż moim zdaniem polscy rolnicy, a być może i inni, mają nadal kompleks który można krótko nazwać „chłop-dziedzic”. Resztki bardzo starej mającej conajmniej 160 lat mentalności jeszcze gdzieś tam istnieją w zbiorowej świadomości rolników. Można to sprowadzić do następującego opisu w paru punktach:
1. Dziedzic ma zagospodarować to, co chłop wyprodukuje.
2. Dziedzic powinien dbać o chłopa bardziej niż o innych.
3. Dziedzic wyzyskuje i dręczy.
Dzisiaj dziedzicem jest państwo, wedle punktu 1 to nie wolny rynek na produkty rolne, lecz ceny przez dziedzica ustalone. Punkt 2 skolei to brak podatku dochodowego, składek ZUS i dopłaty UE, które wynegocjował dziedzic. Zaś punkt 3 to oczywista oczywistość, dziedzice zawsze prześladowali chłopów, więc blokady dróg i miast oraz fenomen pana Izdebskiego. Ale to nie tylko Izdebski, to także filozofia polityczna PSL z dołączoną wręcz oficjalnie doktryną kolesiostwa i nepotyzmu, bo tak zawsze na wsi było i będzie.
Zgadzam się z Panem Andrzejem Koraszewskim. Autorka przedwcześnie podsumowała rolników, bez rzetelnej analizy finansowej, ile rolnik może zarobić bez subsydiów. A od tego powinna się zaczynać każda taka analiza. W tym wypadku nie było analizy, tylko wnioski trochę z nieba wzięte.
.
To handel, dostawcy i inni pośrednicy (chłodnie, cła i co tam jeszcze), najbardziej wpływają na ceny żywności. Te wszystkie marże, które ze złotówki czynią wiele złotówek na końcu łańcucha pośredników pomiędzy rolnikiem a konsumentem. Jeśli cena skupu nie pokrywa wszystkich kosztów wyprodukowania towaru, wprowadza się dotacje. Nie jestem ekonomistą, dobrze, aby ktoś fachowo to zanalizował i nam tu przedstawił.
.
Dlaczego rolnik musi płacić za ciągnik setki tysięcy złotych a jego produkty nie pozwalają mu na ten ciągnik zarobić? Byliśmy świadkami złośliwych komentarzy na ten temat, że „biedni” rolnicy wyjechali na protesty ciągnikami za miliony… To chwytało. Ja też się oburzyłem.
.
Zatem odwróćmy sytuację i zastanówmy się, czy rolnik jest gorszy od technika komputerowego? Czy od górnika? Czy od pracownika administracji, fryzjera, maszynisty czy kierowcy ciężarówki? Dopiero jak bardzo dokładnie porównamy wkład pracy i wynikające z niej rezultaty, będziemy mogli odpowiedzieć na pytanie: subsydiować czy nie. I nie przekona mnie nikt, źe rolnik jest mniej wykształcony. On się uczy od kolebki swojego zawodu, a dzisiejsze rolnictwo wymaga wiedzy jak każdy inny fach.
A ja się zgadzam z panem Arkuszewskim. Podobnie widzę wieś, a dodatkowe wsparcie mam w analizach produkcji rolnej w odległych czasów w różnych częściach Polski, które o czym może nie wszyscy wiedzą, różniły się bardzo od siebie.
Te 3 punkty pana A. są nie do podważenia.
@andrzej Pokonos, pisze pan „Te wszystkie marże, które ze złotówki czynią wiele złotówek na końcu łańcucha pośredników pomiędzy rolnikiem a konsumentem.”
To prawda, ale proszę zapytać co rolnik zrobił, by ten łańcuch skrócić(przejąc niektóre marże)? Nic nie zrobił. Państwo ma zagospodarować jego produkcję. Widziałem co robi rolnik z Niemczech, widziałem w Bretanii i widziałem w Polsce. W Polsce „mu się należy”.
Jak zacznę produkować gumki do majtek to kto się będzie zajmował szukaniem rynku na mój produkt? Państwo? A jak nie znajdę to pójdę pod sejm i będę żądał dopłat?
Na giełdach towarowych (mam dwie koło siebie) jakoś nie widzę rolników przywożących swój towar. Dlaczego? Rolnicy we Francji zakładają spółki produkujące np. sery. Łączą swe ziemie, pasą na nich mleczne bydło i produkują. A u nas? Jańczak z Nowakiem ma połączyć łąki?! W życiu!!
A wystarczyłoby wysyłać wspólnie produkty na giełdy co potaniłoby koszty transportu i uwalniało od dyktatu cen narzucanego przez pośredników. Tak na początek. No i proszę namówić kogoś do tego.
Ktoś na SO już opowiadał o wyjeździe Związku Sadowników do Francji, gdzie mieli przyglądać się tamtejszej organizacji rolnictwa. Oni pojechali na wycieczkę, wniosków nie wyciągnęli żadnych.
Oczywiście uogólniam, bo znam rejony, gdzie na kiepskich ziemiach (jak na Kaszubach) wieś wygląda coraz lepiej, ale narzekanie na pośredników w sytuacji gdy samemu się nie ruszy tyłka jest irytujące.
A ja zgadzam się z panem j.Luk. Tu gdzie mieszkam, na wsi w Szwajcarii kupuję jajka, warzywa i owoce, czasem sery i mięso u sąsiadującego chłopa. Ma w stodole mały sklepik, ceny są niższe niż w marketach, a jakość i świeżość znakomita. Można to by było wprowadzić i w Polsce, ale podobno polskim chłopom nie wolno sprzedawać wprost konsumentowi swoich produktów. Zresztą to są nie tylko jego produkty – sąsiad hoduje bydło rzeźne, to od niego mięso, inny ma duży kurnik i stąd jajka. Handlują więc między sobą, ale to nie jest łańcuch pośredników. Dlaczego nie wolno? Bo trzeba by płacić VAT, a tutaj w tym małym sklepiku matka właściciela zajmująca się sklepikiem ma kasę fiskalną. Jeśli jednak płacenie podatku przez chłopa to temat tabu, to mamy w Polsce to co mamy.