Jerzy Łukaszewski: Kto komu i dlaczego?8 min czytania

()

rybogryf2015-03-19.  

Człowiek, jak się uprze, jest w stanie udowodnić nawet to, że cukier jest słodki. Sęk w tym, że tych upartych jakby coraz mniej, za to dywagujących nad smakiem cukru jakby z każdym dniem więcej. Rozdrabniając się i gubiąc w szczegółach zapominamy z wielką ochotą, o czym my właściwie rozmawiamy.

Nieustanny polityczny kontredans jaki fundują nam partie polityczne jest na tyle skutecznym narzędziem ogłupiania, że roztrząsając niezwykle ważna kwestię, czy prezydent skakał po czyimś krześle „po nadmiernym spożyciu sake”, jak twierdziło ziobro (za co moim zdaniem powinno odpowiadać przed sądem), czy tylko po podeście, czy też nie skakał wcale, zupełnie nie zwracamy uwagi na to, o co tak naprawdę toczy się gra.

Tymczasem wbrew opinii sceptyków takich jak ja, wojna polityczna w Polsce toczy się wokół sprawy zasadniczej, a mianowicie odmiennej jak tylko to możliwe koncepcji relacji między państwem, a obywatelem.

Jedna szkoła, powołująca się bez przerwy na historię, ale taką z lekka nagiętą dla własnych celów, opowiada się za modelem wyższości słabo zdefiniowanego „dobra państwa” nad  celami i potrzebami obywatela. Obywatel ma być pełen poświęcenia dla państwa, pracować dla niego, walczyć o nie (z kim – to się obywatelowi podpowie) i w ogóle „przedkładać”.

Koncepcja druga, która jeszcze nie odkryła, że coś takiego jak historia w ogóle istnieje – wręcz przeciwnie, uważa że to państwo jest dla obywatela, a nie odwrotnie.

Z uwagi na stałe zajmowanie się pierdołami, nikt nawet nie dopuszcza myśli o jakimś rozsądnym kompromisie, choć właśnie historia potrafiłaby wskazać wiele przykładów na to, że jest on możliwy.

Państwo jest organizacją przymusową, to fakt, ale nie oznacza to, że stosunki z obywatelem mają iść tylko w jednym kierunku.

Roztrząsałem ostatnio sprawę zajęcia przez Krzyżaków Pomorza w 1308 roku, temat tzw. „rzezi gdańskiej” i zdrady możnowładczego rodu Święców, czyli klasykę polskiej martyrologii upamiętnioną nawet na gdańskim pomniku „Tym co za polskość Gdańska” pośród innych zasłużonych.

Pomijając cały worek smaczków historycznych, jak choćby ten, że to nie Krzyżacy pierwsi złamali umowę z Łokietkiem o warunkach udzielenia  pomocy przeciw brandenburczykom, ale jak najbardziej polska strona, okazało się, że tzw. sprawy zasadnicze też wyglądają nieco inaczej, jeśli się je na spokojnie rozważy.

Średniowieczny układ stosunków był w zasadzie dość prosty. Relacje suweren – lennik nie pozostawiały wątpliwości. Jednak zbyt rzadko się mówi, że układ ten działał w obie strony, a nie tylko w jedną. Suweren, który nie wywiązywał się z obowiązków wobec lennika, a należała do nich m.in. obrona poddanego przed agresją z zewnątrz, musiał liczyć się z tym, że za którymś razem lennik wypowie mu posłuszeństwo i znajdzie sobie takiego, który te obowiązki będzie wypełniał. Nikt nie poczytywał takiemu lennikowi jego postępowania za zdradę, raczej za postępowanie zgodne z zasadami logiki. Brak było wówczas całej otoczki etnopatriotycznej, a dominował twardy, rozumiany dosłownie interes obu stron. Nie chciałbym nikogo urazić, ale ten układ wydaje mi się zdrowszy od współczesnego.

Przekładając te stosunki na język dzisiejszych pojęć otrzymujemy kłębowisko bzdur, które każe umieszczać mieszczan gdańskich z 1308 roku na pomniku jako walczących „o polskość Gdańska”, choć akurat walczyli oni o „brandenburskość” tego miasta, o czym dalej.

Pieczętujący się Rybogryfem ród Święców trzymał w swym ręku wszystkie najważniejsze urzędy na Pomorzu, w istniejącym wówczas zamieszaniu geopolitycznym pewnie myślał po cichu o zajęciu miejsca po wymarłej dynastii książąt pomorskich, ale wszystko wskazuje na to, że czuł się odpowiedzialny za los ziemi, którą zarządzał – a to w imieniu Łokietka, a to w imieniu Wacława czeskiego itd.

Łokietek zajęty zbieraniem ziem dawnego królestwa rzeczywiście nie był w stanie wypełniać swych obowiązków suwerena wobec wszystkich części dawnej Polski na raz i trudno go o to winić. Ale i trudno winić Święców, że wobec istniejących zagrożeń ciągłych najazdów zaczęli myśleć o zmianie władcy. Potężniejący pod bokiem Zakon nawet nie udawał, że Pomorze go nie interesuje i wiadomo było, że czeka tylko sposobnej chwili.

Jeśli więc umowa lenna Święców z margrabią brandenburskim z 1307 roku nazywana jest zdradą, to tylko dlatego, że umowę tę zawarli ludzie pełniący funkcje urzędnicze z ramienia księcia Władysława. Subtelna różnica, ale jednak.

Gdańszczanie nie przepadali za Łokietkiem i mieli ku temu powody. W czasie swego krótkiego pobytu w tym mieście zrobił najbardziej niezdarną rzecz, jaką mógł (zakładając, że chciał dobrze) dając kupcom z Lubeki przywilej otwarcia eksterytorialnego kantoru, czyli takiego, który ani nie podlega Radzie Miejskiej, ani nie płaci do kasy miasta podatków. To było uderzenie wprost w interesy miasta, a na tym tle ówcześni ludzie byli wyjątkowo czuli i rzadko wybaczali takie ekscesy. Poza tym, co jest bardzo ważne, a rzadko podkreślane, Łokietek z roku 1307 nie był kimś, kto z ich punktu widzenia mógł cokolwiek gwarantować.

Umowę Święców z margrabią Waldemarem powitali więc radośnie, bo Marchia była państwem stabilnym, zamożnym, gwarantującym miastu wszechstronny rozwój. Brandenburczycy Gdańska nie zdobywali, bo nie musieli. Mieszczanie sami otworzyli im bramy witając ochotnie. Opór stawił sędzia Bogusza w grodzie opodal miasta, na czele skromnej załogi wojskowej. Był książęcym urzędnikiem i był to jego obowiązek. Wszystkim rozczulającym się nad jego „patriotyczną” postawą podpowiem, że po zajęciu Pomorza przez Krzyżaków Bogusza… nadal był sędzią, tyle że już z ramienia Zakonu, o czym zazwyczaj nie opowiada się w filmach typu „Gniewko syn rybaka”.

Mieszczanie gdańscy stawili za to opór Krzyżakom idącym przeciw wojskom margrabiego, bo… uważali ich za sprzymierzeńców Łokietka. Miało to później, w listopadową noc z 12 na 13 swoje konsekwencje, znane do dziś pod nazwą „rzezi gdańskiej”.

Grodu Krzyżacy nie zdobywali, bo zgodnie z zawartą umową Bogusza ich do niego wpuścił. Problem polegał na tym, że strona polska jednostronnie zmieniła warunki umowy, o czym nie wiedział wkraczający do Gdańska komtur chełmiński i zamiast otrzymać gród w całości na okres jednego roku, miał zadowolić się jego połową. Jeśli ktoś nie wie jaka jest różnica między całym grodem, a połową, wyjaśniam, że chodziło nie tyle o fizyczną obecność w jakiejś części grodu, co o świadczenia jakie miasto łożyło na stacjonującą w nim załogę. Czyli – o pieniądze. Komtur wypełniwszy swoją część umowy dowiedział się, że otrzyma jedynie połowę umówionej zapłaty.

Nawet jeśli uznamy, że wredni z natury Krzyżacy i tak mieli swój podstępny plan wobec Pomorza, musimy uczciwie przyznać, że strona polska dała im wyjątkowo poręczny pretekst. I po co?

Na dodatek rycerze, których Krzyżacy ścięli po zajęciu miasta, zgodnie z zapiskami kroniki oliwskiej, byli wojami z pocztów wojewody Święcy, walczącymi o zachowanie brandenburskiej władzy nad Gdańskiem.

Tak czy owak, umieszczanie mieszczan gdańskich w kręgu „walczących o polskość Gdańska” jest już nie chichotem historii, ale wręcz jej rechotaniem.

Jako wyjątkową bezczelność i przykład na fałsz krzyżacki pokazuje się czasem sprawę kupna praw do Pomorza od brandenburczyków (początkowo chcieli je kupić od Łokietka), do którego przecież Marchia nie miała żadnych praw.

Na pewno?

To dziwne, bo w niemal identycznym przypadku w 1454 roku, gdy Pomorzanie zdecydowali, że chcą należeć do państwa polskiego i porzucili dotychczasowego suwerena, takich wątpliwości nie mamy.

Umowa lenna ze Święcami z 1307 roku była w świetle panujących w XIV wieku stosunków jak najbardziej zgodna z zasadami i mająca moc prawną. Święców można potępiać z punktu widzenia etyki urzędniczej, ale nic poza tym. Konsekwentnie trzeba więc uznać, że kupno ziemi od Waldemara było dla Krzyżaków transakcją jak najbardziej legalną. Podnoszenie rozmaitych wątpliwości w czasie procesu w 1320 roku nie dało rezultatu, pierwotny – korzystny dla Łokietka wyrok nigdy nie został zatwierdzony, Pomorze było dla Władysława stracone.

To są oczywiście szczegóły, które nie wszystkich muszą interesować.

Istotne jest to, że przez całą tę sprawę przewija się problem relacji (mówiąc dzisiejszym językiem) państwo – obywatel. Kto jest dla kogo?

Walka o rząd dusz, o zwycięstwo swojej koncepcji jest dziś najistotniejszą sprawą nie tylko polskiej polityki. Brnąc poprzez błocko partyjnych programów powinniśmy zwracać uwagę na te ich elementy, które wprost odnoszą się do tego zagadnienia, bo w gruncie rzeczy to ono będzie miało decydujące znaczenie dla naszej przyszłości.

No właśnie – dla naszej…. czyli czyjej? Państwa czy obywateli?

Czy to na pewno jest to samo?

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

4 komentarze

  1. narciarz2 20.03.2015
    • jotbe_x 20.03.2015
  2. W. Bujak 20.03.2015
  3. W. Bujak 20.03.2015