Jerzy Łukaszewski: I co dobrodziej powiedzą?

kapliczkanapis2015-03-26.

Nieuctwo polskiego kleru ocierające się momentami o wtórny analfabetyzm powoli staje się wręcz przysłowiowe. Doświadczył tego niemal każdy, kto wiedziony naiwną wiarą w ludzi próbował dyskusji z proboszczem wykraczającej tematycznie poza należne mu cołaski.

Niekiedy bywa ono komiczne, jak w przypadku, gdy usiłowałem dotrzeć do spisu pochówków z XVIII wieku, a proboszcz usiłował mnie zbyć gadką o … ochronie danych osobowych. Ja mogłem się pośmiać, mniej do śmiechu jest tym, którzy muszą załatwić coś pilnie (pogrzeb), a dobrodziej zaczyna strzelać fochy.

Niezrozumiałe jest też traktowanie księży przez niektóre uczelnie i Rady Naukowe wydziałów, które godzą się na przyznawanie tytułów naukowych kompletnym ignorantom, bo … no wiesz … ksiądz…itd.

Znany mi egzemplarz ukończył seminarium pisząc pracę magisterską … wspólnie z kolegą. Ustawa dopuszcza taką możliwość, ale jedynie w przypadku wyjątkowego tematu, którego zbadanie wymaga dwóch lub więcej osób. Tu zaś tematem był … „ Opis parafii w …”.

Taki opis sporządzą bez wysiłku moje koty  wprawione fachowo poprzez samo wylegiwanie się na książkach.

Wspomniany egzemplarz nie poprzestał na tym, ambicja bycia kimś skierowała jego kroki na wydział Historii Sztuki uniwersytetu, gdzie otworzył przewód doktorski. Pracę przyjęto, uczelnia wydała dyplom no i mamy księdza doktora.

Sęk w tym, że egzemplarz nie rozpoczął działalności na tej niwie, lecz wziął się za historię, bo wydawało mu się, że …przecież to to samo.

Nikt nie nauczył go, że każda dziedzina wiedzy ma swoje metody badawcze, inne od innych, swoją metodologię, od której przestrzegania zależy wartość i wiarygodność jego pracy.

Nie sądzę zresztą, by go to w ogóle interesowało.

Korzystając z możliwości Kościoła zaczął publikować prace „historyczne” dopuszczając się rzeczy, za które każdy student historii zostałby zamordowany przez profesora i to ze szczególnym okrucieństwem. Dość powiedzieć, że zamiana faktów w cytowanych źródłach nigdy nie spędzała mu snu z powiek.

Jak mu pasował „Karol” to pisał „Karol”, mimo, że w źródłach wyraźnie figurował „Antoni”. Uznając względność czasu nie krępował się żadnymi datami, które sobie zmieniał wedle upodobania. I jeszcze gorzej.

Ponieważ nie jedyny to przypadek, zacząłem się zastanawiać, czy uczelnia nie wstydzi się, że wydala dyplom komuś takiemu? Na wszelki wypadek w publicznych dysputach zwykłem podkreślać kto mu dał ten dyplom. Może z czasem dotrze i na uczelnię.

Tym bardziej, że egzemplarzowi zdarzyło się opublikować pracę zahaczającą o historię sztuki (z której ma ten doktorat) i okazało się, że jego wiedza jest na poziomie niższym, niż moich kolegów z liceum, gdzie akurat takich podstaw nas uczono. Interpretacja obrazu i opis postaci (chodziło o sposób przedstawiania fundatorów) to jedna z tych rzeczy, które pamiętam jeszcze ze szkoły. Ksiądz doktor nie.

Dlaczego znów przypomniała mi się ta sprawa?

Otóż obserwując i wysłuchując biadolenia naszych biskupów na temat zeświecczenia współczesnego świata, tych wszystkich genderow co to czyhają na zgubę chrześcijańskich dusz pomyślałem sobie, że przy zachowaniu wszelkich różnic sytuacja przypomina tę z początków XVI wieku, z okresu dość gwałtowanego wkroczenia na nasze ziemie prądów reformacyjnych.

Ówczesna retoryka kościelna do złudzenia przypomina tę współczesną. Pomyślałem sobie więc, czy aby przypadkiem pozostałe czynniki konstruujące taką a nie inna sytuację nie są podobne?

Prace prof. Mączaka dotyczące stanu Kościoła w XVI wieku ukazują nam obraz wręcz tragiczny.

Duża liczba proboszczów nie potrafiących pisać i czytać, nie potrafiąca nawet wytłumaczyć kto, kiedy i na jakiej podstawie zrobił ich proboszczami, krzątająca się za to gracko wokół własnego gospodarstwa, nieformalne, ale i formalne (!) związki z kobietami. Gromadki progenitury na plebaniach itd.

Złośliwi wykładowcy cytując Mączaka twierdzili, że to wiek XVI był podstawą powstania oszczerczego i na wskroś nieprawdziwego obrazu duchowieństwa zawartego w znanej anegdocie o biskupie, który odwiedzał parafie swojej diecezji. W jednej z nich, ponieważ bieda była widoczna, musiał spać z proboszczem w jednym łóżku, więcej takich sprzętów nie było.

Wszystko było w porządku, dopóki nie zapiał kur.

Zaspany proboszcz z całej siły dał biskupowi kuksańca w bok:

– Mańka, wstawaj krowy doić!

Na to biskup oburzony:

– Ależ pani hrabino, co też pani…

Niestety, w wieku XVI nie była to wcale anegdota. Można to wyczytać m.in. w notatkach wizytacyjnych biskupa włocławskiego, Hieronima Rozrażewskiego z jego wizytacji na Pomorzu.

To ten biskup, który w pierwszym odruchu chciał skasować gdański klasztor brygidek, które m.in. roztaczały opiekę nad kobietami upadłymi. Biskup Hieronim pisał, że … nie bardzo potrafi je rozróżnić.

Wspominam akurat tego biskupa, bo była to jedna z jaśniejszych postaci ówczesnego kościoła w Polsce, człowiek światły, oczytany, dla wielu autorytet teologiczny o czym świadczy korespondencja z licznymi biskupami Europy.

A przy tym człowiek bardzo przytomny i widzący świat trzeźwo, może dlatego potrafiący radzić sobie z przeciwnościami losu.

Otóż biskup Rozrażewski widząc stan Kościoła, w obliczu postępującego protestantyzmu (bywało, że na luteranizm przechodziły całe parafie z proboszczem włącznie, nic się w nich nie zmieniało prócz wyznania), postanowił temu przeciwdziałać. Niby nic nadzwyczajnego, normalna reakcja hierarchy.

Sęk w tym JAK on to zaczął robić.

Pierwszą rzeczą jakiej dokonał było nawiązanie stosunków z świeżo powstałym kolegium jezuickim w Braniewie, gdzie kształcono przyszłych duchownych na najwyższym z możliwych wówczas poziomów. „Zgarniał” niemal wszystkich absolwentów i obsadzał ich na probostwach w swojej diecezji.

Wyznawał zasadę „proboszcz ma być nie tylko przewodnikiem duchowym w zakresie religii, ale także nauk całkiem świeckich. Ma być autorytetem intelektualnym na swoim terenie!”.

Zasadę tę wprowadzał w życie wyjątkowo konsekwentnie. Efekty nie dały na siebie długo czekać. Posoborowy Kościół wiedziony przez takich pasterzy jak Rozrażewski zaczął odzyskiwać teren.

Pytanie: dlaczego nikt ze współczesnych biskupów nie odwołuje się do tej tradycji? Rozrażewski pokazał, że to się da zrobić i że jest to skuteczne. To jest przecież część historii Kościoła. Czyżby dziś nikt jej w seminariach nie studiował? Nie wyciągał wniosków?

Nietrudno doprawdy pojąć, że Kościół chowając się za ludyczny płotek przydrożnych figurek i pomników JPII będzie przegrywał z rzeczywistością, bo jego zaplecze będzie się kurczyło. Nie działa instynkt samozachowawczy?

Dlaczego każdy wychylający się z polskokatolickiego bagienka, zamiast stawać się nadzieją Kościoła, jest odrzucamy, potępiany, ścigany przez biskupów jak złoczyńca?

Oczywiście, mogę sobie powiedzieć „nie moje zmartwienie”. Ale czy na pewno?

Dopóki Kościół jest częścią naszego życia społecznego i ma wpływ na jakość tego życia, myślę, że to jest problem każdego z nas.

Nie należę do osób, które chciałyby eliminować wierzących z życia publicznego, bo niby na jakiej podstawie?

Wolałbym jednak, nawet jeśli mamy się nieustannie spierać, by była do dyskusja na mniej więcej przyzwoitym, nie obrażającym rozumu poziomie.

Jak na razie ten poziom wciąż się obniża, co w dłuższej perspektywie jest niebezpieczne dla nas wszystkich.

Wyzwania jakie stawia przed nami świat XXI wieku wymagają innej dyskusji i innych ludzi.

Przy całym swym sceptycznym stosunku do Kościoła wolałbym jeden pomnik biskupa Rozrażewskiego, niż te tysiące krasnali ogrodowych mających przedstawiać JPII.

I nawet złożyłbym pod nim kwiatki.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

13 komentarzy

  1. hazelhard 2015-03-26
  2. PIRS 2015-03-26
  3. Aleksy 2015-03-26
  4. hazelhard 2015-03-27
  5. j.Luk 2015-03-27
  6. Aleksy 2015-03-27
  7. j.Luk 2015-03-27
    • Aleksy 2015-03-28
  8. j.Luk 2015-03-28
    • Aleksy 2015-03-28
  9. slawek 2015-03-28
  10. j.Luk 2015-03-28
  11. j.Luk 2015-03-28
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com