Elżbieta Skotnicka-Illasiewicz: Co z tą pocztą?

poczta_polska_logo2015-03-29.

Przez ostatnie kilka lat natykaliśmy się w licznych punktach Warszawy (ale zapewne i innych miast) na okresowo zamykane lokale pocztowe, co wiązane było z ich remontem i modernizacją. Istotnie, po kilku miesiącach, poczty ponownie otwierano – a naszym oczom, z nieskrywanym zadowoleniem, w miejsce obskurnych do niedawna punktów, ukazywały się niemal salony pocztowe. Poza oczywistymi usprawnieniami, jak wprowadzane automatów z numerkami wyznaczającymi kolejność obsługi, odnowione lokale cieszyło oko dobrze rozplanowane wnętrze z miejscami do siedzenia i stołami umożliwiającymi wygodne wypełnienie formularzy pocztowych czy adresowanie przesyłek. Dawało to poczucie komfortu i zwiększonej dbałości o nas, pocztowych klientów.

Tak było, ale szybko się skończyło.

Pierwszą oznaką rodzącego się szaleństwa było, nie wiadomo z jakich przyczyn, przeniesienie punktów odbioru awizowanych przesyłek (a więc przesyłek objętych pewną tajemnicą i odpowiedzialnością za ich dostarczenie) do kiosków z gazetami. Aby nie było zbyt prosto – jedynie do niektórych. Klucz, wedle którego jednym kioskom przypadł zaszczyt pełnienia tej funkcji a innym nie, do dziś nie został wyjaśniony. W okresie obowiązywania tej zasady kioski prasowe, którym te usługę powierzano – zmieniały się. Nikt mieszkańców o dokonywanych zmianach nie informował, a przecież wystarczyło zobowiązać do takiej informacji administracje domów. Wściekli poszukiwacze swoich awizowanych przesyłek krążyli po zmieniających się lokalizacjach punktów odbioru i rozładowywali swoją złość na Bogu ducha winnych kioskarzach, którzy z kolei nie kryjąc swojej złości na pocztę oddawali „klientom” pięknym za nadobne. Ostatecznie usługi tej kioskarze się pozbyli i awiza wróciły na pocztę.

No, ale na tym nie koniec. W moim najbliższym otoczeniu (10-15 minut na piechotę i 5-10 minut tramwajem) trzy świeżo wyremontowane (w końcu również za moje – podatnika pieniądze) punkty pocztowe zniknęły. Nie zauważyłam, podobnie jak wcześniej, informacji ani dlaczego ani, co ważniejsze, jaki jest adres „mojej” poczty. Ostatecznie, dzięki uprzejmości napotkanego listonosza (na szczęście jego nie zmieniono) zdobyłam adres i okazało się, że „nowa poczta” jest tak zlokalizowana, że mając zdrowe nogi trzeba do niej iść około 20-25 minut, a jej zlokalizowanie starannie omija trasy komunikacji miejskiej (tramwaj, autobus nie mówiąc o metrze). Ludzie w podeszłym wieku, oprócz oczywistych barier fizycznych, rzadziej niż młodsi i zdrowsi, korzystają z przekazów internetowych, dyspozycji bankowych itp. Odbierają swoje emerytury, płacą rachunki nie przez Internet, a osobiście korzystając z usług w pocztowym okienku.

Chciałabym dowiedzieć się: czy nowi dysponenci usług pocztowych pomyśleli o klientach, którym służą, czy pomyśleli o dogodności ich dotarcia na pocztę? Czy aby wysłać list czy kartkę na święta nie mogłabym (jak dawniej bywało) kupić znaczka w pobliskim kiosku z gazetami? Kto zadecydował o roztrwonieniu pieniędzy zainwestowanych w remonty ‘starych” punktów pocztowych?

I czy naprawdę najważniejsza była zmiana adresu i koloru niebieskiego na czerwony jako rozpoznawczego poczty? Kto jest obecnie właścicielem poczty zupełnie mnie nie interesuje.

Elżbieta Skotnicka-Illasiewicz

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. j.Luk 2015-03-29
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com