Proszę się nie obawiać, to nie będzie rozprawka teologiczna. Choć podchodzę do tekstu z równymi obawami, co do teologii, ponieważ jeszcze nigdy nie pisałem recenzji filmu. A jeśli powiem, że chodzi o film nakręcony ponad 50 lat temu, to można się dziwić, że w ogóle się za to biorę.
Ale – jak się komuś czegoś chce – zawsze potrafi dorobić do tego ideologię.
No więc dorabiam.
Chodzi o stary film z 1960 roku w reżyserii Marii Kaniewskiej na podstawie prozy Kornela Makuszyńskiego „Szatan z siódmej klasy”.
Jeden z moich ukochanych klasyków, który przenoszę z nośnika na nośnik starając się nadążyć za technologicznym postępem i który mimo wieku potrafię wciąż oglądać z tą samą przyjemnością co w dzieciństwie, co zdumiewa nieraz moich znajomych, którzy „wyrośli” z tego rodzaju lektur i filmów. Żal mi ich, naprawdę.
Tak się jednak składa, że to nie tylko film, ale coś w rodzaju magicznej skrzynki, z której po dotknięciu magiczną różdżką wyobraźni wyskakuje tyle różnych spraw, tyle niespodzianek, że człowiek odkrywa go wciąż na nowo i tylko modli się, żeby nie „wyrosnąć”.
Zacznijmy od samego autora. Jedni go lubią, innych denerwuje stylem, mnie zawsze i wciąż zdumiewa lekkością pióra i myśli hasających jak rozbrykane zające, które nie mają lepszego zajęcia, jak bawić nas swoimi cyrkowymi popisami. Człowiek wyobrażając sobie Autora widzi kogoś ciepłego, życzliwego, przepełnionego miłością do świata i ludzi ponad zwykłą miarę.
Człowieka szczęśliwego.
Pewnie tak było, ale do czasu. Najpierw wojna, która zburzyła mu jego świat pracowicie skonstruowany, zrujnowała, pozbawiła pamiątek, które gromadził, a potem powojenna Polska, która postanowiła go zniszczyć.
Dlaczego? Cóż takiego uczynił autor „Szaleństw panny Ewy”, że po wojnie pozbawiono go nieomal możliwości fizycznego przetrwania? Zakaz druku, zero szans na sensowną pracę – po co to wszystko?
Makuszyński wiązał to ze sprawą swojego przedwojennego członkostwa w Polskiej Akademii Literatury. Został mianowicie członkiem w miejsce usuniętego z Akademii Wincentego Rzymowskiego, któremu udowodniono plagiaty z Russela i Prevosta, a który po wojnie został … ministrem kultury.
Jak było naprawdę, pewnie nigdy się nie dowiemy, możemy jedynie rejestrować fakty.
Te zaś są takie, że czasem nawet literatura dla młodzieży potrafi wygrać z polityką.
Zbyt wiele osób pamiętało wydaną w 1937 roku powieść „Szatan z siódmej klasy”, by można ją było po wojnie całkowicie zignorować i skazać na zapomnienie.
Z drugiej strony – jak tu wydać powieść, której akcja dzieje się w polskim dworku na wileńszczyźnie, a ta przecież po wojnie zgodnie z wyrażaną entuzjastycznie wolą mieszkańców i jedynie słuszną linią polityczną weszła w skład ZSRR? No, jakoś nie tak…
Co tam – jak się tylko chce – wszystko jest możliwe!
Akcja dzieje się na kresach? A kto tak powiedział? Makuszyński? No to się mylił!
Pamiętamy scenę, w której Adam pod przymusem pisze list do mieszkańców dworku. Odbiorcy dyskutują nad „błędami” jakich się w nich dopuścił. Pamiętamy też, że wieś na wileńszczyźnie nazywała się Bejgoła, co Adam przerobił na Ejgoła i nie bez przyczyny.
A co czytamy w wydaniu książki z 1949r.? (Gebethner i Wolff)
No. I gotowe. Żadnych tam kresów, Bejgoł i takich tam. Kleszewo wg poprawionej wersji książki to „wieś opodal Pułtuska” (w oryginale było „Bejgoła, wieś niedaleko Wilna), Wiliszki zmieniono na Olszynek, zamiast Żywotówki (tam gdzie mieszkały ciemne typy) są Smolary itd.
Specjalnego smaczku dodaje sprawie informacja w stopce: „Druk rozpoczęto 15.9.1944 – Ukończono 15.10.1949”. Pięć lat ciężkiej pracy!
Dziś wygląda to co najmniej humorystycznie, ale w roku 1949, w którym wygłoszony został w Szczecinie słynny referat o socrealizmie, traktowano to bardzo poważnie.
Mniej humorystycznie brzmi doniesienie, że niektóre współczesne wydawnictwa bezrefleksyjnie powielają tę „poprawkę” i możemy dziś spotkać coś takiego w księgarni. Serio. Nie bardzo wiem dlaczego, bo już w 1958 i 1961 roku książkę wydano bez politycznej korekty.
Kiedy Maria Kaniewska w 1960 roku nakręciła film, Bejgoła została „przywrócona do łask”. Wprowadziła natomiast kilka innych poprawek. Matematyk Gąsowski nie jest już właścicielem dworku, lecz jego konserwatorem.
Pomimo to trzeba przyznać, że reżyserka oddała klimat powieści z prawdziwym mistrzostwem, co powoduje, że nawet młodzi fani „Szatana” (a znam takich) uznają jej film za jedyną wersję godną oglądania.
Oczywiście, żaden film nie zastąpi książki, język Makuszyńskiego jest nie do oddania na ekranie, ale jako rodzaj ilustracji do niej – jak najbardziej.
Stanisław Milski jest profesorem Gąsowskim i nie wyobrażam sobie innego. Tym bardziej, że sam miałem podobnego, choć nie od historii. Cudownie roztrzepany, pełen „niezłomnych zasad”, rzucający na uczniów gromy z głębi swego gołębiego serca – przez największych klasowych chuliganów traktowany jak skarb, który należy chronić. Popatrzcie państwo na ekran. Dokładnie to na nim zobaczycie. To coś do czego się tęskni.
Ta niezwykłość relacji między nauczycielem i uczniami to zjawisko, któremu powinno postawić się pomnik. Cały stosunek autora do świata jest właśnie w tych scenach. Niedościgniony wzór komunikacji człowieka z człowiekiem na bazie dobra.
Jedna z końcowych scen – godna Oscara, a nawet kilku. Profesor ukryty w samochodzie przytyka do pleców Czechowicza ołówek, który ma imitować pistolet i dodatkowo terroryzuje go krzykiem, w który usiłuje wpleść przekleństwa. Tylko jakie? Przyzwoity, z gruntu dobry człowiek nie używał przekleństw. Mógł ich nawet nie znać. Krzyczy więc bardzo sztucznym głosem „- Do cholery!”, po czym zawiesza głos na ułamek sekundy, jakby sobie coś przypominał i dorzuca „… i psia krew!”
Za ten ułamek sekundy należał się Milskiemu Oscar. Przez ułamek sekundy profesor Gąsowski powiedział nam o sobie właściwie wszystko. Aktorskie mistrzostwo świata.
Nieco sztywna i sztuczna na ogół Pola Raksa (ten śmiech przypominający gruźliczy kaszel) tu wypadła nieźle, widać dobrze prowadzona przez reżyserkę, która z jej aktorskich niedostatków potrafiła zrobić zaletę „gry oszczędnej”.
Adam – Józef Skwark – aż dziwne, że tak rzadko później pokazywany na ekranach, przypomina mi jako żywo kolegów z podwórka, z którymi też szukaliśmy skarbów w naszej naszpikowanej historią okolicy. Nie był jedynym zresztą kandydatem do zagrania tej roli. Jego konkurentami byli i Stefan Friedman i Jerzy Nasierowski, profesora mógł zagrać m.in. Henryk Bąk i Ryszard Pietruski, a Wandę Elżbieta Czyżewska. Na szczęście, stało się jak się stało.
Ciekawostką są jego koledzy w klasie. Oprócz Macieja Damięckiego jest parę osób nie wymienionych w czołówce, a znanych później z ekranów i nie tylko. Są to Roman Załuski, Jan Paweł Kruk, Leonard Pietraszak, Jerzy Łapiński, Andrzej Mrozek i … Krzysztof Krawczyk. Tego ostatniego trudno poznać, choć dłuższy czas mamy go na ekranie siedzącego w pierwszej ławce w harcerskim mundurku.
Nie wymieniono w czołówce także siostrzyczki Adasia Basi – Małgorzaty Piekarskiej – odtwórczyni głównej roli w „Awanturze o Basię”.
Postacie drugoplanowe – absolutna rewelacja! Ryszard Ronczewski jako Francuz – bardzo przekonujący. Słynny już wtedy mim z „Bim Bomu” i „Cyrku Rodziny Afanasjew” z rzadka pojawiał się na ekranie, film odkrył do stosunkowo późno.
Gdybym miał być kiedyś napadnięty przez bandytów, to zażyczyłbym sobie Mieczysława Czechowicza i Czesława Lasotę – zniósłbym wszystko!
Kazimierz Wichniarz wprawdzie w filmie mniej zajmuje się matematyką, co w powieści stanowiło o jego szczególnej atrakcyjności („…matematyka jest jedyną poezją”), ale nie sprawia zawodu oglądającym film czytelnikom.
Krystyna Karkowska – matka Wandy – niewielka rola, ale jak zagrana! Komplementy podobne do tych, które adresowałem do Milskiego. Drobiazg, a zagrany jak oscarowa rola. Decydują szczegóły niemal niezauważalne – roztrzepanie przy liczeniu kroków, ciągłe zamartwianie się, które nie nuży, bo co chwila ozdabiane jest innym środkiem ekspresji. Stara, dobra aktorska szkoła, która uczyła grać, a nie „być sobą”, jak to jest dzisiaj w modzie.
Aleksander Fogiel jako ksiądz sprawia, że pewnie wielu chciałoby mieć dziś takiego proboszcza, nawet (a może szczególnie) niewierzący.
Drobne scenki, za które należą się Marii Kaniewskiej ukłony do samej ziemi. Choćby przybycie oficera napoleońskiego do dworku Żegotów i jego upadek przy wejściu w wykonaniu Ryszarda Barycza. Czy nie przypomina wam choć trochę wiarusa z „Nocy Listopadowej” granego przez Ludwika Solskiego?
Co interesujące, nawet sceny dodane, jak podróż autostopem narodzonym w PRL-u „siedzą” doskonale w klimacie książki. Uśmiechnięci i życzliwi kierowcy zabierający z drogi wędrującą młodzież – Makuszyński z pewnością by ich zaakceptował. Ja też, bo autostopem zjeździłem Polskę wzdłuż i wszerz spotykając naprawdę przesympatycznych i bezinteresownych ludzi po drodze.
Sama fabuła przenosi nas do czasów, gdy Napoleon miał stałe i pewne miejsce na świeczniku naszej historiografii, który to fakt nie zmienił się pomimo zmiany ustroju. O tyle to ciekawe, że Makuszyński wyraźnie żartuje sobie z tego faktu i fascynacji tą postacią profesora Gąsowskiego. Wiele scen ma wyraźnie komediowy charakter. Ale stara szkoła, jaką reprezentowała Kaniewska kazała, byśmy to my się śmiali, a nie reżyser czy aktorzy, jak ma to miejsce w wielu dzisiejszych komediach. Im bardziej aktor jest poważny, tym bardziej scena nas śmieszy – tej prawdy nie znają już widać współcześni z tzw. kabaretami włącznie.
Na początku lat 60tych rodzice kolegi z mojej klasy zakupili zabytkowy dom typu dworkowatego na mojej ulicy. Dworek miał strych. Jak sobie państwo wyobrażają – czy widzowie i czytelnicy „Szatana z siódmej klasy” mogli przepuścić taka gratkę? Przecież tam z pewnością ukryto jakiś skarb!
Przekopaliśmy ten strych dokumentnie. Skarbu wprawdzie nie znaleźliśmy (za dobrze go ukryto), ale znaleźliśmy stare szpargały, przedwojenne zeszyty szkolne, stary kryształowy żyrandol, który stał się namiastką skarbu, bo wymontowane z niego pryzmaty wymienialiśmy potem w szkole na inne uczniowskie bezcenności (na topie były znaczki pocztowe z Ifni).
Wyobraźnia buzowała jak młode wino, świat dookoła wydawał się lampą Aladyna, więc pocieraliśmy go ile sił starczyło. Takie lektury jak „Szatan z siódmej klasy” i film Marii Kaniewskiej były naszymi przewodnikami.
Sentyment? Niekoniecznie. Zawsze twierdziłem, że człowiek dorosły tym się różni od dzieciaka, że dzieciak ma marzenia, a dorosły wie, jak je zrealizować.
Jak się tak zastanowić, to całkiem sporo zrealizowałem. Nie musiałbym się wstydzić rozmawiając z Adasiem Cisowskim.
A najważniejsze to pozwolić rozwijać się dziecięcej wyobraźni.
I na koniec – znam grupkę ludzi w różnym wieku, która urządza sobie zabawy w poszukiwanie skarbów. Nauczyłem ich, że skarbem jest także informacja. Kiedyś, gdy szukaliśmy z wykrywaczami metalu skrzyni z dokumentami „Gryfa Pomorskiego”, która wg miejscowych miała znajdować się w okolicy, nie znaleźliśmy niczego. Młodzi przyjęli wówczas moje wyjaśnienie, że jednak znaleźliśmy – informację, że te opowieści były bzdurą, a to już jest całkiem wartościowa rzecz.
Co ciekawe – wszyscy oni jak jeden mąż (choć są w grupie i przyszłe żony) z cielęcym zachwytem są gotowi oglądać „Szatana z siódmej klasy” z 1960 roku zawsze i wciąż. I jeszcze raz.
We mnie to budzi nadzieję, że może ten świat nie całkiem jeszcze zwariował.
Jerzy Łukaszewski
A może ktoś chce obejrzeć? To tutaj



Jestem jednym z tych, co chcą obejrzeć. Obejrzę i tę wersję. Ale wpierw poszukam tej wspomnieniowej, którą Pan zrecenzował.
Tu jest
http://filmypolskie888.blogspot.com/2014/04/szatan-z-siodmej-klasy-1960.html
Tamta została wrzucona przez nieporozumienie. Celowo o niej nie wspominałem, bo nie lubię się brzydko wyrażać 🙂
No i ta genialna piosenka. Co tam Karaiby, Tunezja czy Tajlandia. Lato, rzeka, las i gitara, to jest ideał wakacji.
@Jarmand, no właśnie. Na śmierć zapomniałem o piosence do słów J. Kerna 🙂
Kiedy dziś wspominam swoje autostopowe podróże, widzę wiele różnic. Jedna wybija się na czoło – jakoś nie przyszło mi do głowy troszczyć się nadmiernie o swoje bezpieczeństwo. Świat wydawał się taki przyjazny! 🙂
Ponieważ jest to także mój ulubiony film, pozwolę sobie dorzucić trzy grosze, na temat Poli Raksy. To prawda, co Pan pisze, ale w trakcie nakręcania filmu miała 19 lat, a trafiła tam z baru mlecznego. Jestem od zawsze jej cichym wielbicielem, i stwierdzam, że ładniejszej dziewczyny w polskim filmie nie było i nie będzie. Ostatecznie dorzucę Irenę Karel.
Pozdrawiam.
@Leszek, ależ ja się chętnie z panem zgodzę. Dlatego nie mam uwag co do urody, brońcie mnie bogowie 🙂 I prawdą jest, że z czasem była coraz lepsza, już w „Kapitanie Sowie na tropie” odcinek „Cichy pokoik” grała znakomicie. Różnica między filmami – 5 lat.
Podzielam zachwyt nad książką i filmem. Ale za uwagi o Poli Raksie, jako jej wielbiciel od lat, jest gotów wyzwać autora na pojedynek.
No to się wkopałem ….
He, he… i to jak…
Pani Raksa najpiękniejsza była w zapomnianym zupełnie filmie telewizyjnym „Błękitny pokój” z lat 60. Polecam.
@wejszyc, mnie się podobała w „Panience z okienka”, z którą tez wiążą się fajne wspomnienia. Pani nauczycielka, absolwentka przedwojennego seminarium nauczycielskiego w Wejherowie, najpierw przygotowała nas na film dając wykład o czasach, o których będzie mowa, potem wyświetlono nam film, a potem jeszcze raz go omówiła. Siedzieliśmy z otwartymi buziami 🙂
Przy okazji: mam wydanie książki „Nasza Księgarnia” 1960. Nakład – 50 000 + 253 egzemplarze (!) papier z papierni we Włocławku – matowy kl.V, 70g
Dlaczego podaje te szczegóły? Bo nie wiem, czy to tylko ja tak mam, ale te stare książki lepiej mi się czyta, niż nowe, z bardzo dużym kontrastem między papierem a drukiem. Mniej biją po oczach, a poza tym są jakieś takie … ciepłe.
@j.Luk Byłem oczarowany tym filmem, widziałem go w kinie, a więc kolorowo, jeszcze przed „Szatanem”.
Cytuje Pan stopkę z książki. Były tam b. ciekawe informacje – o gatunku czy klasie papieru, data podpisania do druku, data rozpoczęcia druku, które wydanie itd. Dzisiaj to wszystko zniknęło, nie wiadomo nic, czasami nie ma roku wydania nawet. Taką nas przebodli ojczyzną, jak napisał poeta.
@wejszyc, no fakt. Dziś wszystko objęte jest tajemnica handlową i nawet autor nie ma wglądu, kiedy i ile drukują 🙂
Co zaś do „Szatana to wiem jeszcze, że przymierzano się do ekranizacji już przed wojną. Nie zdążyli, co mnie osobiście cieszy, bo Kaniewska zrezygnowała z tej chwilami drażniącej maniery przedwojennej i Wanda nie musiała Adasiowi posyłać powłóczystych spojrzeń umazanymi makijażem oczyma 🙂