Bogdan Miś: Dlaczego – i co robić?

wybory122015-05-11.

Stało się – jak się stało. Na rzeczywistość, jak mawiał jeden z moich znajomych polityków z czasów „słusznie (?) minionych”, nie ma się co obrażać: jej to nic, a  nic nie obchodzi. Na gorąco zatem garść refleksji:

  1. Dla mnie osobiście Platforma Obywatelska nie była nigdy niczym więcej ponad mniejsze zło. Wszystkie inne ugrupowania budziły we mnie uśmiech rozbawienia i rozczarowanie (jak w ostatnich latach SLD), niechęć (jak PSL) bądź wrogość (PiS), lub wręcz nienawiść (nacjonaliści, faszyści, ONR i wszelkie inne tego rodzaju paskudztwo). Partii, która poparłbym z entuzjazmem – skrajnie otwartej światopoglądowo, klasowo inteligenckiej, antyklerykalnej, a jednocześnie gospodarczo liberalnej ze wskazaniem na państwo socjalne typu duńskiego – nie było. I nie ma. Przez moment wydawało się niektórym – mnie także – że to Palikot i jego Ruch. Lecz – okazało się – jest to jednak skażony korporacyjnie błazen, nadmiernie wierzący w mechanizmy reklamy i PR-u. Więc muszę czekać, z coraz mniejsza zresztą nadzieją, na ziszczenie, na coś nowego. Anarchistów, rewolucjonistów, komunistów, związkowców zawodowych zwanych uczenie syndykalistami, skrajne feministki, słowem  zwolenników „bezpośrednich rządów ludzi pracy” – odrzucam ze wstrętem i totalnym brakiem zrozumienia dla ich poglądów; wedle mnie, to napaleni durnie. Tymczasem wyborem jest więc jednak PO; choć musi w swym postępowaniu bardzo wiele zmienić. Stwierdzam to bez entuzjazmu.
  2. Dlaczego? Lata temu opozycja – która miała swoje racje, choć nie były to nigdy racje moje – uznała, że dla zniesienia wypaczeń „realnego socjalizmu” należy zawrzeć sojusz z Kościołem. Faktycznie, on się do upadku rozwiązań „słusznie (?) minionych” silnie przyczynił. Potem, po zwycięstwie – trzeba było za wsparcie zapłacić. Więc zapłacono; w efekcie – o wyniku dzisiejszych wyborów decydują, szczególnie na wsi, proboszczowie. Tępi, źle wykształceni, wywodzący się głównie z najciemniejszego chłopstwa. Prostactwo. Zwykłe chamstwo, słowem. Koszmar. Gdy pierwszy raz w życiu w osławionym Sierpniu 1980 zobaczyłem – akurat tam byłem – bramę słynnej Stoczni umajoną na ołtarzyk, gdy usłyszałem fałszywe pienia nabożne i zobaczyłem potem podwiędłe panie z mojego środowiska, obnoszące dzielnie opaski ze znakiem Polski Walczącej – nie miałem wątpliwości, że to się musi źle skończyć, że nadejdą rządy idiotów; sprawdziło się. Nie było we mnie cienia entuzjazmu dla tego ruchu; ale też nie byłem optymistą i nie wierzyłem, że da się z tym cokolwiek zrobić. Bo rządząca wówczas partia była już od pewnego czasu po prostu głupia, wyczerpała swój potencjał; nie miała już szans.
  3. Ale nie tylko dlatego stało się w tę niedzielę to, co się stało. Z jednej strony kampania stronników znanego wszystkim Wstrętnego Starego Kurdupla była zorganizowana bardzo dobrze. Mechanizm obrzydzania urzędującego prezydenta działał bez zgrzytów, niezawodnie. Prawda zmieszana z najordynarniejszym kłamstwem propagandowym docierała do umysłów prostaczków (czyli większości…) bezbłędnie. W ostatnich dniach opublikowano nawet informacje, że Komorowski ma… nieślubne dzieci oraz przygotowuje zamach stanu przez wprowadzenie stanu wojennego w wypadku niepomyślnych wyników wyborów. Nie cofnięto się przed żadną insynuacją.
  4. Z drugiej strony – sztab wyborczy urzędującego prezydenta okazał się (a nie miałem co do tego wątpliwości od początku) beznadziejny. Szef sztabu, zero kompletne w sensie rozpoznawalności… Członkowie – kto ich zna? Przy tym wsparcie ze strony aparatu partyjnego – żadne; wprawdzie główny tępiciel platformerskich indywidualności, czyli skądinąd zdolny, ale całkowicie cyniczny i nastawiony wyłącznie na własną karierę, Donald Tusk, jest już urządzony osobiście i zapewne mało tym wszystkim już zainteresowany – ale jego  model zarządzania partią działa nadal: nie udzielono Komorowskiemu poparcia szerokim frontem, bo – a nuż zanadto wyrośnie? A tu chodzi o posady, etaty w spółkach i różne takie…
  5. Zatem – jednak wina Tuska. To on, grając „na siebie”, także zabierając do Brukseli jako pomocników ludzi, którzy mają jaką-taką wiedzę czy indywidualność i pozostawiając rządy pani miłej, lecz intelektualnie i politycznie mocno średniej – spieprzył Platformę. Nie mam wątpliwości.
  6. Miły i spokojny człowiek, bez wątpienia bardziej się nadający na prezydenta RP niż kontrkandydaci, z których jeden jest kukiełką Kurdupla a reszta nieporozumieniem lub wręcz reprezentacją polityczną szpitala psychiatrycznego, włącznie z odnoszącym spektakularne sukcesy Kukizem.
    A jednak – rodzi wątpliwości. Bo otoczył się w dużej mierze ludźmi na zasadzie dobierania kumpli z konspiry; a to jest idiotyzm, bo umiejętność zorganizowania kolportażu nielegalnych szmacianych gazetek albo dobra opinia u trzech nawet biskupów – to zerowa kwalifikacja na wysokiego urzędnika kancelarii prezydenta. Nie mówię o sztabie wyborczym, który okazał się – jak pisałem – gremium całkowicie niekompetentnym. Bo nie potrafił być człowiekiem wyrazistym. Nie mógł się zdecydować – czy chce być chadekiem, endekiem, czy okazać sympatie socjaldemokratyczne; nawiasem mówiąc, w mojej opinii tylko ten ostatni wybór miał jakikolwiek sens polityczny, bo w pozostałych opcjach był i jest nadmierny ścisk. Bo nie potrafił odciąć się od swojego środowiska, co dziś – po ćwierćwieczu od transformacji – jest kompletnym obciachem dla współczesnego młodego wykształconego człowieka, reagującego na zwrot „etos Solidarności” w najlepszym razie wzruszaniem ramion a w gorszym – odruchem wymiotnym.
  7. Co powinno się stać (i z pewnością się nie stanie…): Sztab wyborczy Komorowskiego powinien z dnia na dzień wylecieć na zbitą buzię. Należy w trybie pilnym zaangażować profesjonalną agencję PR o renomie międzynarodowej. Zespół doradców i urzędników kancelarii prezydenta (z panem profesorem Nałęczem na czele!) powinien dowiedzieć się publicznie, że bez względu na wynik drugiej tury traci po jej rozegraniu posady, zaś następcy – w razie wygranej – będą dobrani przez zawodowych „łowców głów” w trybie niepolitycznego postępowania kwalifikacyjnego. Niewykonalne.
  8. Tymczasem – druga tura. Dla liberalnego inteligenta wyboru nie ma: jednak Komorowski. Jeśli nie chce się wizyt dżentelmenów w kominiarkach o świcie, jeśli nie chce się grzebania w życiorysach ojców i dziadków, jeśli chce się, by leczył nas nadal świetny lekarz choć – być może – ma on trzecią żonę i grywa na wyścigach, jeśli nie chce się obowiązkowego paciorka dla progenitury od przedszkola, jeśli nie uważa się aborcji ani rozwodu za zbrodnię, jeśli nas brzydzi grzebanie nam pod kołdrą i dyktowanie z kim wolno uprawiać seks, a z kim nie – przy jednoczesnym tuszowaniu pedofilstwa sukienkowej hołoty – musimy wybrać Komorowskiego. Rozumiejąc, że w żadnym wypadku nie daje on stuprocentowej gwarancji naszych spodziewań i nadziei. Ale ten drugi wybór, wybór pacynki Kurdupla, gwarantuje, że w tym kraju pewien typ człowieka, do którego mam zaszczyt i szczęście się zaliczać – nie będzie miał już swojego miejsca. Nie chcąc wyrywać swoich korzeni będzie mógł tylko – jak w starym dowcipie z czasów PRL – owinięty w prześcieradło spokojnie czołgać się w kierunku najbliższego cmentarza, starając się nie robić paniki. A młodszy ode mnie – po prostu wyjedzie. I splunie za siebie. I nie wróci do wariatkowa już nigdy.

Bogdan Miś

Print Friendly, PDF & Email

19 komentarzy

  1. wejszyc 2015-05-11
  2. Mr E 2015-05-11
    • j.Luk 2015-05-11
      • Therese Kosowski 2015-05-13
        • j.Luk 2015-05-13
  3. Leszek 2015-05-11
  4. koraszewski 2015-05-11
  5. Mariusz _r951 2015-05-11
  6. MaSZ 2015-05-11
  7. slawek 2015-05-11
    • pak 2015-05-14
  8. narciarz2 2015-05-12
  9. Alina Kwapisz-Kulinska 2015-05-13
  10. j.Luk 2015-05-13
  11. Woziwoda 2015-05-13
  12. j.Luk 2015-05-13
  13. Piotr Mikołajski 2015-05-15
  14. BM 2015-05-15
    • Piotr Mikołajski 2015-05-15
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com