Przyzwyczailiśmy się do nietrafnych sondaży tak bardzo, ze niebawem formacja słynąca z prawości i sprawiedliwości zacznie krzyczeć o fałszerstwie, gdy sondaże okażą się trafne.
Kilka kolejnych razy z rzędu dostajemy pakiet sondaży z różnych firm, w których statystycznym fenomenem jest to, że każdy jest różny od innych i nikt nie trafia w prawdziwe wyniki. To się właściwie nie powinno wydarzyć. A jednak.
Żeby było jasne: temat nietrafionych sondaży nie dotyczy tylko Polski. W ostatnich dniach spotkało to Brytyjczyków.
W czym więc problem? Powodów jak zawsze jest wiele nakładających się na siebie. Spróbujmy więc im się przyjrzeć.
Jeszcze kilka lat temu największy błąd sondaży wynikał z niedoszacowania głosujących na lewicę. W rozwijającej się postsolidarnościowej Polsce, głosowanie na „komuchów” było przez samych wyborców postrzegane jako nieco wstydliwe. Stąd też odpowiadanie zgodnie z oczekiwaniami nowej władzy. Ankieterzy, będący wtedy nowinką, postrzegani byli właśnie jako przedstawiciele władzy, przed którymi część wyborców lewicy wolała się nie ujawniać.
To był w zasadzie jedyny czynnik mącący obraz. Czynnik przewidywalny i dający się oszacować na kilka-kilkanaście procent.
Z czasem, wraz z pojawieniem się nowej narracji, której sprawcą był i jest Kaczyński, pojawiło się nowe zjawisko braku zaufania do Państwa, jego instytucji i przedstawicieli. Po kolejnych przegranych wyborach Kaczyński sięgnął po dobre sprawdzone przysłowie o tłuczeniu termometru pokazującego gorączkę. Jednym ze sprawców złych sondaży wieszczących kolejną klęskę wyborczą okazały się… sterowane, nieuczciwe sondażownie. Pojawiła się ogromna grupa zwolenników PiS, ale również przeciwników systemu w ogóle, którzy świadomie okłamywali przedstawicieli „reżimu” lub odmawiali odpowiedzi.
Mniej więcej w tym samym czasie skończył się problem niedoszacowania partii lewicowych. Podczas ostatnich wyborów to zjawisko już nie istniało, chociaż trzeba przyznać, że po ostatnich śmiałych ruchach Leszka z Warszawy głosowanie na SLD znów nie daje się wytłumaczyć bez wstydu. Patrząc na trendy niedoszacowanie SLD może dotyczyć tylko najbliższych wyborów, po nich nie będzie tematu SLD.
Tradycyjnie wynik PSL był lepszy niż wynikało z sondaży – i to był pierwszy sygnał ułomności tych badań, nawet tych wykonywanych na dużych próbkach. To był pierwszy sygnał, że badania robione przy pomocy sondy telefonicznej NIE DOCIERAJĄ z założenia do jakiejś grupy wyborców. Na wynik sondaży wpływ miał ograniczony dostęp do telefonu na wsi. Skutkowało to, z założenia, niemożnością dodzwonienia się do całej rzeszy mieszkańców wsi i skrzywieniem wyników. Tak jak w wypadku SLD, dało się założyć procent niedoszacowania PSL-u.
I nagle rozjazd między sondażami a wynikami dramatycznie się powiększył. Zaskoczeni wydają się i właściciele firm sondażowych, i politycy, i komentatorzy. A powody mogą być – i są – banalne i dały się przewidzieć wcześniej, jeszcze przed szkodą.
Zadziałał ten sam mechanizm, który dawał niedoszacowanie PSL-u. Dostęp do telefonu. Tyle że to bolesne zderzenie z trendem odwrotnym od tego, do którego byliśmy przyzwyczajeni od wojny. Mianowicie gwałtownie maleje dostęp do telefonów, na które dzwonią ankieterzy. W dobie powszechnego dostępu do telefonii komórkowej, telefonia stacjonarna jest w odwrocie. Ludzie rezygnują z telefonu, którego nie da się zabrać do kieszeni. Młodzi nie zakładają nowych. Ankieterzy nadal mają gdzie dzwonić, tyle że to coraz mniej reprezentatywna próbka społeczeństwa. Doskonale to widać w ogromnym niedoszacowaniu elektoratu Pawła Kukiza. To elektorat w znakomitej większości młody, mobilny, często mieszkający w wynajmowanych mieszkaniach, lub wręcz poza granicami kraju. To elektorat bez dostępu do telefonii stacjonarnej, która nie jest im do niczego potrzebna. To również elektorat, który nie ma czasu na pogaduchy z ankieterami.
Warto zaznaczyć, że większość wymienionych niedoskonałości nie dotyczy badania exit poll, które nadal bardzo trafnie przewiduje ostateczny wynik. Tu mają znaczenie czynniki psychologiczne, człowiek wychodzący z lokalu wyborczego jest już po podjęciu ostatecznej i nieodwołalnej decyzji. Sam potrzebuje wzmocnienia i potwierdzenia słuszności wykonanego działania. Jest przez to skłonny do rzetelnej odpowiedzi i takiej odpowiedzi, jak pokazuje rzeczywistość, udziela.
Jakie z tego wnioski? Ano takie, że czasy sondaży telefonicznych powinny natychmiast przejść do historii, zastąpione być może sondażami mieszanymi, w których ankiety uliczne i takie przy użyciu nowoczesnych mediów dawałyby ostateczne prognozy. Tak czy inaczej czasy rzetelnych, tanich sondaży mamy już za sobą.
Jacek Parol



Trudno mi sobie wyobrazić, aby instytuty badań, a więc profesjonaliści o tym nie wiedziały. Przecież to podstawa takich badań.
Widocznie odstawiają chałturę dla łatwego zarobku nie przejmując się czymś takim jak marka i wiarygodność.
Tak jak jestem generalnie przeciwnikiem monopoli, to w kwestii sondaży politycznych dałbym monopol na ich przeprowadzanie Państwowej Komisji Wyborczej. Próby losowe byłyby robione na podstawie spisów wyborców a samo głosowanie odbywałoby się drogą listowną przez pocztę.
Byłoby wolniej, rzadziej, ale dużo porządniej i wiarygodniej. Dzisiaj jak widzę słowo „sondaż” to odruchowo odwracam oczy.
Parol: całkiem pominąłeś pokusę zakupienia przepowiedni samospełniającej, właśnie jako „sondażu”. Wykluczasz?
Zgadzam się co do konieczności zmiany sposobu badań sondażowych. Inaczej będziemy coraz bardziej narażeni na poważne błędy w wynikach badań.