2012-09-17. Spotkaliśmy się w „Bastylii”.
Z trzech powodów: długo się nie widzieliśmy, więc ten lokal jest odpowiednim miejscem, żeby opowiedzieć, co nam życie i państwo zrobiły wbrew, po drugie, obok jest kościół Zbawiciela, co stwarza szanse na rozgrzeszenie, po trzecie w „Bastylii” dają naleśniki ze szpinakiem za 13 zł, co odpowiada naszym aktualnym potrzebom dietetycznym.
Ludwika obejrzałem nie bez zazdrości: marynarka wcięta w pasie, koszula w dyskretne paski, szyta na miarę, w butonierce jedwabna chusteczka kolorem dobrana do pasków koszuli, fryzura świeżo od fryzjera.
Ludwik działa w branży budowlanej, która właśnie dołuje. Najpierw jednak omówiliśmy doznania osobiste. Ludwikowi tylko co gwizdnęli Audi A6 sprzed dwóch lat, jakieś 170–180 tysięcy w plecy. Zrobiłem uwagę, że to nie jest przyjemne. Ludwik potwierdził i jeszcze dodał, że zgłosił incydent policji. Z policją widział się cztery razy, za każdym razem z innym przedstawicielem władzy, a na końcu z czterema paniami, które jeszcze mniej znały sprawę niż poprzednicy. Znajomy policjant doradził mu, żeby sobie dał spokój, bo w końcu i tak sprawa zostanie umorzona ze względu na małą społeczną szkodliwość czynu. Ludwik się zgodził, bo nie kradzież samochodu go najbardziej dotknęła: złodzieje byli zawodowcami i gwizdnęli mu z domu wszystko, co było naprawdę wartościowe, gromadzone latami, wyszukiwane w antykwariatach, u zegarmistrzów i na targach staroci.
Chciałem Ludwikowi jakoś zrobić dobrze i powiedziałem, że do leśniczówki, którą opiekuję się na Warmii, miejscowi włamali się po raz 35., ale, niestety, nic nie wzięli, bo już wszystkie przydatne przedmioty wcześniej zabrali. Poza tym to amatorzy: nie interesują ich malowane na deskach historyjki, które wiszą na ścianach.
– Obserwuje – powiedziałem Ludwikowi – że jak spada PKB, to zwiększa się częstotliwość włamań do leśniczówki. To mój prywatny barometr biedy. W ten sposób płynnie przeszliśmy do kwestii zasadniczych.
– Co w firmie? – zagadnąłem.
– W porządku – powiedział Ludwik. – Zmniejszyłem o 50 procent produkcję, zatrudnienie o jakieś 30 procent, a w ogóle to uruchamiam nową działalność – za tydzień otwarcie zakładu, miałem poduszkę finansową, zatem ją uruchamiam. Miałbym więcej, ale umoczyłem z Polimeksem, jakieś 1,5 mln złotych. Odwiedziłem Konrada [Jaskółę] na dzień przed odwołaniem. Obiecał, że wszystko zwróci. Połowę długu zdołałem dostać. Konrad marnie wygląda. Jak ja się cieszę, że mam to za sobą. Gdy kierowałem spółką skarbu państwa, żyłem w ciągłym strachu. Może na zewnątrz nie wyglądało, że jestem wykończony, ale tak było.
W ten sposób zamknęliśmy wątek, jak się komu powodzi i zaczęliśmy się znęcać nad władzą. Najpierw Ludwikowi nie podobał się Jacek Cichocki. – Taki młodzik, żeby rządził służbami bezpieczeństwa w państwie? Jakie on ma doświadczenie? Potem nie podobał nam się minister Jarosław Gowin, bo kręci swoje lody, a dobro publiczne ma w pogardzie. Jeszcze zgodziliśmy się, że Jacek Rostowski to nie jest minister finansów, a dobry księgowy, który, jak się zacznie w finansach sypać, to bez skrupułów dobierze się obywatelom do kieszeni. Uznaliśmy też, że przydałaby się nam porządna prawica, by ci z PO spokornieli, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Po czym Ludwik zadał mi pytanie:
– Jak myślisz, w jakim kierunku to pójdzie?
Myślałem, że już wszystko sobie wyjaśniliśmy a tu – mogę dać ciała. Chwilę milczałem więc, zbierając myśli. Zacząłem ostrożnie. – Wiesz, to się może jakiś czas kręcić w granicach 2,5 PKB, jeszcze napędzać będą gospodarkę środki z UEi, ale w końcu będzie się trzeba zdecydować na faktyczne nowe otwarcie…
W tym momencie zauważyłem, że spojrzenie Ludwika uciekło gdzieś za moje plecy, koncentrując się na studentkach, które weszły do Bastylii. Przyjąłem z pełnym zrozumieniem zmianę zainteresowania Ludwika. To, co mówiłem, że szykuje się spowolnienie, a perspektywy są takie niejasne, Ludwik i beze mnie wiedział. Jego interesowało, czy ja coś naprawdę wiem: podniosą podatki, wzrosną koszty pracy, Schetyna ruszy do ofensywy… a nie jakaś tam ciepła woda w kranie.
Pomyślałem, że następnym razem tak usiądę, żeby mieć lepsze widoki na rozwój sytuacji w „Bastylii”. Zadzwonił telefon. Dzwoniła małżonka Ludwika. Wstałem. Pożegnaliśmy się serdecznie. Trochę ponarzekaliśmy, zauważył Ludwik, kiedy ściskaliśmy sobie dłonie, ale w ogóle to do przodu.
Umówiliśmy się, że na następnym spotkaniu w „Bastylii” pogłębimy temat naprawy Rzeczypospolitej.
Już chciałem powiedzieć, że to ja płacę za naleśniki, skoro Ludwika życie tak dotknęło, ale mnie wyprzedził i jako człowiek, mimo wszystko, niezależny finansowo, udał się do kasy.
Jerzy Dzięciołowski
źródła obrazu
- dzieciol: BM

