W roku urodzin Andrzeja Dudy, czyli w 1972, jego teść Julian Kornhauser opublikował debiutancki tom wierszy zatytułowany proroczo Nastanie święto i dla leniuchów…
No i nastało: zięć poety został prezydentem, a leniuszki z PO zachodzą w głowę, jak to było możliwe. Gdyby czytali Kornhausera i Zagajewskiego, to by wiedzieli, że „świat nie przedstawiony” (tytuł ich książki – manifestu Nowej Fali), świat niedoceniany i co tu dużo mówić pogardzany, upomni się o swoje.
Trudno przewidzieć, co będzie dalej, ale zamiast prorokować o przyszłych losach Polski, na czele której stanie już w sierpniu prezydent-elekt, przywołajmy – Dudzie ku przestrodze – tytuły kolejnych tomików jego teścia; niektóre mogą okazać się równie profetyczne, jak debiutancki: „W fabrykach udajemy smutnych rewolucjonistów”, „Zabójstwo” (obydwa w 1973, zięć ma roczek), „Stan wyjątkowy”, „Zjadacze kartofli” (obydwa w 1978, zięć ma sześć latek i nie idzie do pierwszej klasy), „Zasadnicze trudności” (w 1979, zięć ma siedem lat i idzie do pierwszej klasy).
Zwłaszcza tytuły „Zasadnicze trudności” i „Stan wyjątkowy” budzić mogą obawy, podobnie jak tytuł powieści teścia „Stręczyciel idei”, w którym znajdujemy taki oto opis:
„Robię kolację, jak zwykle dość skromną, głównie z lenistwa. Wysuwam blat z kredensu, wyciągam pół bochenka chleba zakopiańskiego za 3 zł 30 gr., z szufladki nóż, z lodówki masło i słoik ogórków konserwowych. (…) Jajka skaczą w wodzie, obijają się o ścianki garnuszka, po chwili gaszę płomień, wyjmuję każde jajko z osobna na łyżeczce, wsadzam je pod kran, aby ochłodzić zimną wodą. Następnie rozbijam łyżeczką skorupkę i wlewam do szklanki zawartość. Skorupy kładę na blacie, do jajka dodaję sól, pieprz i trochę pokrojonego czosnku. Wszystko razem mieszam. Biorę do prawej ręki talerz z chlebem, do lewej szklankę z jajkami, wnoszę to do pokoju i stawiam na stole. Wracam, biorę kawę i jeden ogórek nabity na widelec. Zabieram się do jedzenia. Najpierw gryzę kawałek chleba rozkoszując się świeżym masłem, trochę zimnym, potem wybieram łyżeczką jajko, czując jego słony i pieprzny smak. Kiedy połykam to wszystko razem, sięgam po kawę, piję, ale nie łapczywie, powoli, jakby ze wstrętem. Ponawiam wszystkie czynności kilkanaście razy. Ogórek jem na końcu”.
Niepokojąca z profetycznego punktu widzenia wydaje mi się symbolika ogórka. Magdalena Ogórek przegrała z kretesem wyścig do fotela prezydenta, bo medialnie zaistniała znacznie lepiej w serialu „Czego boją się faceci, czyli seks w mniejszym mieście”. Mniejszym miastem były zawsze Gliwice, miasto urodzin Juliana Kornhausera.
„Dom, sen i gry dziecięce” – to piękna, sentymentalna opowieść tego ostatniego o swoim powojennym dzieciństwie żydowskiego chłopca. Można mieć tylko nadzieję, że nie okaże się profetyczny tytuł polsko-angielskiego wyboru wierszy teścia prezydenta „Been and Gone”, w przekładach mojego sąsiada ze strony w „Przeglądzie Polskim” w Nowym Jorku, Piotra Florczyka… Bo że będzie to „Inny porządek”, wiemy na pewno.
Zostańmy na „Kilka chwil” (to też tytuł teścia) przy Krakowie, z którego podobnie jak zięć pisarza pochodzi Andrzej Busza, poeta i conradysta, zamieszkały od pięćdziesięciu już lat w Vancouver. Dzięki cudownej Irenie Gostomskiej i jej przyjaciołom (także literatury) skupionych w Grupie Epizod (było, minęło?), mieliśmy tam niedawno wieczór promocyjny tomu Literatura polska obu Ameryk. Studia i szkice, wydanego na Uniwersytecie Śląskim (w koedycji z Polskim Funduszem Wydawniczym w Kanadzie) pod redakcją Beaty Nowackiej i Bożeny Szałasty-Rogowskiej, obecnej na spotkaniu.
Razem z panią doktor, jak i poetami Buszą i Sabo byliśmy zmieszani oklaskami, jakimi publiczność nagradzała wiersze, jak i wzruszeni miłością, jaką darzą w Vancouver Bogdana Czaykowskiego (urodzonego w Równem na Wołyniu – równe czterdzieści lat przed Andrzejem Dudą). Ten wybitny poeta, uważany przez Miłosza za równego sobie, nie miał szczęścia być uznanym za takowego w ojczyźnie, choć ukazały się tam jego znakomite książki, m.in. wydana przez Czytelnik obszerna Antologia poezji polskiej na obczyźnie 1939-1999 oraz w wydawnictwie Znak Jakieś ogromne szczęście. Wiersze wybrane z lat 1956-2006 (obie w koedycji z Polskim Funduszem Wydawniczym w Kanadzie).
A pozostaje mało znany, bo krytyka polska, jak za dawnych lat, dzieli literaturę polską na polską, czyli tworzoną w kraju, i tę tworzoną poza granicami, czyli jakby trochę mniej polską…
Dr Szałasta-Rogowska zauważyła, że gdyby Czaykowski znany był w Polsce od lat sześćdziesiątych, dzierżyłby poetyckie berło rangi Zbigniewa Herberta.
Nasuwa się tu tytuł jego zbioru esejów, wydanego równe dziesięć lat przed urodzinami prezydenta-elekta: „Barbarzyńca w ogrodzie”, i zdanie na temat Sieny, która z początku XII wieku „stanęła twarzą w twarz ze swoim przeznaczeniem. Miała do wyboru albo uległość, albo trudną niepodległość”.
Przed takim samym wyborem stoi Andrzej Duda w XXI wieku.
Marek Kusiba
Toronto



„Styropianowa propaganda” trąbi że wtedy był tylko ocet, ten chleb po 3,30 uzmysławia że po 35 latach jesteśmy w punkcie wyjścia.
„… i tę tworzoną poza granicami, czyli jakby trochę mniej polską…”
Bądźmy sprawiedliwi. Po ’89 roku usiłowano ja traktować jako „bardziej polską”. Tyż śmisznie.
Faktem jest jednak, że jest „gorzej obecna”. Przypadek Bogdana Czykowskiego to tylko potwierdza. A swoją drogą to bardzo dobry sposób mówienia o polityce poprzez literaturę. Paradoksalnie w PRL-u to było bardziej naturalne. Teraz polityka stała się nazbyt oczywista, nachalna, bezpośrednia i wszystkim się wydaje, że mogą na nią wpływać. Co robią zresztą z fatalnym skutkiem dla demokracji. Podobnie zresztą jak ci, którzy nic nie robią, też psują demokrację. Może literatura i jej ironiczne ostrze ją poprawi? Oby.
@Obirek na ogół nie jestem pesymistą, ale boję się, że nie poprawi, a zapaskudzi literaturę. Trudno wejść do chlewa i wyjść nie upaćkanym.
Chociaż… mistrz by potrafił. Życzmy więc sobie więcej mistrzów 🙂
We czwartek, na procesji Bożego Ciała Duda był z mamusią i tatusiem, bez żony i córeczki. To daje do myślenia.
Ciekawe jaką cenę za tę prezydenturę zapłacą po kilku latach żona, córka, rodzice i teściowie?
Rodacy też zapłac(z)ą.
Niedziela, Święto Dziękczynienia. Duda znowu bez małżonki na mszy.PiS przoduje w ukrywaniu nie wygodnych osób. To pewnie tak
już zostanie, że uroczystości religijne Duda będzie świętował
samotnie. Ciekawe ilu da się na to nabrać?
Już mam dość tych bigotów z pod znaku DUDA.