Po przegranych przez Platformę wyborach prezydenckich mamy wysyp najrozmaitszych recept dla Polski. Stare i nowe partie, dziennikarze i profesorowie, lewacy i prawacy, wszyscy prześcigają się w tworzeniu programów mających zapewnić szczęście przede wszystkim Polakom, ale także Europejczykom, czy nawet Australijczykom.
Jedni postulują, żeby podnieść podatki, drudzy wręcz przeciwnie. Jedni chcą słuchać się Kościoła, drudzy wręcz przeciwnie. Jedni chcą zwiększyć wydatki na wojsko, drudzy wręcz przeciwnie. Można by taką listę ciągnąć długo, ale nikt jakoś nie podnosi rzeczy najważniejszej- tego, co powoduje, że mamy rzeczywistość daleką od doskonałej.
A co jest najważniejsze?
Najważniejsze jest to, żeby RODZICE W KOŃCU ZACZĘLI KOCHAĆ SWOJE DZIECI.
A nie kochają?
Oczywiście, że nie. Czy wrzeszczenie na dziecko „ty idioto, imbecylu, półgłówku!” jest przejawem kochania? Czy katowanie dziecka za zbicie szklanki jest przejawem kochania? Czy oddawanie dziecka głupiej jak but niańce (lub nawet starej babci) jest przejawem kochania? Czy tolerowanie w Polsce średniowiecznej szkoły jest przejawem kochania? Czy karmienie dziecka nielogicznymi makabrami religijnymi jest przejawem kochania?
Nie, nie jest.
Dzieci nikt nie kocha, a potem chcemy, żeby te dzieci logicznie myślały, umiały uprzejmie dyskutować, wydajnie pracować, żeby tworzyły dzieła sztuki, robiły wspaniałe wynalazki, miały zaufanie nie tylko do innych, ale przede wszystkim do siebie.
Od lat tworzymy ludzi, którzy jak jeden mąż (i żona) nadają się jedynie do wielomiesięcznej mądrej psychoterapii. Wtedy każdy by zrozumiał, że geneza naszych problemów nie leży w wysokości podatków, a w naszym dzieciństwie. W dzieciństwie nabywamy cech charakteru i umysłu, których bez dobrej psychoterapii nie zmienimy. Ale nawet jak zmienimy, to najczęściej jest już za późno.
Dlatego apeluję do wszystkich Rodziców (nie tylko młodych)- zacznijcie kochać swoje Dzieci.
Najciekawsze jest jednak to, że na efekty wcale nie będziemy musieli czekać 30 lat, tylko pojawią się one znacznie wcześniej. Dlaczego? Ano dlatego, że kochając dzieci nauczymy się mnóstwa rzeczy- jak negocjować najtrudniejsze sprawy, jak logicznie objaśniać funkcjonowanie świata, jak opiekować się potrzebującymi.
Kochajmy nasze dzieci z czysto egoistycznych pobudek – jak je będziemy kochać, to i świat nas pokocha.
Hazelhard



Mógłbyś nieco doprecyzować. Moja niania nie była głupia jak but, a rodzice musieli ją wziąć ze względu na sytuację, w której po wojnie przyszło im na nowo urządzać życie, co wiązało się z zajęciami często całodniowymi. Nigdy przez to nie czułem się mniej kochany, wręcz przeciwnie – miałem jedną kochającą mnie osobę więcej. Z wzajemnością, bo odwiedzałem ją bardzo często aż do jej śmierci. Jak kogoś z najbliższej rodziny. A awantury niani z moim ojcem o to w jakim języku powinno się wychowywać dziecko wspominam z rozrzewnieniem do dziś 🙂
Ale żebyś miał trochę racji, powiem Ci coś jeszcze gorszego, niż Ty.
Informacja, niestety, potwierdzona na kilku przykładach.
Dziś młode dziewczyny, które w szkole nie traciły czasu na jakąś głupią naukę, starają się jak najszybciej urodzić dziecko. A jak już urodzą, to „są ustawione”. Albo ojciec będzie na nie łożył (to i dla mamusi coś zostanie), albo „państwo da”.
Dziecko jest tu inwestycją, niczym innym.
I teraz rozstrzygnij, czy to sytuacja w kraju zmusza je do takiego rozumowania, czy tez rodzice ich nie kochali i sama doszła do wniosku, że „jakoś się musi zabezpieczyć”?
@ J.Luk
Nie chcę odpowiadać na pytanie, bo wydaje mi się, że to jest jednak margines.
Co do niani, to ja nie piszę o jednostkowych przypadkach, tylko o generaliach.
W żadnym wypadku nie chciałbym być nieuprzejmy, ale z Twoich tekstów wcale nie wynika, że miałeś idealne dzieciństwo!!! 🙂
@hazelhard no jak miało być idealne, jeśli prześladował mnie sąsiad tylko za to, że mu kradłem jabłka! Faszysta!
Sytuację ratował kowal, który w ramach wyróżnienia pozwalał mi malować kopyta koniom po podkuciu (mówił, że to tak na niedzielę, do kościoła) 🙂
Nie wiem jak to odczytałeś z moich tekstów, ale miałem bardzo fajne dzieciństwo 🙂 Każdemu dziś bym życzył takiego.
Zaś co do marginesu, możliwe. Ja się z tym po prostu spotkałem, a ponieważ nie śledzę zbyt uważnie tych rzeczy to myślę, że margines musi być jednak dość szeroki skoro nawet ja go zauważyłem.
@J.Luc
Właśnie!!! Jeżeli Ktoś pisze, że miał „fantastyczne dzieciństwo”, to jeszcze nie zrozumiał, jak został skrzywdzony!!! 🙂
No masz rację. Nie rozumiem. Chyba, że za krzywdę uważasz to, że miałem sto razy więcej swobody, niż dzisiejsze dzieci trzymane przez „kochające” mamuśki na smyczy. Miałem do dyspozycji z bandą kolegów plaże nadmorskie, lasy, górki dolinki, łąki pełne kwiecia (i cholernych zająców, z których jeden mnie okropnie przestraszył, co pozostawiło skazy na mojej psychice), stawy z rybami (plus żaby), sąsiadów z całej okolicy którzy traktowali wszystkie dzieci jak swoje (a jeszcze nie wymyślono tego hasła), do których wchodziło się napić wody i to bez pukania, nie fatygując się w tym celu do własnego domu.
Z boleścią wyznaję, że nie chodziłem w wieku przedszkolnym na angielski, na rytmikę i inne niezbędne dziecku akcje edukacyjne.
Za to piekarz urządzał nam wycieczki po piekarni tłumacząc, jak się piecze chleb i inne wyroby. Nie bezinteresownie, nie 🙂
W zamian mieliśmy mu nie wylizywać melasy, którą wystawiał przed piekarnię dla ostudzenia, a w której maczaliśmy (i parzyliśmy) paluchy, bo słodka 🙂
Wspomniany kowal, który uczył nas rozróżniania podków i haceli, co było pomocne w indiańskich zabawach w tropicieli.
A moja niania, jak już nauczyła mnie „O, Tannebaum” i „Chcele me so wepec…”wymyśliła na deszczową pogodę naukę mapy. Piosenka „W czasie deszczu dzieci się nudzą” u mnie nie miała zastosowania.
No więc może faktycznie zostałem skrzywdzony.
Muszę to przemyśleć.
@J.Luc
To nie tak. Nie zaczyna się psychoterapii od dzieciństwa, tylko zaczyna się człowiek zastanawiać nad sobą. Czy osiąga w życiu to, co chce, czy ludzie wokoło są z nim szczęśliwi, czy potrafi się naprawdę wczuć w problemy innych, itp. Jeżeli ktoś odpowie twierdząco na takie pytania, to znaczy, że kłamie przed sobą samym. Jeżeli nie, to znaczy, że psychoterapia także potrzebna, a w niej trzeba zrozumieć, że nie wszystko w rodzinie było tak, jak trzeba. Ładnie piszesz o swoim dzieciństwie, ale to są zewnętrzne ramy, a nie to, o czym jest notka.
Mozliwe, przepraszam, że źle Cię zrozumiałem. Ale i tak się z Tobą nie zgodzę, bo to co opisałem, to był stosunek do mnie innych ludzi i w tej atmosferze się wychowałem. Nikt na mnie nie wrzeszczał „imbecylu”, mimo że robiłem głupstwa, których bym dziś się wstydził zrobić. To byłby materiał na dłuższe opowiadanie, ale chodziło mi o to, że przez całe niemal dzieciństwo miałem wokół przyjazny świat. Tak to odbierałem, a to jest ważniejsze, niż jakakolwiek uczona analiza. Bo kształtowała mnie w kierunku bycia przyjaznym dla innych. Nawet sąsiad sadownik, który gonił nas z ogrodu z wrzaskiem, jak już złapał to kończyło się na śmiechu (albo na wygłoszeniu przez nas jakiegoś wiersza „za karę”).
Wydaje mi się więc, że co najmniej ważne jest jak dziecko odbiera tę „miłość” (nazwijmy to tak umownie), a nie tylko to co dorosły chciałby żeby nią było. Psychika dziecka jest trochę inna. Jeszcze pamiętam, w końcu to było tak niedawno 🙂
Powyżej ciekawa dyskusja. Moje refleksje w tej sprawie są następujące. Rzeczywiście poziom agresji jest wynikiem wielu nakładających się na siebie powodów – zwyczajów, temperamentu, cierpliwości, wzorców kulturowych, miłości, zmęczenia, lenistwa, wygodnictwa, braku czasu, etc. Jedną z najważniejszych rzeczy jest „syndrom amatorów”. Kolejne pokolenia rodziców wychowują swoje dzieci na zasadzie prób i błędów. Brak przygotowania powoduje błędy w wychowaniu bo w tej dziedzinie jesteśmy amatorami. Gdyby w procesie edukacji choć trochę obniżyć ten poziom amatorszczyzny dostarczając wiedzy użytecznej o psychice, temperamencie i potrzebach dziecka, świat byłby piękniejszy.
@slawek a nie ma pan wrażenia, że ten syndrom amatorszczyzny występuje silniej w czasach, gdy mamy tzw. wolność i swobodę, głównie obyczajową? Ona mniej dochodziła do głosu, kiedy wszystkim rządziły pewne zasady, przekazywane z pokolenia na pokolenia. Niekoniecznie podobały się młodym, jak zawsze, ale z pewnego dystansu czasowego nawet oni widzieli je jako pożyteczne.
Wiem, że to trochę ryzykowne twierdzenie, tym bardziej, że nie przemyślane do końca, ale czasem tak właśnie mi się wydaje.
Nikt dziś niczego nikomu nie narzuca, nikt nie zwróci uwagi, bo może spotkać się z agresją „wolnego człowieka” itd. Sm zostałem opieprzony przez mamuśkę, której dziecko upadło, a ja naiwniak chciałem mu pomóc wstać. A niech pan spróbuje zwrócić takiej uwagę, żeby uspokoiła dzieciaka w autobusie!
Wg mamusiek, one w ten sposób chronią dzieci.
Mnie potrafił zburczeć każdy sąsiad, matka nie protestowała (najwyżej dołożyła swoje) a i tak nigdy nie odbierałem tego jako agresji z czyjejś strony.
Zwracam na to uwagę, bo rodzice często mylą własne odczucia, własny odbiór sytuacji z reakcją dziecka, która może być zupełnie inna.
W Polsce mamy rocznie ok. 20 tys tzw, wczesnych ciąż (okolice gimnazjum). Co taka matka może przekazać dziecku?
Miłość? Jaką? Cielęcą, pełną zachwytu nad ósmym cudem świata? Bezkrytyczną. I to pod warunkiem,że dziecko nie jest zawadą w jej wymarzonym świecie i nie przeszkadza w wypadach na imprezki.
Lektura obowiązkowa: ostatni Newsweek: W. Staszewski „Kiedy matka truje” oraz książka K. Miller „Bez cukru proszę”.