2015-06-15.
Wie Pani, nigdy wcześniej ani później nie było tak gorącej sympatii Polaków do Żydów. Warszawski lud był rozradowany: „Nasi Żydzi dali w dupę ruskim Arabom”. Ludzie tańczyli na ulicach. Ten powszechny wybuch radości przeraził Władysława Gomułkę. To była niesamowita demonstracja niechęci i obrzydzenia do Związku Radzieckiego, który nas niewolił, a teraz podjął dzieło kontynuacji planów Hitlera i nagle jakimś cudownym sposobem radzieckie migi i radzieckie czołgi zaczęły zmieniać się w kupę złomu. Izraelski żołnierz uderzył w imperium zła. Izrael nie tylko reprezentował demokrację, w izraelskich mundurach wielu żołnierzy mówiło po polsku, ludzie poczuli się współudziałowcami tego sukcesu.
Czytając Pani tekst zastanawiałem się, w ile lat po tej wojnie przyszła Pani na świat? Zajrzałem nawet do Internetu i odszukałem Pani zdjęcie. Domyślam się, że dla Pani ta wojna jest równie odległa, jak dla mnie pierwsza wojna światowa.
Mój ojciec urodził się pięć lat przed tą wojną, w Stanach, powiat Nisko. Dziadek był nadleśniczym. W dzieciństwie słuchałem o Europie trzech cesarzy. Te opowieści wydawały mi się zupełnie nieprawdopodobne. Pierwsza wojna była dla mnie niezrozumiała, druga była dziwna inaczej, naznaczona zakazem mówienia o niej prawdy. Ojciec był majorem Armii Krajowej, do 1955 roku żyliśmy w wiecznym strachu, bo nigdy nie było wiadomo czy wróci do domu. Pod żadnym pozorem nie wolno mi było mówić w szkole tego, co słyszałem w domu. A zakazanych głosów o wojnie słyszałem wiele.
Znając tak dobrze rzeczywiste zakazane głosy o wojnie, szukałem w Pani artykule usprawiedliwienia dla tego tytułu. Nie znalazłem, albo nie zrozumiałem Pani przekazu. Ach tak, chodzi o film, w którym twierdzi się, że cenzura wojskowa czegoś zakazała. Podobno zna Pani Izrael. Czy na tyle, że wie Pani również, że nie da się tam niczego zakazać, nawet wystąpień w Knessecie, które w innym kraju byłyby podstawą procesu o zdradę stanu? Dalej pisze Pani już słowo zakazane w cudzysłowie. Chyba słusznie ostatecznie dowiedziała się Pani o tych „zakazanych” głosach z izraelskich, publicznie drukowanych źródeł.
Pracowałem w BBC, nie mieliśmy cenzury, mieliśmy instrukcje informujące, co wolno, a czego nie wolno. Najstarsi koledzy pracowali tam jeszcze podczas wojny. Czy wie Pani, że wtedy w studio podczas audycji siedział cenzor? Miał nawet specjalny przycisk i w każdej sekundzie mógł wyłączyć głos (za moich czasów były one nadal, używało się ich, kiedy dziennikarza przed mikrofonem łapał atak kaszlu).
Więc dziś w Izraelu wolno już mówić? Nareszcie, po tylu latach, mój boże. Powiada Pani, że w lipcu 1967 roku nie było szans na przekazanie społeczeństwu izraelskiemu prawdy o tym, że jakiś żołnierz izraelski współczuł egipskim więźniom (Cytuję tę rewelację za Pani tekstem: „Było mi ich żal, ale kiedy patrzyłem na tych biednych facetów, zastanawiałem się, jakby oni nas traktowali? To nie są istoty ludzkie”)?
Ten „zakazany” przez dziesięciolecia opis zwyczajnego ludzkiego odruchu izraelskiego żołnierza na widok upokorzonego wroga przypomniał mi inny opis, brata mojej matki, Zbigniewa Jasińskiego, jak szedł w kolumnie więźniów po Powstaniu Warszawskim. Konwojujący żołnierz Wehrmachtu, Ślązak, płakał. (To z artykułu w paryskiej „Kulturze” z lat 50., w kraju takie opisy wojny były wówczas rzeczywiście cenzurowane.)
Chciałbym się podzielić z Panią pewną informacją. Właśnie w Zurichu otwarto wystawę izraelskiej organizacji pozarządowej Breaking the Silence. Chyba po raz pierwszy tego rodzaju wydarzenie wywołało ostrą krytykę ze strony części szwajcarskich polityków. Dziesięciu parlamentarzystów wydało oświadczenie, w którym czytamy:
„Stanowczo potępiamy sponsorowanie tego publicznymi pieniędzmi poprzez Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz Ministerstwo Finansów i oczekujemy, że w przyszłości będzie się starannie badać projekty takich organizacji zanim zaczniemy wyrzucać pieniądze podatników.”
Autorzy oświadczenia piszą, że jest to dezinformacja i skandaliczne szerzenie politycznej nienawiści do żydowskiego państwa. Czy nie ma Pani wrażenia, że nie tyle zniesiono jakiś zakaz informowania o tym, co czuli izraelscy żołnierze, co raczej pojawił się popyt na dezinformację i propagandę nienawiści?
Pisze Pani, że Izrael umie wygrywać wojny, ale nie umie wygrywać pokoju. Ciekawa obserwacja. Prawie prawdziwa. Nie analizuje Pani przyczyn tej trudności wygrania pokoju, decyzji Ligi Arabskiej, ONZ, a w szczególności UNRWA, Arafata, a dziś Abbasa i Hamasu, jest tylko brzydki Izrael, który nie umie wygrywać pokoju. Nie wspomniała Pani również nigdy, ani jednym słowem, o europejskim finansowaniu izraelskich antyizraelskich NGO.
Kiedy wzrusza się Pani na filmie, warto jednak spojrzeć na jego produkcję od kuchni. Pisał o tym ciekawie Tuvia Tenenbom w książce Allein unter Juden(dostępnej również po angielsku Catch the Jew „Złap Żyda”). Jego dziennikarstwo jest, żeby tak powiedzieć, mniej wegetariańskie, ma więcej mięsa. Autor przez sześć miesięcy podróżował po Izraelu i Autonomii Palestyńskiej jako Niemiec Tobi, rozmawiał również z reżyserami takich filmów dla łaknącej wzruszeń publiczności. Polecam.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że cały świat walczy dziś o to, żeby Izrael wygrał w końcu ten pokój, proponując, żeby mieszkańcy Izraela weszli wreszcie do tej stodoły i dali się podpalić. Kiedy starannie zakłamuje się rozmiary nieustającego zagrożenia, sprawa staje się odrobinę podejrzana. Oczywiście warto na to spojrzeć również od strony literackiej.
Wspomina Pani Amosa Oza. Pisarze są w naszym życiu ważni. Literatura kształtuje naszą wrażliwość. Uwielbiam Gabriela Garcíę Márqueza, fenomenalna proza. Politycznie był użytecznym idiotą, wiernym przyjacielem Castro, miłośnikiem Związku Radzieckiego. Nawet kiedy o tym wiemy, jego książki robią piorunujące wrażenie, podobnie jak „Głód” Knuta Hamsuna. Ani Márquez, ani Hamsun nie byli najemnikami, ich porwała idea. Mój ojciec mówił mi, że historia oszukuje wszystkich. To było w czasach, kiedy obserwowałem konflikt między Sartrem i Camusem. Dorastając w komunistycznej Polsce łatwiej było mi zrozumieć argumenty Camusa, albo o odrzuceniu wzniosłych idei Sartre’a zadecydowali ludzie, którzy byli moimi przewodnikami. Trudno powiedzieć.
Czy była już Pani na świecie w 1975 roku? Wtedy (a może rok później) czytałem „Żyj bez kłamstwa” Aleksandra Sołżenicyna. Pisarz był już na Zachodzie i wkrótce moja fascynacja tym nieprawdopodobnym świadkiem komunistycznego barbarzyństwa nieco osłabła, albo raczej uświadomiłem sobie, że ten świadek ma również skazy, ujawniły się jego sympatie do Franco, dość tępy rosyjski nacjonalizm i religijny bzik. Nadal ceniłem jego świadectwo, ale zrozumiałem o ile bliższy jest dla mnie Sacharow. Wtedy jednak, w 1975 z zapartym tchem czytałem słowa Sołżenicyna:
„… przemoc szybko się starzeje, po kilku latach traci pewność siebie, toteż aby się utrzymać, zachować czerstwość przynajmniej z wyglądu, sprzymierza się z Kłamstwem. Przemoc bowiem nie ma innej osłony prócz kłamstwa, kłamstwo zaś może się utrzymać jedynie dzięki przemocy”.
Twierdzenie, że przemoc się starzeje i musi się podpierać kłamstwem jest niewątpliwie prawdziwe. Czy naprawdę jednak kłamstwo może się utrzymać jedynie dzięki przemocy? Zniewoleni sądziliśmy, że prawda jest syjamską siostrą wolności. Kłamstwo dobrze podpierają pieniądze, ale jeszcze lepiej wspiera je idea. Pacyfizm wydaje się być piękną ideą. Odmówimy walki i wojny nie będzie.
Izraelski historyk przypomina jak w 1933r., zaledwie w dziesięć dni po dojściu Adolfa Hitlera do władzy, w reakcji na jego buńczuczne wypowiedzi, członkowie Oxford Union Society uchwali rezolucję, w której znalazło się stwierdzenie: „Ta Izba w żadnych okolicznościach nie będzie walczyć za swojego Króla i Kraj”. Rezolucja przeszła 275 glosami przeciwko 153.
“Daily Telegraph” opublikował w 1964 roku list Ericha von Richthofena, byłego oficera Wehrmachtu, który pracował w niemieckim Sztabie Generalnym w 1933 roku i który we wspomnieniach napisał: „Mogę zapewnić na podstawie wiedzy osobistej, że żaden inny czynnik nie wpłynął bardziej na Hitlera i nie zadecydował o jego kursie niż ‘odmowa walki za Króla i Kraj’, która przyszła ze strony tych, których uważał za elitę intelektualną waszego kraju”.
Trudno o wątpliwości, że ta rezolucja nie była efektem niemieckiej działalności agenturalnej. Tu najprawdopodobniej mieliśmy do czynienia z duchem czasów, głęboką potrzebą przeciwstawienia się wojnie.
Czy zastanawiała się Pani nad fenomenem całego legionu radzieckich agentów w szeregach brytyjskich elit intelektualnych? Pewnie nie, jest Pani zbyt młoda, te sprawy przestały podniecać umysły Pani pokolenia. Brytyjska prasa, brytyjskie uniwersytety, ruchy społeczne, brytyjskie partie polityczne były doskonale infiltrowane przez radzieckich agentów. Stały za tym ogromne pieniądze i niezła wiedza o społeczeństwie. Prawo podaży i popytu na idee było przez radzieckie służby specjalne traktowane z śmiertelną powagą, doskonale wiedzieli jak wielki jest popyt na ideę pokoju i jak łatwo jest przekonać, kto jest pokój miłującym, a kto wstrętnym, agresywnym imperialistą. To działało i to nadal działa. Obserwowałem ten fenomen w Szwecji i w Anglii i zdumiewała mnie łatwość, z jaką w wolnym świecie kłamstwo mobilizowało swoje siły, by wesprzeć przemoc obiecującą zniszczyć wolność.
Intryguje mnie Pani ponętność w kręgach narodowych i socjalistycznych. Pani blog zdobył sobie stałych admiratorów, większość z nich to miłośnicy krzywych luster. Odbijająca się w nich historia zgadza się z tradycją ojców, mam wrażenie, że Pani teksty koją ich ból i przydają sensu ich istnieniu. W mojej rodzinie nie mieliśmy znajomych w tych kręgach.
Czy zna Pani Opole? Tam jest ulica Bronisława Koraszewskiego, mojego stryjecznego dziadka. Jego ojciec, a mój pradziad po powstaniu styczniowym, w obawie przed aresztowaniem, sprzedał majątek na Litwie i osiadł pod Inowrocławiem, w zaborze pruskim. Bronisław był dziennikarzem, bardzo katolickim, ale zdecydowanie brzydzącym się narodową ksenofobią. Któryś z Pani wielbicieli zastanawiał się, czy moje nazwisko jest prawdziwe. Jak najbardziej, chociaż zmieniało się. Już po ucieczce z Litwy, pradziad na wszelki wypadek zmienił Koraszewicza na Koraszewskiego, kilka stuleci temu było to jednak nazwisko czysto litewskie. Józef Piłsudski tłumaczył kiedyś swojej krewnej, dlaczego szlachta kresowa ma coś wspólnego z Żydami, prawił o starożytnych korzeniach. Bawiły mnie te wyjaśnienia, ale faktem jest, że ten zapiekły antysemityzm był w tych kręgach jakby rzadziej spotykany.
Po stronie matki było nieco inaczej, szlachta wielkopolska, kpiąca z szlacheckich tradycji, traktująca tę tradycję wstydliwie, a nawet z pewnym obrzydzeniem. Ojciec matki na Syberii wylądował za socjalizm, taki trochę norwidowski socjalizm, ale zawsze. Nic dziwnego, że jego syn nazywany był przez endecką poznańską prasę „sanacyjnym bojówkarzem”. Wspólnie z kolegą dali po mordach bandzie endeckich gnojków, która napadła na starego profesora i towarzyszące mu dwie kobiety. (Profesor sprzeciwiał się faszyzmowi na uczelni.) Rozgadałem się, ale widzi Pani, ja miałem zakaz mówienia o pewnych rzeczach jeszcze jako małe dziecko podczas wojny, bardzo stanowczy zakaz: „nigdy, nikomu, pod żadnym pozorem”.
Nie mam cierpliwości do prób rozmów z Pani adoratorami, od trzech pokoleń nie mam cierpliwości. Widzi Pani, my, Polacy jesteśmy jak Żydzi, różni, jest również sporo szuj. Żyj bez kłamstwa to dość dobra zasada, ale widać nie każdemu odpowiada.
Patrzę z pewnym zaciekawieniem na ostatnie zdanie Pani tekstu, na to przekonanie, że Izrael może wygrać jeszcze niejedną wojnę, ale mało prawdopodobne, że będzie z tego pokój. Czy próbowała Pani patrzeć od kuchni na tę swoją ideę pokoju z tymi, którzy mają tylko jedno pytanie: jakim prawem Żydzi posiadają broń i bronią swojego życia? Być może ten ostatni akapit najlepiej wyjaśnia Pani powabność wśród dziedziców starej morderczej tradycji.
P.S. Pani Agnieszka Zagner opublikowała w międzyczasie kolejny artykuł pod tytułem: „Ile za pokój, ile za wojnę”. Ten artykuł również skłania do refleksji:
Antysemityzm falliczny
Zauważyłem, że czytała Pani opracowanie Rand Corporation, w którym wybitni amerykańscy eksperci wyliczyli ile Żydzi i Palestyńczycy zarobiliby na zawarciu pokoju. Ciekawe ćwiczenie. Czytała Pani może podobne opracowania na temat Gazy przed jej oczyszczeniem z Żydów? Bo Gaza od 2005 roku jest Judenrein i zgodnie z opracowaniem Rand Corporation powinna być już Singapurem Morza Śródziemnego. W samym Izraelu wielu ludzi wierzyło, że ten jednostronny gest dobrej woli przyniesie nową jakość w stosunkach z Palestyńczykami. Istotnie, przyniósł nową jakość, ale nie taką, jakiej spodziewał się Ariel Szaron.
Naiwni Żydzi spodziewali się, że żydowskie przedsiębiorstwa przejmą przedsiębiorcy palestyńscy, były plany budowy lotniska, wsparcia rozwoju infrastruktury pozwalającej Gazie zostać regionalnym Singapurem. Jak szybko te nadzieje okazały się dziecinnie naiwne? Na dwa lata przed przejęciem Gazy przez Hamas? Pewnie zna Pani historię rozpadu tych nadziei lepiej niż ja, chociaż może inaczej ją Pani interpretuje.
Obserwując tamte wydarzenia byłem naiwny. Nie, nie w stosunku do Abbasa, Fatahu i lekceważonego początkowo Hamasu. Znałem pracę doktorską Abbasa, jego ważną rolę jako kasjera terroryzmu i jego „warunki pokoju”, moją naiwnością było przekonanie, że świat musi w tym geście dostrzec wreszcie dobrą wolę Izraela. Myliłem się oczywiście. Gaza była już Judenrein, ale fakt, że ta nieskazitelna czystość nie przyniosła pokoju, był w oczach świata winą Izraela.
Ciekawa był późniejsza historia hamasowskiego przewrotu w Gazie. Zginęło około pięciuset członków Fatahu. ISIS jeszcze nie było, zrzucanie ludzi z dachów budynków było nową praktyką, (strzelanie w nogi było starą praktyką, którą Hamas przejął od swoich irlandzkich towarzyszy w terroryzmie, a włóczenie motocyklami trupów zabitych nie dość pokornych Palestyńczyków po ulicach Gazy miało przyjść później).
Czy jest Pani zwolenniczką idei Jean-Jacques’a Rousseau o szlachetnym dzikusie, czy raczej koncepcji Thomasa Hobbesa, którą przedstawił w „Lewiatanie”? Idea Hobbesa została potwierdzona przez współczesną naukę, ale mam wrażenie, że sympatia do koncepcji Rousseau trzyma się dobrze. W naszym postmodernistycznym świecie ciągle spotykamy uporczywe przekonanie, że wszelka cywilizacja niesie zepsucie, a jeśli nawet szlachetny dzikus rozbija czasem komuś głowę maczugą, to przecież z pewnością ma dobre intencje i co najwyżej ktoś mógł go sprowokować.
Jak nowi władcy Judenrein Gazy zostali sprowokowani? Dlaczego zamiast kooperacji wybrali opór? (Czy Pani też ludobójczą politykę Hamasu nazywa oporem?) Tyle pytań na jeden raz. Ale może one jednak są ważne? W szczególności w kontekście ciekawego opracowania ekspertów Rand Corporation.
Wróćmy jednak do pytania o to, jak światu udało się zrzucić na Izrael winę za to, że ciekawe opracowanie Rand Corporation nie znalazło zastosowania doJudenrein Gazy? Ach tak, zapomniałem, oczywiście, blokada. Jak mogła Gaza stać się Singapurem Morza Śródziemnego, kiedy brutalny okupant blokuje jej kontakty ze światem? (Fakt, że blokada została założona za zgodą „Kwartetu Pokojowego” dopiero po przejęciu władzy przez Hamas i po niezliczonych rakietach wystrzelonych na ludność cywilną Izraela, jest starannie pomijany. Jak również informacja, że Izrael codziennie dostarcza transporty żywności, leków itd. do Gazy, nawet w czasie trwającej stamtąd kanonady. Nie wspominając już o elektryczności, za którą zresztą Palestyńczycy nie płacą i mają już wielomilionowy dług.) Sam Hamas twierdzi, że wyzwolił Gazę, sympatycy Hamasu twierdzą, że jest to obóz koncentracyjny, a władze Izraela wydają się mieć wrażenie, że jest to baza terrorystyczna, zbrojona i finansowana przez Katar, Iran, Turcję, a mniej otwarcie również przez Unię Europejską. Sam nie wiem komu wierzyć, czasem ma wrażenie, że całą prawdę o Gazie słyszymy tylko z Teheranu.
Interesujący jest sam mechanizm, proces obarczania przez świat Żydów winą za to, że Judenrein Gaza nie jest Singapurem Morza Śródziemnego. Czy zna Pani historię izraelskiej doktorantki, która na izraelskim uniwersytecie postanowiła przedstawić dokumentację gwałtów arabskich kobiet przez izraelskich żołnierzy? Korzystając z dostępu do izraelskich archiwów przeprowadziła rozległe badania i nie natrafiła nigdzie na ślad chociażby jednego gwałtu. W tej sytuacji uznała, że jest to przerażające, przedstawiła zebrane dane jako dowód, że izraelscy żołnierze do tego stopnia gardzą i brzydzą się Arabami, że nawet nie gwałcą arabskich kobiet. (Nieco więcej informacji o historii tego ciekawego doktoratu znajdzie Pani tutaj: Complete Story of „No rape = racism” essay.) Nie można wykluczyć, że próbę wyjaśnienia, jak udało się światu obarczyć winą Izrael za gospodarcze niepowodzenie Gazy zarządzanej przez Hamas powinniśmy zacząć od tego badania na izraelskim uniwersytecie, przejść do Karty Hamasu, a potem do Bractwa Muzułmańskiego i jej założyciela Hassana al-Banny.
Czy nie ma Pani czasem wrażenia, że niektórzy ludzie w rubryce „kontakt z rzeczywistością” powinni wpisywać „nie dotyczy”? Wróćmy jednak do referowanego przez Panią naukowego opracowania. Widzi Pani, przez lata zajmowałem się historią gospodarki. Moim mistrzem jest jedyny czarny laureat nagrody Nobla w ekonomii, Arthur W. Lewis, który szukał odpowiedzi na pytanie, dlaczego reformy gospodarcze w niektórych krajach wydają się być z góry skazane na niepowodzenie. (Czy wie Pani, że w okresie transformacji gospodarki chińskiej był on najczęściej cytowanym przez ekonomistów chińskich zachodnim ekonomistą?) Wolałbym nie ciągnąć tego tematu, bo wyszedłby cały esej, którego znaczna cześć musiałaby być z natury rzeczy poświęcona izraelskim wysiłkom, aby namówić palestyńskie elity, żeby mimo wszystkich konfliktów była przynajmniej wspólna polityka wodna.
Po zachwytach dla naukowego raportu pisze Pani o zagrożeniach ze strony „niezbrojnego oporu” i o groźbie trzeciej intifady. Pisze Pani:
„Izraelskie władze wrzucają to wszystko do wora z napisem „antysemityzm” i sprawa niby załatwiona. Jest coś gorszego niż łata antysemity? Czyż to nie jednoczy zwolenników wokół rządu, który musi walczyć z zalewem wrogości płynącej z wielu stron?”
Owszem, jestem o tym przekonany, ale czy jednoczy stempelek, czy rzeczywistość? Szekspirowskie zgoła pytanie. Czy jest Pani pewna, że to tylko stempelek? Czy próbowała Pani prześledzić sprawę Gazy, albo długą historię zabiegów o wspólną gospodarkę wodną, albo ofertę Olmerta, albo warunków, które są stawiane przez stronę palestyńską? Naciski wyłącznie na Izrael i pobłażanie dla muzułmańskiego antyjudaizmu, dla którego terror palestyński jest głównym narzędziem, podejrzanie przypominają humanizm i tolerancję proboszcza z Jedwabnego.
Obserwujemy w dzisiejszym świecie wzrost antysemityzmu i wzrost islamofobii. Wielu Żydów twierdzi, że wzrost antysemityzmu spowodowany jest polityką Izraela, który zgadza się na powstanie państwa palestyńskiego, ale tylko pod warunkiem, że będzie to państwo zdemilitaryzowane, że dokona się pewnych korekt terytorialnych i że zapomni się o prawie powrotu. Nie wiem, czy się Pani ze mną zgodzi, że jest to zaledwie odmowa popełnienia samobójstwa. Niektórzy (bardzo nieliczni) muzułmańscy dysydenci powiadają, że wzrost islamofobii spowodowany jest brakiem stanowczej reakcji muzułmanów w diasporze i muzułmanów w świecie muzułmańskim na polityczny islam. Ci muzułmańscy dysydenci są mi znacznie bliżsi od żydowskich orędowników izraelskiego samobójstwa. Niby mówią rzeczy podobne, a jednak chyba zupełnie inne.
Nie jestem pewien, czy jest Pani przekonana, że wystąpienie dyrektora Orange było próbą wywarcia nacisku na Izrael, by okazał bardziej pokojowe oblicze, czy objawem radości z powodu powracającej możliwości otwartego wyrażania sympatii do starej antysemickiej tradycji, czy (jak zapewnia dyrekcja tej instytucji) sprawą czysto techniczną związaną z decyzjami natury ekonomicznej?
Wiele razy zastanawiałem się, dlaczego świat zachodni całkowicie zrezygnował z jakichkolwiek nacisków na stronę palestyńską, aby zechciała zrezygnować z ambicji ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej? Czy ma Pani na to jakąś odpowiedź? Podejrzewam, że jest to kwestia upływu czasu od Zagłady, nowych pokoleń, postmodernistycznych idei, w których narracja jest ważniejsza od faktów.
W połowie lat siedemdziesiątych, do Lundu, gdzie wówczas mieszkałem, przyjechał Jędrzej Giertych, dziadek Romana Giertycha, słynny przedwojenny endek (być może Pani o nim nawet słyszała). Poszedłem na jego wykład. Był to tak nieprawdopodobny antysemicki bełkot, że w końcu wstałem i powiedziałem, że ludzi takich jak on powinno się obwozić po Europie w klatce i pokazywać dzieciom. Jędrzej Giertych był historykiem, owijał swój jad w argumenty, które zachwyciłyby Pani dzisiejszych wielbicieli. (Czy wierzy Pani w ich dobre intencje?) Członkowie ONR, którego Giertych był współtwórcą, mieli hasło mniej skomplikowane: „Precz z żydami, żydóweczki z nami” (taka właśnie pisownia). To byli głównie studenci, wykształcona młodzież, taka jak na dzisiejszych amerykańskich i europejskich kampusach, biorąca udział w wiecach poparcia dla BDS. Za tym hasłem kryła się gotowość gwałtu, rabunku i mordu. Kiedy oglądam zdjęcia z tych współczesnych wieców, mam wrażenie, że widzę ludzi, którzy odważnie patrzą w lustro i są przekonani, że walczą o Dobro. Tylko nieliczni zakładają koszulki z napisem „Kocham Hamas”. Oni się oburzą, ale ja to właśnie nazywam antysemityzmem fallicznym, jurnym, z tamtą gotowością do gwałtu niezdarnie ukrytą za rzekomym współczuciem dla Palestyńczyków. Mogę nie mieć racji, ale raport amerykańskich ekspertów mnie powiedział coś innego niż Pani. W jednym się zgadzamy, pokój to dobra rzecz.
Powiada Pani, że Rand Corporation pokazuje drogę do rozsądku i racjonalności na Bliskim Wschodzie? Czy uważa Pani, że Zachód powinien być bardziej stanowczy wobec Rosji, czy wystarczy ich przekonać, że pokój jest bardziej opłacalny? Tak, ja też uważam, że pokój to nie jest zła rzecz, intrygujące, że nie wszyscy to widzą. Może dlatego niektórzy próbują mówić rzeczy rozsądne, tylko do tych, którzy mogą je zrozumieć, a w praktyce dostarczają radości tym, którzy chcą pokoju na zgliszczach.
Andrzej Koraszewski


Dziękuję 🙂
„ja to właśnie nazywam antysemityzmem fallicznym, jurnym, z tamtą gotowością do gwałtu niezdarnie ukrytą za rzekomym współczuciem dla Palestyńczyków. Mogę nie mieć racji”
Pan ma rację.
„Wiele razy zastanawiałem się, dlaczego świat zachodni całkowicie zrezygnował z jakichkolwiek nacisków na stronę palestyńską, aby zechciała zrezygnować z ambicji ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej? Czy ma Pani na to jakąś odpowiedź? Podejrzewam, że jest to kwestia upływu czasu od Zagłady, nowych pokoleń, postmodernistycznych idei, w których narracja jest ważniejsza od faktów.”
* * *
Wydaje się, że to jest sedno wszystkich problemów Izraela, bo od innych krajów regionu nie ma co spodziewać się obiektywizmu.
Super, gratuluje ! Moje najwyzsze uznanie !