z powodu kurki (nazywanej również fufluszkiem) o mało co nie zostałem zlinczowany przez tłum przyszłych wyborców PiS i oglądaczy TV-Trwam. ona biedna nie wie nawet, że ocalił mnie brak sznura. co to jest sznur jeszcze wie, ale co takiego brak, to już całkiem nie. gdyby więc w PRL nie było przejściowych trudności z nabywaniem niektórych rodzajów sznurowadeł do pewnych gatunków obuwia i innych dóbr materialnych, dziecko moje zostałoby półsierotą jeszcze w stadium późno-embrionalnym.
scena niedoszłego linczu stanęła mi przed oczyma jak żywa, gdy przeglądając starą pocztę w komputerze, trafiłem na mail poczytnej autorki, publikującej od niedawna również w SO, napisałem jej nawet o tym, ale później na długo zapomniałem, że to co ją tak wkurwiło i zniesmaczyło, o mało nie wyprawiło mnie na tamten świat…
Twój opis perypetii z uzyskaniem zaświadczenia w USC godny jest pióra dr Kafki, ale chyba nawet lepszy, bo wyczuwam w nim dystans i poczucie humoru, chroniące przed popadaniem w katastrofizm. Sam nigdy nie padłem ofiarą tego izmu, ale – pamiętam – kiedy jeszcze w czasach Perliczki byłem w kacecie pod nazwą Uniwersytet Warszawski – bo był to taki intelektualny obóz koncentracyjny, na krótko przed wyrzuceniem z ZMP oskarżano mnie o popadnięcie w subiektywizm i burżuazyjny obiektywizm – jednocześnie, co wskazywało na niezwykłe wprost natężenie perfidii…
Kilkanaście lat po studiach, na krótko przed (nie całkiem dobrowolnym) wyjazdem z Perliczki też miałem przeżycie (sic!) w USC Warszawa-Żoliborz. Przyszedłem pewnego dnia do urządku tego ślicznego, a w poczekalni przaśna atmosfera – intensywnie skłębiony tłum, swojski zapach niedomycia i perfum „Krasnaja Moskwa”, albo za przeproszeniem „Soir de Paris”. Pani stanowo-cywilna urzędniczka filowała z okienka na nowoprzybyłych, a jak się już kilku uzbierało, wychodziła zza szyby i odsłuchiwała na okoliczność przybycia, więc petenci w przytomności współ interesantów zwierzali się jej z największych intymności.
też musiałem jej powierzyć tajemnice alkowy, bo bez tego nie miałbym żadnych szans w tym pojedynku bez sekundantów i na jaką w końcu broń? Na broń Boże, chyba. Powiedziałem więc, że przyszedłem ustalić datę ślubu. Urzędniczka zafrasowała się:
– Kiedy najbliższy wolny termin jest za siedem tygodni
-To mnie zupełnie nie urządza – powiedziałem – bo narzeczona jest w bardzo zaawansowanej ciąży i może się okazać, że cała ceremonia będzie panu Bogu w okno.
Współ petenci spojrzeli na mnie z wrogością i wyczułem narastający w tłumie nastrój linczu.Może tylko chwilowe braki w zaopatrzeniu, manifestujące się w niedoborze sznura we wiecznie zakolejkowanych sklepach ocaliły mnie przed egzekucją. Ale moralnie czułem się już dyndający na gałęzi, która wyrosła na tę okoliczność i nawet drzewo nie było jej do tego potrzebne.
Urzędniczka zafrasowała się.
-Niech pan chwilę zaczeka, zapytam naczelnika…
Po chwili wyszła rozpromieniona .
– Za dziewięć dni, prędzej się nie dało. Proszę ze mną do pokoju, żebym mogła spisać dane. Kiedy z nią rozmawiałem, tłum odskoczył ode mnie jak od zadżumionego i wokół nas utworzyło się spore kółeczko. Z obrzeży dochodziły głośno wypowiadane komentarze: nie dość, że taki gzi się po kątach ze swą zdzirą, to jeszcze go się za to nagradza.moja interlokutorka może i doświadczyła pewnych niewygód związanych z wyalienowaniem urzędu od celu jego istnienia, ale przynajmniej nie ryzykowała linczu, choć, odkąd obaliliśmy komunę i po trzy czwarte litra na statystyczny łeb, niebywały wprost rozpanoszył się dostatek sznura – nic ino wiązać pętle…
kandydat do zawiśnięcia zawsze się znajdzie…
natan gurfinkiel

