My name is Bond.
Nazywam się Szydło.
James Bond.
Beata Szydło.
Zaczęło się od majtek, pończoch, staników i innych części garderoby, nowych środków do mycia i prania, świeżej żywności, samochodów i komputerów. Po dwudziestu pięciu latach Rzeczpospolita Polska Internetowa jest wyżywiona i odziana w nowe szaty kapitalizmu. Polacy wyszkolili się w tej nieszkodliwej imitacji, ale gdy zaczęła ona penetrować kulturę, sprawy się skomplikowały. PRL zostawiła po sobie kulturę, wyrastającą w ideologicznie tłamszonej glebie, a jednak rodzimą: przez te powojenne lata sporo dorodnych kwiatów budziło się do życia, a w swojej świeżości wiele przetrwało do dziś. Ustrój się zmienił i zaczęła się kulturowa imitacja, która też poszła wartko: importowane formaty medialne, tłumaczona na ogol źle na polski amerykańska kultura masowa, która poprzednio zagospodarowała Europę zachodnią i resztę świata. Z perspektywy oglądania oryginału polska kopia, jak to bywa z kopiami, wypada często błazeńsko.
Stało się i nie ma powodu do rozdzierania szat. Ale jest jeszcze inna kultura, której naśladowanie, może przynosić szkodę: kultura polityczna. Tutaj nie było wzorów: ani „burdelowa”, jak ją nazwał Piłsudski, międzywojenna demokracja, ani powojenna dyktatura proletariatu z jej demokracją przez aklamację nie były kulturotwórcze. Po zmianie ustroju demokracja polska tworzyła się samorodnie, na oślep, aż doszła do martwego punktu, w którym pojawili się James Bond i jego sobowtór: Beata Szydło.
Jako pracownika mediów z ponad półwiecznym stażem interesuje mnie dylemat jajka i kury: czy to przeniesione z innej kultury media tworzą polityczne wodogłowie, czy pozbawieni wiedzy i instynktu politycy znoszą przed kamery swój nieświeży towar, ludzie oglądają, reklamy się sprzedają?
Dzisiejszą Polskę znam z TVN24, niegdyś dzieła Mariusza Waltera, dobrego przyjaciela z którym razem zdobywaliśmy telewizyjny fach, a który, po przeżyciu chudych neo-kapitalistycznych lat w Polsce, wyrósł na wybitnego menażera medialnego. Po walterowym napędzie TVN24 jak karuzela, kreci się dziś sama, a Walter siedzi przed telewizorem i obgryza paznokcie. Dla potrzeb prowadzących „programy autorskie” (kopia CNN, FOX i CNBC) pudruje się twarze polityków, sadza na krzesłach i w fotelach, czasem tuż przy nowych butach Moniki Olejnik (która, musze przyznać, ostatnio próbuje pozbywać się swojego jędzostwa) – i tak zaczyna się cykl rozrywkowy „Kto kogo?”.
Zmieniając mój bostoński kanał TVN24 (Grażyna nazywa go: Telewizja Panie Pośle), na ABC, CBC, NBC, CNN i MSNBC odkrywam, że w ciągu jednego dnia w tych amerykańskich stacjach pojawia się (łącznie) od pięciu do dziesięciu kongresmenów i senatorów, pokazywanych w krótkich sound bites z politycznego pola walki, tylu mniej więcej ministrów i… wiele razy tyle reporterów, dziennikarzy, konsultantów (rzadko politologów – nudni); na barkach prowadzącego dziennikarza spoczywa obowiązek opowiedzenia widzom co się w tym dniu działo w polityce, często z jego, ideologicznie zabarwionej, perspektywy.
TVN24, która jak każdy sprzedawca, chce kupić tanio, a sprzedać drogo, wybudowała ring, w którym odbywa się walka kogutów: raz jeden, raz drugi podnoszą lapy, sygnalizując, że chcieliby jeden drugiemu, „przyłożyć”; jest jednak postęp: jeszcze niedawno mówili równocześnie; za coś takiego, w mojej telewizji, polityk przestałby gościć na ekranie, a prowadzący pomału żegnałby się z posada.
Zapowiada się najgorętsza debata w historii polskiej demokracji. Kto, nie bojąc się „słupków” i politycznej „nieobiektywności”, posadzi przed kamerami tych polityków, którzy nie będą obrażać naszej inteligencji, a pozostałych będzie tylko dziennikarsko podsumowywać?
Głupota i frazesy polityczne powinny być domeną reklam wyborczych. Stacje telewizyjne powinny się dogadać żeby dobrze na nich zarabiać, a zysk inwestować w oryginalną kulturę polityczną. Gorzej sprzedawalną, ale przynoszącą Polsce korzyści.
Marian Marzyński


