Od lat burmistrz mego rodzinnego miasteczka zaprasza mnie na Dni Narola, które wypadają w drugi weekend lipca. Tak się składało, że nie mogłem z niego do tej pory skorzystać. W tym roku to się zmieniło. Zadzwoniłem i umówiliśmy się, że w tym roku w ramach narolskich uroczystości zaprezentuję lokalnej społeczności moją najnowszą książkę „Polak katolik?”, w której o Narolu sporo piszę.
Ostatecznie zdecydowaliśmy, że spotkanie autorskie odbędzie się tydzień później, bo jego charakter nie wpisuje się najlepiej w tegoroczne Dni, których punkt ciężkości był kulinarny. To prawda, w mojej książce o kuchni mało. Po prostu nic. A więc dla żądnych nowych przepisów pożytek żaden. Tak oto w czwartek 16 lipca w byłej cerkwi greckokatolickiej, wyremontowanej za unijne pieniądze spotkaliśmy się. Wśród kilkudziesięciu zebranych było sporo znajomych twarzy – rodzina bliższa i dalsza, koleżanki i koledzy ze szkoły podstawowej no i sam burmistrz Stanisław Woś.
Prezentację „Polaka katolika?” połączono z zamknięciem wystawy urokliwych akwareli lokalnych zabytków wieloetnicznej i wieloreligijnej kultury. Wydało mi się to okolicznością wręcz opatrznościową, bo i swoją książkę traktuję jako zapis lokalnego doświadczenia nie tylko religijnego, ale i kulturowego.
Nie mnie osądzać, ale dla mnie to był powrót nie tylko do dzieciństwa, ale też otwarcie możliwości innego spojrzenia na otaczający mnie świat. Nie tylko zresztą religijny. Prowadząca spotkanie, mgr Marlena Wiciejowska zapytała o znaczenie znaku zapytania w tytule książki, co pozwoliło mi obszernie wyłuszczyć główny zamysł książki. Potem posypały się inne pytania: o relację wiary do religii, o rolę socjologii w badaniach religii, ot to czy religia bywa pomostem czy przepaścią w kontaktach między ludźmi. A kolega z podstawówki podsuwając mi książkę do podpisu zapytał – to jaki jest ten twój Bóg?
No właśnie jaki? Trudno odpowiedzieć i pewnie pytający nie czekał na odpowiedź. Raczej pytał retorycznie. Bo tak naprawdę to i ja nie wiem, i on. Ale dobrze, że się po blisko półwieczu spotkaliśmy i nie wspominaliśmy szkoły, ale zastanawialiśmy się nad Bogiem. Przede wszystkim jednak cieszyliśmy się spotkaniem.
Na zakończenie burmistrz zaprosił mnie do powrotów. Pewnie skorzystam. Może na kolejne spotkanie przyjdzie tez mój kolega z dawnych lat wspólnego „księdzowania”, miejscowy proboszcz ks. dr Czesław Szczerba i jego pomocnik, ks. wikary dr Franciszek Grzegorz Kościelski. Na pewno ich obecność ożywiłaby spotkanie, które bądź co bądź dotyczyło również spraw, o których mówią miejscowym nie tylko każdej niedzieli, ale i w najważniejszych chwilach ich życia. Zapewne tym razem brak czasu nie pozwolił.
W drodze powrotnej do Warszawy zatrzymaliśmy się w Sandomierzu. Miłym zaskoczeniem była wizyta w katedrze wreszcie dostępnej bez ograniczeń dla zwiedzających i z tablicą w trzech językach przy feralnym obrazie niewinnie po łacinie zatytułowanym Infantycidio, czyli jedno z najbardziej brzemiennych w skutki kłamstwo o mordzie rytualnym. W jakiś sposób potwierdziła ta wizyta moje przeświadczenie, że w polskim Kościele katolickim idzie nowe.
Stanisław Obirek



Podziwiam optymizm zawarty w ostatnim zdaniu, choć go nie podzielam. A czy spotkanie autorskie planowane jest też w Warszawie?
Panie profesorze, to „nowe” zawsze tam było i jest. Tam – na dole, w parafii jednej czy drugiej. Ono tylko nie może się przebić wyżej.
Co do spotkania w Warszawie to na razie nie wiem bo to wakacje i trudno ludzi skrzyknąć. Ale jak „coś” będzie to na pewno dam znać w studioopinii. Tymczasem pozwolę sobie zachęcić do słuchania jutro 23.07 rozmowy z red. Przemysławem Szubartowiczem w programie 1 PR o 15.30 a wieczorem do oglądania w superstacji rozmowy z red. Elizą Michalik wieczorem (nie wiem dokładnie o której). Przepraszam za tę reklamę, ale skoro Pani Anna R. pyta…
A co do „dołów” to oczywiście święta prawda, choć jest też prawdą, że niekiedy te „doły” przebijają się do góry, jak za pierwszej „Solidarności”. Wtedy o ile sobie przypominam „góra” raczej była wstrzemięźliwa…
„Bo największy jest ambaras…” itd.
Przyszło „nowe” bo tabliczki w 3 językach ?
Porywający wniosek.
Poza katedrą miejscem wartym odwiedzin jest lokalne seminarium duchowne i choćby krótka rozmowa z klerykami.
W efekcie gwarantowany powrót do rzeczywistości.
Wprawdzie jestem z Krakowa, ale od wielu lat spędzam majówkę koło Lubaczowa, stamtąd penetruję Roztocze. Narol mi po drodze stoi, tak jak Horyniec jest ośrodkiem przez który musi się przejechać. Świetne miejsce, fajne zabytki, dookoła przeciekawe rezerwaty. Kiedyś po penetracji Południoworoztoczańskiego Parku Krajobrazowego szukaliśmy knajpy i tak objawiła nam się restauracja Rubin, wyglądająca jak bar kat. IV ale pozory mylą. Odtamtąd wizyta w Narolu to obowiązek. Oprócz strawy cielesnej jest i duchowa, tamten rejon nazywany jest Krainą Tysiąca Zapomnianych Cerkwii, przepiękne, porzucone, zazwyczaj drewniane. To pozostałość po burzliwej historii regionu. Co tam się nie działo – Grody Czerwieńskie, Linia Mołotowa, Akcja Wisła jako odpowiedź na banderowskie rzezie, zresztą w okolicy najdłużej w PL utrzymywała się UPA… Długo by pisać. Dla turysty lubiącego dłubnąć pod powierzchnią krajobrazu to raj, otwarta księga różności. Każdego roku poświęcam rejonowi tydzień i coraz więcej mi zostaje do zbadania 😉