Marian Marzyński: Dolce gęsi

marzynski 32015-07-27.

19 gęsi, które policzyłem (znany jestem z liczenia na przykład muzyków w orkiestrze w czasie nudnego koncertu), otóż tych 19 emigranckich gęsi, które odlecą po zimie do Kanady, pływa w rezerwuarze wodnym Chestnut Hill w towarzystwie amerykańskich kaczek i moim, porannego spacerowicza wokół wodnej tafli – niby okrąglej, ale co rusz wciskającej się w leśny lad i wydłużającej mi ścieżkę zdrowia do całej mili.

To ze spaceru zapamiętałem: chińskie kobiety i mężczyzn w wieku średnim z rękami ku słońcu wyciągniętymi i tułowiami ku ziemi pochylonymi, potem głowa do nieba, czarny osiłek z nagim torsem w czarnych majtasach szybko wchodzący i wychodzący z kadru, pojedyncze lub w stadach studentki sąsiedzkiego Boston College na przedrandkowym treningu, jak również technologiczna nowinka: kilku studentów na rowerach posuwających się z ciężkim oporem do przodu, bo treningowy mechanizm zmusza nogi do wspinania się jak na schodach.

W kategorii seniorów kilku wolno posuwających się panów, jeden z laską, i stara para, oboje niskiego wzrostu; tym moim rówieśnikom wystarczy posłać szczery uśmiech, a nie tylko się zatrzymają, ale do rozmowy zachęcą (polska przestroga więcej poufałości niż znajomości tutaj nie obowiązuje, jeden z nich wygląda na byłego bolszowo naczalnika z Moskwy; tysiące takich na żydowskich papierach przyjechało ponad 30 lat temu do Bostonu, wybrali Massachusetts jako najbardziej socjalistyczny stan amerykański, nikt inny nie potrafi tak wydoić magistratu z jego zasobów socjalnych.

Ciekawość moją budzi pani pod osiemdziesiątkę, o ładnie przemijającej urodzie, mogłaby to być aktorka, której na starość lekko odbiło: w upale nosi sportowo-myśliwski ubiór khaki i kapelusz z szerokim rondem, wełniane pończochy, takież narękawki i rękawiczki, na które założyła drugie chirurgiczne z plastyku, wiec może nie aktorka to jest, a chirurg na emeryturze? Często staje gapiąc się na gęsi, kaczki i wodę; tym razem spaceruje sama, ale kilka razy widziałem ja z młodą dziewczyna, z pewnością wnuczką, która słuchając raportów z życia babci posługuje się tylko dwoma wyrazami: yesright.

Gdy czarny przysadzisty w majtasach, eksperymentalni rowerzyści i wiele przed-randkowych dziewczyn, którym koki na głowach podskakują raz w górę raz w dół, a na zakrętach raz w lewo raz w prawo wyprzedzają mnie po raz drugi lub trzeci, kończę moją pielgrzymkę tam, gdzie reszta kanadyjskich gęsi (naliczyłem ich 123) objada z trawy murawę pola bejsbolowego; obok stoi zwieńczona kolumnami jońskimi, 19-wieczna budowla (Amerykanie ze swoją krótką historią lubią do architektury wpisywać starożytność); jest to pałac wodociągów miasta Boston, na którego otwarcie czeka wycieczka szkolna, bo wodociągi Massachusetts były jednym z największych osiągnięć rewolucji przemysłowej na początku 20. stulecia…

Zacząłem od gęsi, a kończę na dolce. Pamiętacie Felliniego Dolce Vita? Tam chodziło o zdegenerowaną włoską arystokrację; tutaj, w towarzystwie kanadyjskich gęsi, chodzi o błogie uczucie nic nie robienia: Dolce vita americana,

Marian Marzyński

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com