2015-08-10.
Gdyby zdarzyło mi się kiedyś przeczytać taki tytuł w gazecie nie zrobiłby już na mnie szczególnego wrażenia. Założyłbym się o każde pieniądze, że z artykułu dowiedziałbym się, iż rzeczony Bogdan Miś zdradził autorce/autorowi sekret przydatności wyższej matematyki do rozwiązywania problemów dnia codziennego albo coś równie wartościowego.
Dodatkowo byłbym pewny, że artykuł cieszy się poczytnością ze względu na alarmistyczny ton i mrożące krew w żyłach możliwości, które czytelnik złapany w tę pułapkę czułby się zobligowany zweryfikować.
I nic to, że po weryfikacji zmiąłby gazetę z niesmakiem czując się nieco oszukany faktem, iż red. Miś nie zdradził Ojczyzny, za co można by go obwiesić na latarni, ani niczego takiego. To nie ma znaczenia – gazeta kupiona, artykuł przeczytany – to grunt.
Zadziwiające, że po iluś tam już latach tych praktyk czytelnicy wciąż się nabierają na tego rodzaju tytuły. Wiem, że przynajmniej część z nich zna ten mechanizm, ale nie potrafi się mu oprzeć.
I leci taki na łeb i szyję, by przeczytać nius, że „Doda zabiła!”, z którego dowie się, że w jakiejś panience niejaka (nijaka?) Doda zabiła chęć współpracy na niwie poniekąd artystycznej.
Dlaczego? Coś w człowieku tkwi takiego, że nie może się oprzeć.
W kaszubskim czasopiśmie „Klëka” z 1938 roku czytam artykuł pana Józefa Smolika „Potworności tytułów” a w nim:
„…zastanówmy się więc, co się staje z tak subtelnym i czułym aparatem życia jakim są nerwy nasze i mózg gdy bez przerwy, przez szereg lat uderzają w nie potworności tytułów prasy codziennej.
Cytujemy to co z pierwszym promieniem słońca niesie nam owoc „pracy umysłowej” całego zespołu codziennego nabiału:
„Mordercy”, „Szampan i pot robotniczy”, „Wielka afera brylantowa”, „Afera nafciarzy”, „Scyzoryk zdradził szpiega”, „Mimowolny bratobójca”.
[…] bo weźmy pod uwagę, że wielkie litery wysadzone na pierwszej stronie pisma mają wyraźny posmak przynęty, ową tajemniczość publicznej rozpusty, kup a dowiesz się czarno na białem o wszystkich siedmiu grzechach głównych za jedyne 20 groszy…[…] skrzyp szubienic, rzężenie mordowanych, gwizd policjanta to już nie wypadki, ale akcesoria, nie zdarzenia, ale dekoracje ustawione przemyślnie dla ściągania uwagi i opłat”.
Jak widzimy ten mechanizm znany jest od dawna. Konkretnie od kiedy? Od zawsze? Chyba nie, bo w mojej kolekcji czasopism począwszy od wieku XVIII są one nieobecne.
Dlaczego? Co i kiedy się stało, że takie tytuły zaczęły „rządzić” na rynku prasowym? Czy można to ustalić?
Owszem, ale te ustalenia mogą nie być pochlebne dla nas samych o czym pamiętać należy zabierając się za to „śledztwo”. Biorę do ręki pierwszą z brzegu gazetę z kolekcji – „Tygodnik Mód” z 1874 roku.

Wybieram tę, ponieważ dziś to także tzw. „pisma kobiece” brylują w „teatrzyku tytułów” donosząc nam o niestrawności gwiazd, o pryszczach na twarzy kochanka siostry szwagra znanej postaci itd.
Krótki przegląd tytułów z tego numeru:
str. 1
„Dzień i noc” – poezje Ludwika Niemojowskiego
„Początek słowiańszczyzny” – szkic historyczny W.A. Maciejowskiego
str. 2
szkic jw.
str. 3
„Orzeł i gołąbka” – powieść w odcinkach Zeneidy Fleuriot uwieńczona przez Akademię Francuską.
str. 4
jw.
str .5
„List trzeci. Z Nowego Yorku do Chicago w Ameryce północnej – Sygurd Wiśniowski
Mała dygresja – Sygurd Wiśniowski – polski pisarz i podróżnik zupełnie i niesłusznie zapomniany, człowiek swojej epoki, zwany czasem awanturnikiem, bo osobiście włączał się do spraw, które inni jedynie omawiali przy kawiarnianym stoliku (poszukiwania złota w Australii, polowania itd.), pisarz wędrujący nie tylko po okolicach cywilizowanych, ale zapuszczający się na tzw. Dziki Zachód i opisujący tamtejsze lokalne wybory (arcyciekawie), żołnierz Garibaldiego, przyjaciel kacyków na Fidżi i paru innych wyspach Polinezji, a także autor przekładu na język angielski „Pana Tadeusza”.
Było kogo poczytać, naprawdę.
The end of dygresja
str. 6
“Korespondencja zagraniczna” – tym razem ze Lwowa
str. 7
„Przegląd literacki” – omówienie ostatnich nagród literackich Akademii Francuskiej.
str. 8
– jw. plus reklama firmy pań Wilczyńskich specjalizujących się w handlu tiulami, koronkami, czepeczkami, negliżykami itp.
Pozostała cześć numeru to wykroje.
Inny numer tego samego tygodnika lubię szczególnie ze względu na doniesienia o pracach parlamentu angielskiego. Pozwolę sobie fragment zacytować:
„ … ze wszystkich tegorocznych posiedzeń parlamentu jedno tylko było zabawne, na którem debatowano o przyłączeniu wysp Fidżi. Jeden z członków Izby, sir William Lawson bardzo się sprzeciwiał przyjęciu podarunku, jaki monarcha tych wysp ofiarował królowej Wiktorii, byle w zamian popłaciła jego długi.
– Jak to? – wołał z oburzeniem, więc chcecie Jej Królewskiej Mości narzucić 150 000 dzikich poddanych, z których całe 20 000 maj…ą szkaradną wadę ludożerstwa? I zaczął kreślić przerażający obraz ludożerców.”
Prócz tego w numerze szkic o literaturze rosyjskiej oraz artykuł o „tegoczesnej” poezji włoskiej napisany przez Joannę Belejowską.
Można by wziąć inne czasopismo z tego samego okresu i otrzymać wyniki dość podobne.
Zero epatowania kryminałem, społecznym błotem, dobór tematyki na jakimś jednak poziomie.
Dlaczego?
Odpowiedź jest brutalnie prosta: pismo dostosowywało się do poziomu czytelników, bo przecież też „musiało się sprzedać”.
I dziwna rzecz – sprzedawało się!
Sprzedawało się pomimo braku na jego łamach skandali obyczajowych, afer, chamstwa, pomówień, posądzeń, szczucia i całego tego rynsztoka, jaki serwują nam nawet „najszacowniejsze” współczesne tytuły.
Te gazety czytali inni ludzie? Trochę tak, bo nie czytywali ich z pewnością wszyscy. Czy to wyjaśnienie tej „tajemnicy”? Nie do końca, to także poczucie szczególnej misji będące udziałem dziennikarzy, które w przyszłości zaowocowało społecznym uznaniem dla zawodu, to źródło ich zawodowego etosu, którym dziś tak ochoczo podcierają sobie sempiternę dla kawałka chleba.
Jeszcze cytat z kaszubskiej „Klëki” z 1938 r.
„…skutki takiego wołania „zbrodniczego” co dzień nie tylko, że powodują w całości narodu uszczerbek, ale zużywają energię myślową, tę najcenniejszą na świecie energię, na cele rozkładowe. Tysiące ludzi pracę swą koncentruje na gangrenie życia społecznego, tysiące ludzi czerpie z tego zyski występując w roli rajfurów zbrodni, kryminału i szału ogłupienia.
[…] z tego jednak nie wynika, by w Polsce brakowało ludzi uczciwych, lecz gdzie oni są? Dlaczego o nich milczą tytuły?
Panowie! Nie dajcie się usuwać z frontu życia na petit i nonparel!”
Niestety, dali się usunąć.
Upowszechnienie edukacji i czytelnictwa nie szło w parze z kształtowaniem gustów, umiejętnością wartościowania, a jeśli w grę weszła jeszcze polityka – skończyły się czasy bon tonu i tym podobnych „mieszczańskich przesądów”.
W gazetach endeckich sprzed wojny czytamy już o „piłsudczykowskiej czerezwyczajce” i tym podobne określenia.
To pokutuje do dziś. I gdyby mnie ktoś zapytał, czy jest na to jakaś rada, czy to się może zmienić na lepsze, na oba pytania odpowiem: nie.
Żadne racjonalne posunięcia, żadne zaklęcia nie zmienią tego kim jesteśmy.
A gazetowe tytuły o „Bogdanie Misiu, który zdradził” są lustrem, w którym co dzień się przeglądamy.
Nawet jeśli udajemy, że to nie nasze lustro.
Jerzy Łukaszewski


Opowieść może być nieprawdziwa, sprzedaję co kupiłem. Otóż opowiadano mi w BCC, że na samym początku nadawania programów radiowych przez tę korporację bywało, że speaker mówił, „dziś nie mamy wiadomości, przechodzimy do programu o…”. U nas Dariuszowi Fikusowi marzyła się nudna, rzetelna gazeta. To był chyba ostatni Mohikanin, który pchał się z rzetelnością na prasowy rynek.
Zbyt pesymistycznie, Panie Jerzy. Gdyby zliczyć tytuły nieprowokacyjne we współczesnej prasie, otrzymalibyśmy całkiem ładną sumę. A jako że w XX wieku umiejętność czytania stała się masową, to i treści zostały sprowadzone do wspólnego mianownika. Na szczęście mamy wolność wyboru – a wybór większy niż kiedykolwiek – i wolno nam czytać tylko to, co wartościowe.
Zdaje mi się, że za czasów Fikusowej Rzeczpospolitej tego nie było. Owszem plotkarskie portale, tabloidy, ale prasa mieniąca się poważną raczej tych chwytów nie stosowała. Z obrzydzeniem obserwowałam potem, że zaraza rozpleniała się na wszystkie i te chcące zachować pozory powagi, fasonu i twarzy.
Panie Jerzy, stwierdzam, żem chyba nienormalna, bo jak przeczytałam tytuł, to jedyne skojarzenie jakie mi przyszło do głowy, to wiadomość, że Jerzy Łukaszewski jako jeden z niewielu Autorów sam dobiera ilustracje do swych tekstów.
Bogdan Miś zdradził! Całkę z różniczką!
Ale muszę uczciwie przyznać, że się nabrałem.
Bardzo podaobaja mi sie Panskie artyluly..wywarzone i trafiajace w cel. Nie kazdy tak potrafi.
A co do tytulowych dziwolagow….nie obronimy sie!!!
Dlatego (miedzy innymi) moja obecnosc na SO
W beczce miodu Szanownego Autora trafiła się, niestety, i łyżeczka dziegciu.
Wypraszam sobie lekceważenie osoby Pani Doroty Rabczewskiej – Dody – „(nijaka?) Doda”.
Gdy wywalczymy, w co nie wątpię, niepodległość od Watykanu to, jeśli dożyję, będę wnioskował o nadanie jej honorowego członkowstwa przyszłego ZBOWiD-u i postawienie przynajmniej jednego, kształtnego pomnika o wymiarach naturalnych.
Pamiętamy przecież o wyroku sądowym na Dodzie za „autorów” tzw. Biblii.
Teraz w Trybunale Konstytucyjnym czeka Jej wniosek o zbadanie zgodności z Konstytucją słynnego paragrafu o obrazie uczuciowości katolickiej nijakiego Nowaka z sekty Krk.
PS: Pańskie wpisy, Autorze, są extra, dziękuję i proszę o więcej.
Były dawniej, ale i dzisiaj są gazety wyższe i niższe. Mimo wszystko. „Tygodnik Mód i Powieści” niezbyt fortunnym przykładem. Zwłaszcza ten z roku 1874. Owszem, był pismem „dla pań”, jak mawiano, chyba wtedy najbardziej popularnym (walczył z nim „Bluszcz”). Ale jednak miał chyba z 200 prenumeratorek… nawet wtedy dużo to nie było. Zresztą z „Bluszczem” przegrał. Był redagowany bardziej zachowawczo i nie przetrwał I w.ś. A nowocześniejszy „Bluszcz” w wolnej Polsce się odrodził. Żywszy. bardziej na czasie. Mimo że też nie epatował tytułami i nie ociekał krwią.
Krwią ociekały gazety codzienne w II RP, ale nie wszystkie. Były to tzw. pisma czerwone (od koloru winiet, nie od ideologii). Tanie, masowe, z tytułami nastawionymi na sensację. Jak dzisiejsze to coś, co zwiemy tabloidami czy brukowcami (nazwa z dawnych czasów). Na szczycie tego krwawego „tryndu” przed wojną był „Tajny Detektyw”, jedno z pismo koncernu wydającego IKC-a. Chyba jeszcze niedawno wydawnictwo wydające „Rzepę” wydawało pismo bodajże „Detektyw”. Z historiami kryminalnymi. Nie wiem, na jakim poziomie, ale chyba niewysokim. Przed wojną były także pisemka z niewybrednymi żartami, podpadającymi pod pornografię (ówczesną, dzisiaj nieraz są rozbrajające…). Dzisiaj nawet one chyba (?) się samoograniczają. Internet górą.
A że pieniądz gorszy wypiera lepszy, wiedział już Kopernik.