Kiedy jakiś czas temu Rosyjskie Towarzystwo Wojskowo Historyczne, którego szefem jest ichni minister kultury ogłosiło, że „15 lipca 1410 jest pamiętną datą w historii Rosji”, a to z racji, że „tego dnia 1410 roku, rosyjskie wojska i ich sojusznicy: Litwini, Polacy i Czesi odnieśli zwycięstwo nad niemieckimi rycerzami w grunwaldzkiej bitwie”, internauci pokiwali tylko głowami, jako że w okresie nasilenia się bogoojczyźnianej propagandy w tym kraju można spodziewać się wszystkiego.
Nie posiadali się natomiast ze szczęścia, gdy nowa rzeczniczka PiS – Elżbieta Witek oznajmiła, że o Katyniu uczyła się z przedwojennych książek, które udostępniał jej prof. Henryk Zieliński zezwalając na dostęp do prohibitów.
Szczęście internetowych hejterów było nieco przesadzone, a sprawa może być poważniejsza, niż się sądzi. Oczywiście dla nudzących się przed komputerem jest frajdą, kiedy ktoś w tak spektakularny sposób robi z siebie idiotę/tkę, ale w tym przypadku już niedługo może być wszystkim nie do śmiechu.
Pan prezydent na cztery litery zapowiedział był bowiem „aktywne prowadzenie polityki historycznej”, a jest to coś od czego miłośnikom tej gałęzi wiedzy cierpnie skóra w najintymniejszych miejscach.
Kiedy skończył się PRL historycy (a przynajmniej ich większość) mieli nadzieję, że ten wstydliwy aspekt naukowej rzeczywistości odszedł raz na zawsze do lamusa. Niestety, dość szybko okazało się, że niekoniecznie. Po prostu jedną „jedynie słuszną wersję historii” zastąpiła inna i jak zwykle, znalazła licznych wyznawców.
Dlaczego nie można po prostu nauczać historii takiej, jaką ona jest? Nie mam pojęcia, bo nie trafiają do mnie komunały, że czemuś ona „musi służyć”. Czemu niby miałaby służyć „Syrenka” udająca Mercedesa? Ale spróbujcie do tego kogoś przekonać.
Pani Elżbieta Witek mogła rzeczywiście czytać w „przedwojennych książkach” o Katyniu, ale co takiego?
A np. , że jest to „stacja drogi żelaznej, moskiewsko brzeskiej, między Gusinem a Smoleńskiem o 611 wiorst od Brześcia”. Tak podaje bowiem „Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” pod red. F. Sulimierskiego, T. III, Warszawa 1882. str.911. I tylko tyle. Po co dorabiać do tego ideologię?
Niestety, tak było zawsze. Czytając starożytne księgi wyłapujemy obecność tego wirusa czasem nie bez trudu. Kroniki pisane były nie po to, byśmy my dziś odkrywali prawdę o tamtych czasach, ale po to, by jednych wybielić, innych pogrążyć, dodać dostojeństwa miernotom, spotwarzyć wielkich itd. Najpopularniejsza w Polsce kronika Galla to przecież nic innego, jak panegiryk na cześć faceta, który wynajął mnicha za pieniądze, a ten wykonywał swoje zadanie będąc zainteresowany głównie wynagrodzeniem, jak każdy pracownik najemny.
Nawet Biblia nie jest wolna od takich praktyk. Przez wiele lat odporna na krytykę naukową z racji pozycji Kościoła utrwaliła w umysłach ludzi całkowicie nieprawdziwy obraz wydarzeń i stosunków społeczno politycznych na Bliskim Wschodzie, z czym dziś musimy walczyć niekoniecznie odnosząc sukcesy, bo oskarżani jesteśmy wówczas o „nieposzanowanie tradycji”, „krecią antykościelną robotę” i wiele innych brzydkich rzeczy. I nawet tzw. zwykły odbiorca niechętnie odnosi się do naukowych rewelacji burzących mu z dawna ukształtowany obraz.
Ostatnia duża redakcja to czas po powrocie z tzw. drugiej niewoli babilońskiej. Temat o tyle ciekawy, że o tej niewoli słyszeli niemal wszyscy, ale o powrocie z niej już nie wszyscy. Nie uczy się kim byli Żydzi powracający z Babilonii po jej upadku na skutek perskiego najazdu. Nie mówi się, że w Izraelu zetknęli się z Żydami powracającymi z Egiptu, dokąd część z nich uciekła przed najazdem Nabuchodonozora, a także z tymi, którzy … zostali na miejscu nie będąc nigdzie deportowanymi.
Nawiasem mówiąc sam fakt, że część Izraelitów uciekając przed Nabuchodonozorem zbiegła do Egiptu jest wart zastanowienia ze względu na dość jednoznaczny i utrwalany po wielokroć obraz tego kraju jako „domu niewoli”. Tak się jednak złożyło, że w chwilach niebezpieczeństwa Żydzi tradycyjnie tam szukali ratunku. W domu niewoli? Trochę nielogiczne, nie?
Dziś dzięki badaniom możemy trochę inaczej spojrzeć na sytuację Żydów przesiedlonych w różne części wielkiego mocarstwa i na sprawę samych przesiedleń w ogóle.
Większość z nas pamięta pewnie przebój słynnej grupy Boney M
a niektórzy nawet operę „Nabucco” Verdiego, a z niej słynny chór niewolników
Boney M śpiewali zgodnie z tekstem Psalmu 137
Nad rzekami Babilonu —
tam siedzieliśmy i płakali,
kiedy wspominaliśmy Syjon…
o czym niekoniecznie wiedzieli wszyscy, którzy hasali raźno przy tej muzyce w dyskotekach. Szczególnie jeśli pani Kunicka odśpiewywała im „polską wersję” pt. „Gdzieś daleko jest Babi Ląd”.
I „Nabucco” (włoska wersja imienia Nabuchodonozor) i Boney M przedstawiają nam wersję biblijną – Hebrajczyków uciśnionych w okrutnej niewoli.
A jaka była rzeczywistość?
Po pierwsze trzeba wiedzieć, że Hebrajczycy nie szli do babilońskiej niewoli ani raz, ani dwa, lecz przydarzyło się to im co najmniej sześciokrotnie. Wersja biblijna jest więc swego rodzaju skomasowaniem tych przypadków w dwa wydarzenia dla osiągnięcia celu – oskarżenia Babilonii o wszystkie możliwe zbrodnie i to w konkretnym momencie historycznym.
Po drugie – wysiedleń nie dokonywali wyłącznie Babilończycy. To była ówczesna norma stosowana przez wszystkich, którzy mogli sobie na to pozwolić, czyli silnych.
Po co to było? Otóż nie było to zbrodnicze i bezsensowne okrucieństwo, lecz akcja wykalkulowana, w której zagarniało się ludzi przydatnych do czegoś we własnym państwie. A więc przede wszystkim rzemieślników, kupców znających się na handlu, kapłanów itp.
Stąd oczywisty wniosek, że nie wszystkich bo i po co?
Najciekawsze są jednak badania nad rzeczywistą sytuacją Hebrajczyków w tym „piekle na ziemi” jakim ponoć był Babilon.
Okazuje się, że nie byli dyskryminowani, ani prześladowani, a wręcz przeciwnie. Klinowe zapiski handlowe wskazują na istnienie wielkich firm kupieckich kierowanych przez Hebrajczyków, zdarzają się wysocy urzędnicy państwowi o imionach typowych dla Hebrajczyków (imiona babilońskie były najczęściej teoforyczne, a więc imię obce samo rzuca się w oczy) jak w przypadku Aaram – nadworny dostawca cukru czy Peqach – zarządca miasta, zdarzały się nawet toponimy hebrajskie jak w przypadku miasta Kar Au, co jest asyryjską formą imienia boskiego (JHWH). Jedna z babilońskich kronik mówi o karze nałożonej na niesolidnego kontrahenta, którą ten musiał wpłacić do skarbca świątyni boga Au czyli Jahwego.
Mieli własne majątki, niektóre całkiem spore, czego najlepszą egzemplifikacją są sumy jakie dawali na drogę rodakom powracającym do ojczyzny po obaleniu przez perskiego Cyrusa rządów Nabonida.
Przy okazji – Biblia wspomina o Baltazarze (słynne mane, tekel, fares) błędnie nazywając go królem. Baltazar był tylko synem Nabonida zastępującym go w czasie jego chwilowej nieobecności w pałacu.
Pozostaje pytanie: kto z Hebrajczyków i dlaczego wracał do Judei. Odpowiedź jest prozaiczna: ci, którzy w Babilonii nie zrobili kariery, którzy nie mieli wielkich majątków, ci którzy swe życiowe nadzieje wiązali z innym niż Babilon miejscem.
Jeszcze ciekawsze jest (a mówi o tym zapis biblijny), że ci „uciśnieni” wracali mając ze sobą 7337 sług i służebnic, 736 koni, 245 mułów, 435 wielbłądów, 6720 osłów. Jak na „biednych niewolników” całkiem nieźle. Wyobraźmy sobie tych co zostali. U Ezdrasza czytamy, że wspomogli wracających złotem, srebrem i szatami kapłańskimi. Plus 100 talentów złota na odbudowę świątyni jerozolimskiej.
W czasie redagowania Biblii przyjęli założenie czysto polityczne dostosowane do aktualnych potrzeb. Budowali państwo w opozycji do nieistniejącego już Babilonu jednocześnie łasząc się do zwycięzców (Persów. Można spokojnie założyć, że gdyby Pismo redagowali ci, którzy w Babilonie pozostali (a była ich ponoć większość z „uprowadzonych”) obraz wielkiego państwa byłby zupełnie inny.
Są całe zastępy chrześcijan, którzy nie zamierzają przyjąć tego wszystkiego do wiadomości jakby obawiając się, że wyjaśnienie nieścisłości i ewidentnych przeinaczeń w warstwie historycznej mogłoby zasiać wątpliwości co do warstwy ideowej dzieła. Bzdura, ale działa.
Jeśli dodamy do tego postawę średnio dokształconych duchownych przestaniemy się dziwić histerycznej często „obronie” Pisma tak odzieranego ze „słuszności” przez współczesna naukę.
To też jest polityka historyczna. I ona też czemuś służy. A że niezgodna z prawdą, którą dziś bez trudu możemy odkrywać? Cóż, nikt nie powiedział, że fakty muszą mieć rację, prawda? Aż nadto często jesteśmy tego świadkami.
Dzieje się tak np. w przypadku Kościoła głoszącego (i znajdującego posłuch), że „zawsze trwał z narodem polskim w chwilach niedoli”, co jest kłamstwem tak łatwym do zweryfikowania, że zdumienie bierze jak się je słyszy. Nie uczy się uczniów w szkołach o potępieniu polskich powstań przez papieży, nie mówi się, że kiedy władze pruskie zakazywały śpiewania „Boże coś Polskę” to właśnie księża najczęściej donosili na wiernych do policji, czego dowody znajdujemy do dziś w archiwach.
Najgroźniejsze jest to, że dla polityki historycznej prawda jest niebezpieczeństwem. A co się robi z niebezpieczeństwem? No zwalcza się, prawda?
No i już dziś zwalcza się znane i udokumentowane fakty o wycofywaniu się brygady Świętokrzyskiej społem z żołnierzami SS na zachód, bo przecież to „żołnierze wyklęci”, a więc bohaterowie, z których należy brać przykład.
Wystarczy, żeby ktoś był przeciw komunie, aby go dziś zrobić bohaterem, bez względu na faktyczne dokonania.
Pisałem kiedyś o oszuście i kłamcy, który twierdzi m. in., że „walczył w powstaniu grudniowym” w 1970 r. Oszust ten wystawiony był przez PiS w wyborach samorządowych i ma już na koncie parę innych wyczynów „historycznych”.
Po co nam taka polityka historyczna? Komu służy? Nam?
Z historią ma tyle wspólnego co demokracja socjalistyczna z demokracją czy krzesło elektryczne z krzesłem.
Wolałbym nigdy więcej zwrotu „polityka historyczna” nie słyszeć. A już na pewno z ust najwyższych przedstawicieli mojego państwa.
Obawiam się jednak, że będę słyszał. I to coraz częściej. Szkoda.
Jerzy Łukaszewski



Naśmiewanie się z pani Witek, że uczyła się z przedwojennych książek o Katyniu jest dokładnie takim samym sposobem prowadzenia dyskursu, jaki nam funduje PiS. Pani Witek uczyła się historii także z przedwojennych książek, a nigdy nie powiedziała, że właśnie o Katyniu z takowych.
http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/495515,nowa-rzecznik-pis-na-celowniku-internautow-za-slowa-o-katyniu.html
To było typowe przejęzyczenie:
„Prof. Henryk Zieliński umożliwił mi dostęp do prohibitów i z zapartym tchem siedziałam w bibliotece i czytałam. To były przedwojenne gazety i książki historyczne z okresu międzywojennego. Stamtąd czerpałam wiedzę o Katyniu czy układzie Ribbentrop-Mołotow”
Podejrzewanie p. Witek, że nie wie kiedy był pakt R-M, czy Katyń, jest zwykłym świństwem. Każdy może coś niezręcznie powiedzieć. Czepianie się czegoś takiego umniejsza znaczenie krytyki ważnych wypowiedzi polityków PiS.
j.Luk: Piszac o prawdzie historycznej w Biblii wykazuje Pan nie lada odwagę.
.
Zwycięstwo Dobra nad Złem poznamy po tym, ze SO zostanie zamknięte pod zarzutem działnosci antypolskiej. Przypuszczam, ze to nastapi jakies dwa lata po zwycięstwie PiSu. Gazecie Wyborczej daję jakies szesc miesięcy, Newsweekowi dziewięc, Polityka moze przetrwa rok-połtora. SO padnie ostatnie po załatwieniu tych bardziej znanych wrogow polskosci.
@narciarz2
.
:-))))))
A mnie z wszystkich ksiąg objawionych najbardziej leżą opowieści Szeherezady z 1001 nocy.
Panie Jerzy super tekst.
@Hazelhard. przyznasz jednak, że takie przejęzyczki świadczą o kondycji umysłowej. Ta Joński (SLD) też zapewne nie wierzy na co dzień w to, co wtedy chlapnęła o powstaniu. Więcej: świadczy to i o partii, co takie osobniki myślące i mówiące „na brudno” puszcza do przodu, żeby gadały. A takie rzeczy zapadają na wieki w pamięć.
Dwa przykłady: 1955 – Radiowęzeł (były takie) Zakopane: „A teraz usłyszycie państwo mazurka w wykonaniu Franciszka Chopina”. Albo (podsłuchane przeze mnie w tramwaju, 1960)”Ja tej nowoczesnej literatury nie trawię. Wolę, wie pani, naszą dawniejszą. Sienkiewicza, Kraszewskiego, Gebethnera i Wolfa…”
Sam (i moi Koledzy) wielokrotnie wypowiadaliśmy się do mediów, a potem z przerażeniem czytaliśmy, jak sens naszych wypowiedzi był zmieniany. Zresztą poprzednia notka Autora o tym traktowała.
Gdyby pani Witek explicite powiedziała, że Katyń był w 1936 roku, to bym pierwszy w Nią „krytyką rzucił”. Słowa, które zamieścił Dziennikarz, są przykładem nierzetelności dziennikarskiej. Po tych słowach, powinien upewnić się, czy nie nastąpiło przejęzyczenie, ale może sam na to nie zwrócił uwagi.
A. Goryński – dla śłcisłości – DAriusz Joński jest politykiem SLD z Łodzi, chłopak po 30-tce rzeczywiście ma typowy, polityczny „ptasi móżdżek”.WPADKA Z POWSTANIEM WARSZAWSKIM w 1899 r. dobrze charakteryzuje jego kompetencje. Jeszcze lepsze kompetencje zaprezentowała kandydatka na premiera/rkę Beata Szydło (stra/szydło) wprowadzjąc Polskę do UE w 1992 roku. Humor zeszytów z lat 60-tych jest na takim tle naprawdę zabawny. A ci ludzie wybierają się do rzadzenia Polską!
Polityka historyczna to jest finansowanie ze srodkow panstwowych Poklosia czy Idy, a odmowa sponsorowania filmu o rodzinie Ulmow. Polityka historyczna to jest odmowa uczczenia pomieci pomordowanych Polakow na Wolyniu pomnikiem w Warszawie. Polityka historyczna to jest powrot „czterech spiacych”. Jezeli PAD to zmieni to tylko nalezy sie cieszyc.
Innymi słowy: jak dają na popularyzację poglądów nam bliskich, bez względu na ich idiotyczność (bo „nasze” z definicji są dobre i jedyne…) – to dobrze. Inaczej – źle.
@Bujak
.
Najpierw musi być gotowy scenariusz. Jest takowa? Został przedstawiony? Ktoś ubiega się o finansowanie?
I mnie przeraża już (dotąd śmieszyło) podkoloryzowanie historii wedle potrzeb… Gafy jednych polityków wespół z głupotą kluczowych polityków, to może dla nas (narodu) skończyć się źle…
@ BM
Obojetnie czy banderowcy to wasi czy nasi, ale to bohaterowie i pomnik sie im nalezy. O tych ktorych mordowali mordowali nikt nie powinien sie upominac, bo uprawia polityke historyczna. Czekam kiedy postawia pomnik Hansowi Frankowi na Wawelu.
Szanowny Panie Jerzy, z różnych „dziwnych” względów nie jest Pan w stanie przedstawić rzetelnie najnowszej historii Polski a sili się Pan na obiektywizm w stosunku do wydarzeń sprzed tysięcy lat, toż to najczystszej wody bufonada. Od początku człowiek przeinaczał rzeczywistość .Mózg płata figle – Pański też.
@ BM i W.Bujak
Polskie Państwo nie powinno finansować wspierać sztuki filmowej (i innej), która pokazuje historię w sposób nieprawdziwy. Z drugiej strony, to przemilczanie różnych wątków to też fałszowanie historii.
Zdaje się, że kompletnie nie rozumiesz sztuki, a w szczególności filmu. To jest twórczość, a nie odtwórczość. Twórca ma prawo kompletnie zdeformować wszystko, fakty, osoby, miejsca i daty. Film, jak i powieść (nawet ta „z kluczem”) nie musi się liczyć z żadną prawdą, nawet naukową. Podobnie malarstwo nie musi przedstawiać niczego, może być odzwierciedleniem swobodnej gry wyobraźni artysty. Mylisz sztukę z podręcznikiem historii, zaś obraz z fotografią. To nie tylko jest dowód absolutnej ignorancji i głuchoty artystycznej; to jest niestety groźne.
A państwu nic do sztuki. Ma ją finansować w rozsądnych granicach bezwarunkowo i całkowicie apolitycznie, areligijnie i bez jakichkolwiek wymagań.
Gospodarzu @ BM.
Owszem,ma Pan rację.Sztuka to sztuka i koneser/krytyk a i widz powinni ją oceniać.Takiej sztuki tworzonej wg widzimisię-pardon-twórcy nie wolno zabraniać-jasne-ale dopłacać do niej…?
O nie,co to to nie i to hazelhard ma rację.Taka dopłacana fikcyjna historycznie sztuka przysporzy Polsce rodaków-znawców historii à la „Trylogia”,takiej ku pokrzepieniu serc ale bez prawdy historycznej.A prawdziwa sztuka sama winna się obronić…Jeśli nie poradzi dzisiaj to… powinna cierpliwie czekać na potomnych,którzy ją /ezentualnie ?/docenią.
—
Hazelhardzie,popieram:
NIE dla fałszowania historii za pieniądze podatnika.
A ja powiem tak: nie dla jakichkolwiek zasad i wskazówek państwowych lub politycznych czy światopoglądowych dla artystów. Ani uczonych. A państwo ma obowiązek łożyć na sztukę niekomercyjną (bo jest i działalność komercyjna, zasługująca na miano sztuki, np. ambitny rock w muzyce, robienie portretów na zamówienie w malarstwie) tak samo, jak ma obowiązek finansować abstrakcyjną naukę czystą (np. matematykę czy astronomię). O jakości zaś sztuki ma prawo mówić krytycznie jedynie zawodowy krytyk lub ogół samych artystów. Zwykły odbiorca, nawet jeśli jest profesorem fizyki, ma cicho siedzieć i nie trzaskać japą bez sensu. Za taką sztukę, o jakiej panowie mówią, nie wolno płacić z pozycji budżetowej działania twórcze, ale z pozycji propaganda albo inny marketing polityczny. Tylko z tych pozycji płacić za nic nie wolno.
@BM
W „Pokłosiu” polscy chłopi spalili Żydów. Historycy twierdzą, że tak było. Gdyby jednak na filmie pokazywali historię, że to żydowscy chłopi spalili Polaków, chyba byś protestował? Nie mam nic przeciwko (a wręcz przeciwnie) serii Władcy Pierścieni, gdzie wyimaginowany król prowadzi wojnę z wyimaginowanym czarownikiem. Jednak, gdy oglądam film o Elżbiecie I, to wolę, żeby nie umieszczali Jej w XII wieku, albo żeby nie prowadziła wojny z Aleksandrem Macedońskim. Oczywiście, są filmy historical fiction, jak „Bękarty wojny”, ale w tym przypadku każdy wie, że to czysta fantazja.
Wszystko zależy od celu artystycznego. Nie politycznego, nie historycznego, nie propagandowego. To są delikatne sprawy, oczywiście, i mnie powiedzmy ten film p. barczyka o Powstaniu Wielkopolskim z elementami fantasy raczej zdziwił, ale gdyby Raczek napisał, że to genialne… Też bym nie poszedł, ale nie robiłbym rabanu, że Instytut Sztuki Filmowej wyrzucił jakieś kolosalne pieniądze. Jak fachowiec mówi, to wierzę. Jako laik. Artysta ma prawo do eksperymentu, a sztuka najwyższa nigdy na siebie nie zarobi, trafi do kikudziesięciu czy może kilkuset ludzi, z reguły niebogatych. Czemu państwo ma o nich nie myśeć?
Robi się ciekawie…
Mecenat ułatwia życie twórcom i odtwórcom.
Zawsze tak było jest i będzie.
Sztuka nigdy nie finansowała się sama. Ta z wyższej półki była zawsze robiona na zamówienie i autor miał na życie. Czasem dostatnie, czasem..
Obecnie każdy co coś tam stworzy ma możliwość przedstawienia swego dzieła na forum publicum.
Internet to targowisko, każdy może zaistnieć.
Mamy tyle ocen dzieła ilu jest ludzi wyrażających swoje opinie. Te opinie nie mogą być jednakie bo różnimy się między sobą wszystkim, oceny mogą być zbliżone i wtedy twórcy i odtwórcy odnoszą tzw. sukces, który obecne jest niezwykle krótkotrwały.
Bez pieniędzy nic nie powstanie a nawet jak powstanie to leży w szufladzie i zwyczajnie nie istnieje.
Kulturę narodową tworzą ludzie którzy o tejże często mają nikłe pojęcie, ale mają dostęp do rozdzielania pieniędzy, oczywiście publicznych. I decydują czy tekst pochwalnego wiersza jest wystarczający dla nich, sie nie podoba.. kasy nima..
Twórcy zawsze zabiegali o pieniądze na swoje twórcze objawienia.
Wczoraj mialem w domu gosci. Szef i koledzy z firmy. Luzne gadki, o wszystkim i niczym. W pewnym momencie szef Grek ubawiony zaczal opowiadac, jak to Polacy w kampanii wrzesniowej na koniu z szabla atakowali niemieckie czolgi. On nie wie, ze jest taki artysta Andrzej Wajda, wie za to ze szlismy z szabla na czolgi.
No i co z tego? Jeden głupek więcej. Trochę tak, jak ten gówniarz, który narzekał, że mu drzazga w oko wlazła, bo przy dziurze w płocie było napisane „dupa”. Człowiek z więcej niż dwiema szarymi komórkami nie traktuje sztuki jako źródła wiedzy. Gazet i Internetu też nie.
@ BM
Gdyby swiat mial tylko takich madrych jak pan moze bylby lepszy, chociaz bardzo w to watpie. Swiat to miliony przecietnych ludzi, do ktorych trzeba trafic z przekazem. Na pewno dobrze pan zrobil nie probojac zostac politykiem. Moj szef w ciagu dwudziestu lat zbudowal firme warta 500 mln $.
@BM
Pozwól, że opiszę, jak rozumiem Twoje stanowisko w sprawie finansowania badań naukowych, albo działań artystycznych:
BM: „Jeżeli naukowiec, albo artysta potrzebuje finansowania, państwo (podatnik) powinien powinno spełnić jego/jej żądania”.
Niestety, gdyby tak było, to byśmy szybko zbankrutowali. Musi być ktoś, kto decyduje, czy finansować, czy nie. W sprawie badań naukowych, decyzja może opierać się o wskaźnik Hirscha wnioskującego, atrakcyjność tematu, przydatność dla gospodarki, itp.
W przypadku filmu historycznego (nie historical fiction), zgodność z wiedzą historyków powinna być jednym (nigdy jedynym!) z elementów oceny. Przykładowo, filmy o Papieżu JPII nie uwzględniły wątku ukrywania pedofilów. Dlaczego podatnik ma finansować zakłamywanie rzeczywistości?
Oczywiście, koś musi dzielić kasę. Mają o tym decydować eksperci, nigdy politycy i nigdy biznes. W wypadku sztuki – przykładowo tacy jak Anda Rottermund czy Tomasz Raczek – uznani w świecie znawcy o ogromnej erudycji. W wypadku nauki – sami naukowcy, demokratycznie wyłonieni przez środowisko specjaliści z danej dziedziny. Fizyk nie śmie decydować o biologach, matematyk o medykach – i odwrotnie. Przydatność dla gospodarki badań ma znaczenie drugorzędne, bo tu już trzeba by dopuścić do głosu niefachowców spoza nauki. A o filmie (szczególny przypadek) decyduje jego jakość warsztatowa, nie treść. I tak wredne politycznie filmy i zupełnie fałszywe Leni Riefenstahl są wielkimi dziełami sztuki. Najdziksza propaganda radziecka też wyprodukowała wielki dzieła sztuki, kompletnie fałszując rzeczywistość. Film pokazujący JP2 jako krasnoludka z chronicznym rozwolnieniem albo utajonego rozpustnika może być tak samo arcydziełem, jak pokazujący go w rozmowie z aniołami. W sztuce – powtarzam – nie jest ważne w ogóle co, tylko jak. A w nauce: zaspokojenie ciekawości poznawczej. I dlatego nabijanie się przed laty przez Urbana z doktoratu na temat reguł gry w palanta było drobnomieszczańskim wstecznictwem, nie „uzasadnioną gospodarczo krytyką rozrzutności w świecie nauki”.
@BM
Bogdanie!!! Podział na biologię, chemię, medycynę i fizykę to XIX wiek. Teraz mamy jedną science. Ja, czyli fizyk zajmujący się półprzewodnikami azotkowymi, wiem na temat fizyki cząstek elementarnych mniej niż na temat medycyny. Gdybyśmy mieli mieć naprawdę wykształconych ekspertów, dzielących pieniądze, to musielibyśmy mieć grupę wielotysięczną, co jest absurdem. Ktoś musi umieć decydować, czy wydać na badania nad insuliną, czy nad ciemną materią. Jakie kryteria ma stosować? Najrozmaitsze, ale także ten, którego nie lubisz- wskaźnik Hirscha, bo nie ma na świecie kiepskiego naukowca z wysokim tym wskaźnikiem.
Ale wracając do sztuki, to wystarczy się wybrać do dowolnej Galerii Sztuki Nowoczesnej. 90% prac to hochsztaplerzy, wsadzający gówno do puszki i nazywający to dziełem sztuki. Nikogo w tych galeriach nie ma (na Boznańską waliły tłumy), ale podatnik sztukę nowoczesną finansuje, bo np., p. Anda R. się nią zachwyca.
@BM
Jeszcze post scriptum: „Matematyka i astronomia naukami czystymi”???? Przecież to są najbardziej „applied science” ze wszystkich!!! Wyobraź sobie biotechnologię bez matematyki, a GPS bez astronomii. Powtarzam po raz któryś: „Nie ma nauki applied i non-applied. Jest tylko marna i wspaniała. Bez tej marnej można się doskonale obejść”.
@BM
I jeszcze jedno post-scriptum. Czy naprawdę nie przeszkadzałoby Ci np., pokazanie śp. A. Wieczorkowskiego jako ruskiego agenta w wybitnym filmie?