Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (13)13 min czytania

()

2012-10-11. Dziś o tym – jak Słowianie budowali swoje grody z niebywale wysokim wałami, o których średniowieczni północni współcześni myśleli, że to dzieła olbrzymów. Od Nowogrodu Wielkiego poszło normańskie określenie Rusi jako „kraju grodów”. Za to „szkapa nowogrodzka” była naprawdę szkapą…

13. BOGOWIE SKANDYNAWSCY MIESZKALI W GRODACH

Wielki nasz arabista, prof. Tadeusz Kowalski, pierwszy przetłumaczył poprawnie to, co zapisał Ibrahim ibn Jakub, żydowski kupiec-podróżnik z mauretańskiej wtedy Tortosy, poseł kalifa Kordowy. Opisał zaś Ibrahim, jak stawiano grody zachodniej Słowiańszczyzny, budowane dokładnie tak samo w świecie Wielkopolski i na wschodniej Słowiańszczyźnie:

„…Udają się na łąki, obfitujące w wodę i zarośla, poczem kreślą tam linię kolistą lub czworoboczną w miarę tego, jaki chcą mieć kształt grodu i obszar jego powierzchni, kopią dookoła (rów) i piętrzą wykopaną ziemię, umocniwszy ją deskami i drzewem na podobieństwo szańców, aż taki mur (wał) osiągnie wymiar, jakiego pragną. i odmierzają w nim bramę, z której strony pragną ją mieć, a chodzi się do niej po pomoście z drewna”.

Inny, późniejszy pisarz arabski, al-Gardizi, w ślad za swoim poprzednikiem z X wieku, al-Dżajhanim, zanotował o Słowianach, że mają swój sposób budowania grodów, do którego to dzieła schodzą się wszyscy budową grodu zainteresowani. Tak też musiało być i tutaj.

Słowianie na terenach przyszłej Polski montowali swoje słynne wśród archeologów, masywne wały rusztowe – ze skrzyń, napełnianych ziemią i kamieniami, przekładanych ziemią; grubość wału u podstawy sięgała i dwudziestu metrów! Obsypane ziemią i odarniowane, czasem – okładane u spodu kamiennymi płytami, dźwigały się te wały na wysokość kilkunastu metrów. Najlepiej zachowane ich pozostałości mamy na terenie Polski w Wielkopolsce, można z nich odczytać pierwotne rozmiary tamtejszych twierdz, połączonych z lądem groblami lub mostami – budowanych w większości na miejscu twierdz zdobytych i zburzonych….

O umocnieniach obronnych Słowian wschodnich trudno wnioskować z rysunków Borysa Rybakowa i jego kolegów, przedrukowanych także w dziele prof. Hensla. Nie rysowali ich specjaliści od takiego budownictwa – oglądamy drewniane spiętrzone izbice, z potężnych bierwion, co najwyżej dwie kondygnacje, o konstrukcji rozległych blokhauzów raczej, niż obwałowań; nie ma na nich korony, jak się to fachowo nazywa, z której obrońcy mogliby razić napastników. A przecie musiały te grody sięgać rozmiarów ogromnych, musiał Nowogród przytłaczać swą mocarnością – inaczej skandynawskie sagi nie zwałyby Konstantynopola terminem o słowiańskim rdzeniu i nie przyznawałyby swoim bogom siedzib w takim „gardzie”…

Sam gród Nowogrodu rozpościerał się na powierzchni ponad dziesięciu hektarów. W czasach, gdy powstawał Nowogród, musiał być – po prostu – „grodem”, „gard”, od czego jednak w dalszej przyszłości pójdzie słowo „gorod”, miasto. Takie w końcu grody uczyniły Ruś w oczach Skandynawów Gaerdarike, krajem grodów…

Zamek obronny Nowogrodu nie był wcale najobszerniejszym grodem Rusi – i to właśnie świadczy według mnie o jego wieku. Gród Kijowa pod koniec X wieku i potem, gdy go

zdobywał Bolesław Chrobry, też niewiele większą powierzchnię zajmował, 11 hektarów. Znacznie mniejsze miasto, Czernichów, ale późniejsze, miało za to gród na około 15 hektarach. Gród nad Wołchowem miał być – najprawdopodobniej od razu – potężną warownią. Mógł pomieścić kilkaset domostw dla paru tysięcy ludzi, czyli od początku miało to być miasto, nie tylko schronienie na czas niebezpieczeństwa. I – może się mylę – wszystko wskazuje na to, że nie budowano tylko samego „zamku”, otoczonego fosą: przekazy arabskie bardzo wcześnie mówią o rozległości tej niezwykłej metropolii – późniejsze wały Wielkiego Nowogrodu obejmowały w sumie ponad 400 hektarów!

Niestety, nikt do dzisiejszego dnia nie podał, jakiej skali to były roboty. Z moich obliczeń wynika, że z samych przyszłych fos wokół samego jedynie grodu musieli przyszli Nowogrodzianie wykopać co najmniej pięćdziesiąt parę tysięcy metrów sześciennych, załadować na jakieś nosidła i wdrapać się na szczyt wału, wysypać i ubić. Czym pracowali? Mieli „ryła”, czyli łopaty, oraz motyki; no i czymś też musieli urobek na górę nosić. Polski uczony, Andrzej Poppe, autor nieocenionych „Materiałów do słownika terminów budownictwa staroruskiego”, nie trafił w źródłach na żadne nosidła, ale to proste urządzenie techniczne znano już w pradziejach. Płócienne lub skórzane płachty, przyczepione do koromysłów, dźwiganych na barkach, mogły pomieścić jednorazowo do pół metra sześciennego ziemi. „Koromysła” w polszczyźnie to słowo zaczerpnięte z języków wschodnio-słowiańskich; nie umiem jego pochodzenia wytłumaczyć, dość, że każde słowo języków indo-europejskich z rdzeniem „kor-”, „koro-” dotyczy czegoś okrągłego, kolistego, od „korony” po „korale”, korowód i korowaj. Nosideł zaś używali jeszcze pra-przodkowie Europejczyków, laponoidalni górnicy krzemienia na pogórzu Świętokrzyskim przed dwunastoma tysiącami lat…

Pięćdziesiąt parę tysięcy metrów sześciennych ziemi to ledwie minimum, na wały wysokości około pięciu metrów, a wały na miarę olbrzymów powinny były wznosić się przecie na

dziesięć i kilkanaście metrów; wypadało dla nich przedźwigać i dwieście tysięcy metrów sześciennych. Licząc po godzinie na wykopanie, załadowanie, przeniesienie, zsypanie i ubicie pół metra sześciennego ziemi, daje to przy dwunastogodzinnym dniu pracy kilka miesięcy robót kilkuset mocnych, zdrowych ludzi.

Nie znamy ich organizacji pracy; ale wiemy, jak przebiegały takie zbiorowe, zespołowe roboty w innych kulturach pierwotnych, i mamy prawo sądzić, że rozdysponowywali roboty „starsi”, jacyś „starcy”, być może – naczelnicy rodów, przy udziale jakichś doświadczonych budowniczych. Niestety, mało kto się w naszych czasach interesował zmysłem organizacji w świecie prehistorii; ostatni – nasz Ludwik Krzywicki w swoich „Ustrojach społeczno-gospodarczych w okresie dzikości i barbarzyństwa”, opublikowanych w 1914 r. Nic w tym dziwnego. W ciągu ostatnich dwóch stuleci najlepszym dowodem „zmysłu państwowego” było raczej podbijanie innych, niż wielki wspólny wysiłek organizacyjny. Jeśli „mitologią narodową” Skandynawów nie jest ich wspaniały dorobek cywilizacyjny ostatniego półtora stulecia, lecz podboje i grabieże wikingów, cóż mówić o innych! Stąd i w znakomitym dziele prof. Witolda Hensla „Słowiańszczyzna wczesnośredniowieczna” nie czytamy niczego o narzędziach słowiańskiego budownictwa ziemnego; rydle, czyli łopaty, służą jej wyłącznie do „rycia” w gruntach ogrodu. A przecie wiadomo, że ci Słowianie na swoich drewnianych rydlach mocowali żelazne, ostro zakończone okucia…

Żeby wykopać fosy i obudować wałami podgrodzia zachodniej części miasta, czyli strony, zwanej potem Sofijską, na lewym brzegu Wołchowa, i strony Targowej, czyli handlowej, na

drugim brzegu rzeki, należało wykopać ziemi i usypać co najmniej siedem razy więcej, i to zimą, jeśli miało się puścić tymi fosami wodę okolicznych strumieni i samego Wołchowa (to ciągle hipoteza, bo nie mamy pewności, czy Wołchow nie odkładał się tu w jezioro). Sądzę, że tych robót nie odkładano – jeśli dobrze odczytuję zamiar strategiczny twórców Nowogrodu, czyli pomysł zablokowania swobodnej żeglugi Wołchowem. Co najwyżej od wzgórza Sławieńskiego rozwinął się później na północ na „padole”, naszym „podolu”, czyli podgrodziu, Nowogród handlowy, ze swoją – dalej, w dół Wołchowa – dzielnicą Płotnicką, czyli Ciesielską.

Wzgórze Sławieńskie połączy z grodem specjalny most. Kroniki, te, które znamy, odnotowały go dopiero w roku 1133. Georg Sartorius, autor pierwszej historii Hanzy z początku XIX wieku, uważał, że powstał nie wcześniej niż w roku 1383, choć już w 1338 roku władyka Nowogrodu, czyli archijerej, arcybiskup nowogrodzki, stawiał „swoimi ludźmi” nowy most, wedle zaś mego domysłu pierwszy zbudowano dużo, dużo wcześniej, już w pierwszej wersji konstrukcji, być może równocześnie z budową grodu i Sławna na Wzgórzu Sławieńskim.

Co przemawia za takim datowaniem?

Po pierwsze, jak wiemy, Słowianie wszędzie budowali mosty wiodące do swoich grodów, jeśli wznosili swe twierdze na jakichś wyspach. Budowali je tak oni lub ich poprzednicy, od których przejęli technikę, tysiąc lat wcześniej. Dlaczego mieliby tu postępować inaczej? Przy technice, która w ich świecie stanowiła odwieczną już rutynę?

Po drugie, jeśli chodziło o blokadę przepływu rzeką, most był po prostu jej elementem najskuteczniejszym – można było z niego ciskać kamieniami, miotać oszczepami, strzelać celnie w dół z łuków, strącać głazy na przepływające łodzie, lać na nie wrzątek lub gorącą smołę, sypać piasek, rzucać płonące żagwie. To zupełnie co innego, niż atakować przybyszów z brzegu, będąc narażonym na strzały z ich łuków, kamienie z ich proc i oszczepy. Mostu blokującego przepływ używali Słowianie rutynowo – na taki most później trafiły wysokie, pojemne kogi floty wojennej króla Waldemara i biskupa Absalona, kiedy, zdobywszy Wolin po ataku od strony Zalewu Szczecińskiego, chciały Dziwną wyjść na pełne morze – i nie mogły; musieli Duńczycy część mostu rozebrać, a takiż most blokował im szlak wodny i pod Kamieniem Pomorskim.

Po trzecie, choć po stronie grodu historia w Latopisach odnotowuje nad rzeką różne przystanie, to główny port Nowogrodu leżał nie po stronie grodu, lecz na prawym brzegu, przy Sławieńskim Wzgórzu. Można by, rzecz jasna, przypuścić, że portu potrzebowali dopiero Waręgowie, ale wiemy, że to nie oni nauczyli Słowienów pływania po rzekach, i wiemy to na pewno, bo ci późniejsi szwedzcy i miejscowi Waręgowie, czyli Rusowie, nie żeglowali tu na pięknych normańskich „drekach”, lecz wiosłowali na swoich i słowiańskich „jednodrewkach”. Słowienie nauczyli się łowić ryby już wcześniej i gdzieś musieli mieć dla swoich dłubanek wygodną przystań.

„Wielki Most”, jak zwykle tego rodzaju konstrukcję drewnianą, niszczyły różne dopusty losu. Kiedy czytamy w kronikach, że ktoś spalił czy podpalił Nowogród, możemy być pewni, że przede wszystkim spłonął most. Odbudowywano go konsekwentnie. Pytanie, czy tej samej konstrukcji. Raczej tak, bo nie słyszałem, by gdzieś w przedhistorycznym świecie słowiańskim odkopano resztki po wysokich konstrukcjach leżajowych, jakie w dziesięć dni stawiały nad Renem legiony Juliusza Cezara; Słowianie z przycumowanych tratew dębowymi klocami niby kafarami wbijali w dno pale nośne, kilkumetrowej długości, grube, dębowe, wzmacniali je od strony zewnętrznej palami zastrzałowymi. Wspierały się na tych palach zastrzałowych oczepy, osadzone na głowicach pali nośnych, od pół metra do metra nad powierzchnią wody – dźwigały właściwą konstrukcję nośną, podłużne belki. Na nich kładziono jezdnię z idealnie obrobionych, płaskich dyli grubości kilkunastu centymetrów. Wszystko bez jednego gwoździa; szerokości zaś miewały te mosty słowiańskie i kilka metrów!

Uwieczniły Wielki Most nowogrodzkie byliny. Jak też inne mosty Nowogrodu. Na nich to będą później toczyły walki powaśnione ze sobą stronnictwa miejskie, na jednym z mostów legendarny bohater bylin, osiłek Waśka Busłajew, spotka się z wyzwanymi przez siebie siłaczami Nowogrodu, by im porozbijać głowy i przejść żywy całą długość mostu. Z Wielkiego Mostu będzie się strącało do Wołchowa przestępców skazanych na śmierć, po ich uprzednim skatowaniu „czut’ li nie do smierti”, „niemal na śmierć” (jak brzmiała formuła wyroku). Gdyby to była kara normańska, pętano by skazańcom ręce i nogi – w sposób właściwy egzekucjom Normanów, czyli że nowogrodzki tryb kary był starszy, utrwalony przed sprowadzeniem swoich Waręgów. Trudno bowiem sobie wyobrazić, by to Norman wymyślił. Ostateczny wyrok powierzano Wołchowowi, który uważano, jak się zaraz dowiemy, za bezwględny i okrutny – jeśli Wołchow darował skazańcowi i skazaniec wydostał się z nurtu rzeki, darowywali mu życie i Nowogrodzianie. Norman by nie darował.

Pod fundamenty zarówno wałów, jak i domostw, budowniczowie Nowogrodu kładli ofiary „zakładzinowe”. Prof.  Hensel wolał przypuszczać, że niemowlęce szkieleciki pod belkami fundamentów zostały tam po zwłokach dzieci zmarłych śmiercią naturalną, ale wątpliwe, by akurat bóstwa i duchy Słowian przyjmowały takie ofiary. Jak wszystkie ówczesne bóstwa pogańskie, oczekiwały raczej ofiar żywych, co gorsza – raczej pierworodnych. Czaszki końskie pod narożnikami nowogrodzkich domów też nie brały się z padliny – poświęcano za każdym razem jakiegoś pięknego źrebca, bo któryż z tamtych bogów, obojętne, jakby się zwali, zgodziłby się udzielać swej opieki za odpadki?

Swoją drogą, fakt, że były to czaszki końskie, stanowi jeszcze jeden dowód na słowieński, nie normański rodowód budowniczych. Normanowie wsiedli na konie i nauczyli się je doceniać podobno dopiero koło roku 860. Poruszali się wodą. Tutaj zapewne nie wsiedli na konie w ogóle, tak były kiepskie i mało przydatne. Ośmionogi Sleipnir Odyna nie narodził się na Rusi; samo jego imię, „Umykający”, świadczy, gdzie i do czego Normanowie koni używali. To nie mogła być „nowogrodzka szkapa”.

Słowienom konie przydawały się w zimie. Nie mieli, jak wiemy, koni najlepszych, owe „szkapy nowogrodzkie” do legendy się nie nadawały. Mimo to i one były rzadkością, dobre wierzchowce kosztowały drogo, zaś do czasu, gdy wynaleziono w X wieku chomąto, konie ciągnęły zimą sanie w uciążliwych, ocierających kark jarzmach. Lepiej miały się konie używane pod wierzch, ale też chyba nie umiano dbać o nie. Najstarsze zgrzebła nowogrodzkie, które oglądał prof. Hensel, pochodzą dopiero z XI wieku… Przypuszczam, że konie z prawdziwego zdarzenia Nowogród zaczął sprowadzać lądem, nie wodą, właśnie w XI wieku, razem z ludźmi, umiejącymi obchodzić się z dobrymi końmi. Kiedy w zimowej lokomocji Nowogrodu pojawiły się psy, mogę się tylko domyślać – sądząc po wczesnych ofiarach „zakładzinowych” z psich łbów. Tak samo jesteśmy skazani na domysły co do tego, kiedy pobiegną z północy do Nowogrodu renifery, imienia których współczesny język rosyjski zapomniał, by oczyścić się z czudzkich naleciałości.

Zapomniano nie tylko imienia reniferów.

 Stefan Bratkowski

 

 

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.