Jerzy Łukaszewski: Apel do… ?11 min czytania

()

andrzejrysuje12015-09-24.

Czy zastanawiali się Państwo, po co w ogóle pisze się i podpisuje wszelkiego rodzaju apele? Kto i czy w ogóle je czyta? Nie da się ukryć, że nasze społeczeństwo jest dobrze zaznajomione z tym … no właśnie… jak to nazwać? Środek wyrazu? Czy metoda uspokajania sumienia będąca jednocześnie obroną przed zarzutem nicnieróbstwa?

Mają apele i wszelkiego rodzaju listy otwarte swoją długą, polską historię, zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że warte są osobnego historycznego opracowania.

I choć ich siła oddziaływania nie jest zbyt wielka, w pewnych kręgach uchodzą wciąż za czynnik łączący środowiska, pozwalający na potwierdzenie przynależności do nich, choć czasem jest to tylko wołanie na puszczy. Wołanie dla wołania.

Pod tym względem wolność naszej Ojczyzny niczego nie zmieniła, niestety. Ba – jeśli zmieniła to na gorsze, ponieważ dziś na mało kim robią wrażenie apele podpisywane przez najbardziej nawet znane nazwiska, które przecież tak łatwo jest zdeprecjonować za pomocą starych jak świat sztuczek z przypisywaniem niecnych intencji wspartych niewłaściwym pochodzeniem, niewłaściwej orientacji politycznej itd. I to działa!

Takie myśli naszły mnie gdy czytałem apel z prośbą o podpis pod projektem ustawy o zmianie ustawy z 1991 roku o systemie oświaty przygotowanym przez osoby związane z „Liberté”.

Ogólnie rzecz biorąc, sprawa dotyczy finansowania przez państwo lekcji religii w szkołach, co według autorów jest wyrzucaniem pieniędzy w błoto plus gwałceniem polskiego prawa z Konstytucją na czele, które przynajmniej w warstwie słownej zapewnia rozdział państwa i Kościoła, a które w praktyce realizowane nie jest z uszczerbkiem dla wolności obywateli.

Proponowana poprawka zmieniająca ustawę jest prosta, jasna, czytelna i ze wszech miar słuszna. I jak wiele tego rodzaju pomysłów mająca niewielkie szanse nie tylko na realizację, ale nawet na dotarcie do decyzyjnego centrum.

Inicjatywa trafia bowiem na czas zwiększonych starań katolickiego episkopatu o jeszcze większe, niż dotąd ubezwłasnowolnienie państwa w stosunkach z Kościołem, starań wspieranych przez co najmniej jedną partię polityczną, która za cenę dorwania się do koryta gotowa jest zamknąć oczy i dostęp do rozumu na wszystko co się wokół tego tematu dzieje. Ponieważ czteroletnia kadencja parlamentu to okres stosunkowo krótki, znajdujemy się w stanie permanentnej kampanii wyborczej, co nie sprzyja ani rozumowi, ani stworzonej w zgodzie z nim argumentacji. Stąd nietrudno przewidzieć jaki będzie los tej inicjatywy.

Samo nauczanie religii w szkołach ma już swoją historię, niestety nienajlepszą, a mimo to znajduje coraz więcej i to coraz gorliwszych obrońców. Część z nich to zwykli koniunkturaliści, którzy „wyczuli moment” i usiłują przekuć pojawiającą się w polityce tendencję na wymierną korzyść dla siebie, ale część to prawdziwi wyznawcy dobrowolnie ograniczający sobie pole widzenia świata i szczerze dziwiący się tym, którzy nie podzielają ich zdania.

Mieszanka tych dwóch grup nie jest dobrym połączeniem. Przede wszystkim dlatego, że odrzuca jakiekolwiek rozsądne rozumowanie uznając je a priori za wrogie, bo bijące w ich niejednoznacznie zdefiniowane interesy.

Szczerze mówiąc, sami jesteśmy sobie winni, bo po ’89 roku nie znalazł się nikt, kto rozpocząłby długą z założenia, ale konieczną w tamtym momencie dyskusję nad rolą Kościoła w państwie.

Dziś na to jest już za późno. Kościół tę rolę określił sam przy biernej postawie polityków ogarniętych euforią wolnościową, oczywiście w sposób dla siebie najwygodniejszy. Dziwiłbym się gdyby postąpił inaczej.

Nie daliśmy mu szansy na rzeczową dyskusję rozumianą jako spokojne wyważenie racji obu stron i mamy to co mamy – każde rozpoczęcie rozmowy na ten temat nieuchronnie prowadzi do konfliktu.

Raz już przezywaliśmy w naszej historii taki moment, a jednak wszystko potoczyło się inaczej.

Po 123 latach zaborów wolna Rzeczpospolita działając w nieporównanie trudniejszych warunkach zdobyła się na taka dysputę i jasne określenie tego co boskie, a co cesarskie.

Drobny cytat z „Dni katechetycznych w Warszawie” (MKW) z r. 1935 mówi wszystko na ten temat:

„… katecheta-duszpasterz młodzieży może i powinien pozytywnie współpracować w wychowaniu państwowym powierzonej mu młodzieży…”.

Rola katechety jest tu jasna i oczywista. Jego praca jest przede wszystkim podporządkowana dobru państwa. Będzie to czynił w zakresie mu podległym i przy pomocy środków specyficznych dla jego przedmiotu, ale cel ma zdefiniowany jednoznacznie.

Co ciekawe, literatura katechetyczna z tego okresu dyskutuje na bardzo wysokim poziomie na temat najnowszych osiągnięć pedagogiki światowej wyciągając z nich wnioski i omawiając możliwości skorzystania z nich w swej codziennej pracy. Efektem był katecheta-pedagog, który nie tylko uczył dzieci, ale i wiedział jak to robić. Dziś bywa z tym bardzo, bardzo różnie.

Konkordat z 1925 roku mówił, że kandydata na katechetę wysuwa Kościół, ale zatwierdza go władza szkolna. Od tej reguły nie było wyjątku i to władza szkolna miała prawo w każdej chwili katechetę ze szkoły usunąć, jeśli wg niej nie wypełniał swej roli w sposób należyty.

A dziś? Wspominałem już kiedyś, że zrobiła tak rodzona siostra, za co wyklęta została z okolicznych ambon. Dlaczego? Dlatego, że sprawa ta i wówczas i do dnia dzisiejszego nie jest należycie uregulowana.

A przecież kadry to podstawa, jak mawiał klasyk.

Nauka religii już przed wojną wzbudzała spory i to czasem bardzo ostre, ale w odróżnieniu od dzisiejszych prowadzone na jakimś poziomie. Kościół zarzucał wprawdzie Związkowi Nauczycielstwa Polskiego powiązania z masonerią, ZNP odpowiadał inwektywami typu „księża międzynarodówka”, ale to były wyjątki. Na ogół dyskutowano serio, mimo że twardo i nieustępliwie.

Przede wszystkim wiedziano o co idzie spór.

  1. Wojtukiewicz w artykule „Kształcenie i wychowanie młodzieży przez naukę religii” (Ku Szczytom 1938) pisał:

„… wiemy, że chodzi nie tylko o podanie wiadomości z tej dziedziny, nauczanie bowiem religii ma w szczególny sposób być wychowawczym i mieć na uwadze w pierwszej mierze całe życie dziecka, a w przyszłości dorosłego człowieka”.

Naukę religii traktowano jako jeden ze środków wspomagających walkę z problemami dotykającymi ówczesne społeczeństwo, jak pijaństwo, choroby weneryczne, prostytucję, od których pedagodzy katoliccy nie uciekali, nie traktowali ich jako tabu.

Dyskusja na temat moralności nie unikała sprawy wychowania seksualnego starając się ująć je w ramy procesu pedagogicznego nastawionego na ukształtowanie człowieka świadomego i odpowiedzialnego. Co ciekawe – w tym zakresie nie było właściwie różnic między dyskutantami katolickimi i innymi. Określono sensownie cel i ten okazał się wspólny.

Wyobrażacie to sobie dziś?

Oczywiście gdyby dziś rozpoczęto taką dyskusję, nie wszystkie argumenty trafiłyby do interlokutorów, to jasne.

Jedna z autorek licznych artykułów uzasadniając potrzebę lekcji religii w szkole pisał:

„… prowadzone z uwzględnieniem praw psychicznego rozwoju dziecka, wpływa nie tylko na rozbudzenie uczuć religijnych, ale również na wszystkie dziedziny życia psychicznego.[…] może oddziaływać na rozwój umysłowy bardziej, niż inne przedmioty.”

Dziś pewnie nie zgodzilibyśmy się z tą tezą. Podobnie jak z kościelnymi zastrzeżeniami co do koedukacji, które episkopat wysuwał także w kontekście nauki religii.

Wszystko to jednak pokazuje, że przedwojenna dyskusja na temat nauki religii była bardziej poważna w sferze argumentacji, a także otwarta na inne poglądy, niż ma to miejsce dziś.

Jeśli dziś biskup Mendyk w Radio Maryja głosi, ze „religię do szkół przywróciła Opatrzność i w związku z tym system działa dobrze”, to ustawia dyskusję na zupełnie innym poziomie, prawda?

Powiedziałbym, że nawet w innej rzeczywistości, któż bowiem zostanie uznany za godnego dyskutować z Opatrznością?

Złośliwi oczywiście mogliby wprawdzie dać prof. Samsonowiczowi ksywkę „Opatrzność”, ale poziomu dyskusji by to nie podniosło.

A zastrzeżeń jest sporo i to nawet przy pobieżnym przeglądzie.

Konkordat z 1993 roku (co ciekawe, ogłoszony w Dz. U. w 1998 – skąd ta zwłoka?) w art. 12 pkt.1 mówi, ze wprowadza się lekcje religii do szkół „zgodnie z wolą zainteresowanych” nie określając jednak precyzyjnie kim są owi „zainteresowani”, co daje pole do interpretacji.

Zgodnie z pkt. 3 katecheci obowiązani są do posiadania wykształcenia pedagogicznego. Ponieważ jednak nie ma państwowego nadzoru nad ośrodkami ich kształcenia, państwo ma niewielkie szanse by ocenić ich przydatność do zawodu, co w przyszłości powoduje wiele komplikacji w codziennej pracy, a co wykwita nam od czasu do czasu w mediach jako przypadki rozmaitego rodzaju skandalicznych wyczynów „nauczycieli”.

Zastrzeżenie budzi również wymiar tych lekcji, nie ujęty w żadnym wyższym akcie prawnym, a będący teoretycznie efektem swobodnej umowy między episkopatem polskim, a Ministerstwem Edukacji, co w praktyce oznacza całkowite poddanie się dyktatowi tego pierwszego.

Stąd takie „kwiatki” jak stosunek godzin religii do informatyki w liceum jak 6:1 w semestrze, o połowę mniejsza liczba godzin biologii, fizyki, historii i in. od lekcji religii itd.

Każda próba ograniczenia liczby tych godzin, nawet jeśli za takim rozwiązaniem przemawiają ograniczone możliwości finansowe gmin spotyka się ze stanowczym protestem ze strony duchownych i nieznany jest przypadek, by administracja państwowa nie ustąpiła im na tym polu.

Także organizacje pozarządowe, jak słynna fundacja Ratujmy Maluchy, która tak troszczy się o sześciolatki, które są zbyt małe by odbierać szkolną edukację, nie ma nic przeciwko lekcjom religii w przedszkolach. Trochę to niekonsekwentne, prawda?

Osobną kwestią jest jakość tych lekcji. Osobną i wcale niebłahą, bo przy dobrej woli i odpowiednich umiejętnościach, mogłyby te lekcje, skoro już są, przyczyniać się np. do lepszego zrozumienia rodzimej (i nie tylko) kultury, w której przecież  wątków i nawiązań religijnych jest cała masa.

Jeśli zamiast tego uczy się trzecioklasistów o istocie Trójcy Świętej, a więc zagadnieniu, z którym męczą się najlepsi teolodzy, to efekt może być tylko jeden – znudzenie i znużenie. Czyli – zmarnowany czas i pieniądze.

Zawsze uważałem, że głoszenie Ewangelii przy pomocy administracji państwowej jest przyznaniem się Kościoła do porażki na tym najważniejszym (teoretycznie) polu jego działalności. Jeśli nie potrafi nikogo przekonać do swoich racji stosuje przymus państwowy, bo to łatwiejsze. Ta „łatwizna” jednak odbija się czkawką w postaci coraz bardziej pustoszejących kościołów i traktowania przez coraz większą liczbę ludzi chrześcijaństwa raczej jako kręgu kulturowego, niż stricte religijnego.

Rozdział Kościoła od państwa jest korzystny dla obu stron. Ta oczywistość nie znajduje dziś zrozumienia duchownych. Dlaczego? Odpowiedź nie jest dla nich zbyt pochlebna.

Ci i rusz pojawiają się inicjatywy, o których wspomniałem wcześniej starające się w sposób rzeczywisty oddzielić państwo od Kościoła. Ale równolegle pojawiają się ze strony kościelnej głosy otwarcie już kwestionujące zasadę rozdziału pomimo jej obecności w Konstytucji.

W myśl zasad konkordatu z 1925 roku (art.XIX) państwo miałoby prawo żądać usunięcia takiego biskupa z urzędu. Dziś biskup nie zawaha się zażądać usunięcia urzędnika państwowego, który mu w czymkolwiek nie wygodził.

Dlaczego tak się dzieje?

Dlaczego przedwojenny, bogobojny urzędnik nie bał się stawić czoła biskupowi w sprawach należących do jego kompetencji, a dziś proboszcz potrafi trząść gminą i nie tylko?

Odpowiedź jest aż nadto prosta: bo stało za nim państwo. Dziś politycy szczebla centralnego albo wolą udawać, że nic się nie dzieje, albo dla świętego spokoju porzucą swego urzędnika w potrzebie, a ten nauczony doświadczeniem już na pewno nigdy nie wejdzie w spór z Kościołem.

Kompetencje polityków w tym zakresie są do wykorzystania chyba tylko w kabarecie, jak ostatnio kręcenie nosem przez posłankę Szczypińską na sprawę liczenia krzyży w publicznych placówkach Słupska. O liczbę krzyży pytała obywatelka wysyłając do UM stosowny wniosek i wg obowiązujących przepisów mająca prawo do takiej informacji. Tak też zrozumiał sprawę prezydent Biedroń i przystąpił do zbierania informacji na ten temat.

Jeśli u pani posłanki na sejm wątpliwości wzbudzają prawa obywatelskie kiedy zbytnio zbliżają się do religijnego poletka, to sami sobie odpowiedzmy czego możemy spodziewać się w niedalekiej całkiem przyszłości.

I czy można coś w tej sprawie zrobić? Apel? Do kogo?

Coś innego?

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

4 komentarze

  1. wejszyc 24.09.2015
  2. Stary outsider 24.09.2015
  3. narciarz2 26.09.2015
  4. j.Luk 26.09.2015