2015-09-26.
Wizyta papieża w Ameryce skłania do kilku refleksji na temat biedy, uchodźców i religii. Prasa amerykańska prezentuje tę wizytę jako „podróż w obronie sprawiedliwości”. Papież Franciszek występuje głównie przeciw biedzie, ociepleniu i kapitalizmowi. Wygląda na to, że większość odprawionych w USA papieskich mszy jest w języku hiszpańskim. Nic dziwnego, uciekinierzy z katolickiego świata stanowią już znaczną część amerykańskich katolików. Przybysze z Ameryki Łacińskiej zaczynają poważnie zmieniać skład demograficzny USA.
Jak powszechnie wiadomo, Kościół katolicki bezgranicznie kocha ubogich. Ubodzy wydają się jednak preferować paskudny, protestancki kapitalizm, więc ponad trzy tysiące kilometrów zasieków i płotów na długiej granicy z Meksykiem nieudolnie chroni chciwy świat konsumeryzmu przed przybyszami z świata miłości ubogich.
Arcybiskup Los Angeles, José H. Gómez, mówił na marginesie tej wizyty między innymi:
„Etniczny skład wiernych zmienia się, punkt ciężkości i wpływów w Kościele [amerykańskim] zmienia się z wschodu na zachód i z północy na południe. […] Papież zdaje sobie z tego sprawę. Wie, że oblicze Kościoła się zmienia, zna dziedzictwo hiszpańskiego katolicyzmu ze swojego kraju i wie jak ważni są hiszpańskojęzyczni wierni dla przyszłości Kościoła [w Ameryce]”.
Jak pisze w NYT Laurie Goodstein, z 68 milionów zarejestrowanych w USA katolików jedną trzecią stanowią przybysze z Ameryki Łacińskiej. Nie jest to cała prawda, bo bardzo wielu nielegalnych imigrantów nie rejestruje się w parafiach z obawy przed deportacją z USA, równocześnie w ostatnich latach bardzo wielu katolików przestało chodzić do kościoła w związku z niekończącymi się skandalami. (Nie można wykluczyć, że hiszpańskojęzyczni wierni to raczej połowa niż jedna trzecia amerykańskich katolików. Lwia część chrztów w kościołach to dzieci imigrantów, głównie hiszpańskojęzycznych.) Siłą rzeczy zmienia się również skład kleru i hierarchii kościelnej. Coraz więcej księży jest jednak z importu, ponieważ nowych powołań jest w samych Stanach jak na lekarstwo.
Wielu (również amerykańskich) katolików upatruje w papieżu Franciszku „odnowiciela Kościoła” i wyraża nadzieję, że ten papież zmniejszy przepaść między konserwatywną wizją moralności nauczaną przez Kościół, a poglądami większości wiernych. Papież Franciszek faktycznie mówi wiele rzeczy nowych, jednak przyczyn tak silnej obecności uciekinierów z katolickiego świata (mimo tak pilnie strzeżonych granic) nie rozważa, a co więcej wydaje się proponować paskudnemu kapitalistycznemu światu jakąś nową wersję katolickiego komunizmu.
Laicyzacja dotyka również amerykańskich katolików hiszpańskojęzycznych, uczestnictwo w mszach spada, sakramenty są lekceważone. Laurie Goodstein cytuje księdza Jesusa Reynagę, który mówi, że w konfesjonale trudno namówić grzeszników, żeby mówili tylko o swoich grzechach, a nie o swoich problemach.
Uciekinierzy z katolickiego świata mają kłopoty z integracją w demokratycznym świecie. Ciekawym wskaźnikiem jest edukacja, a w szczególności pozycja różnych grup etnicznych w nauce. Długo narzekano na nadreprezentację Żydów w wolnych zawodach i na uniwersytetach. Obecnie obserwujemy w Ameryce ogromną falę studentów, badaczy i wybitnych naukowców będących imigrantami z Chin, Japonii, Korei Południowej, Wietnamu, czy z Indii i nadal nieproporcjonalnie mało z Ameryki Łacińskiej.
Jaką rolę odgrywa tu religia i oparta na tej religii kultura? Dawniej szukano odpowiedzi na to pytanie w badaniach, dziś badacze unikają tak drażliwych pytań. To co widzimy, to że ludzie uciekający od biedy w swoich katolickich krajach, tworzą getta biedy w Ameryce i mają problemy ze zrozumieniem, że edukacja dzieci jest najlepszą strategią do zapewnienia im lepszego życia w nowym świecie. Wysyłają swoje dzieci do religijnych szkół z hiszpańskim jako językiem wykładowym, zamykają się we własnym świecie, zazdrośnie strzegą przywiezionej ze sobą tożsamości i mentalności, własnej, swoich dzieci i sąsiadów.

Papież Franciszek rozmawiający w Hawanie z Fidelem Castro 20 września 2015 (BBC wideo, zrzut z ekranu)
Jak się wydaje, papież wypowiedział wojnę globalnemu ociepleniu, kapitalizmowi, materializmowi, egoizmowi i innym nieszczęściom. Fakt, że mówi teraz o tym wszystkim w Ameryce (do której tak bardzo chcą się dostać mieszkańcy katolickich krajów Ameryki Południowej i nie tylko), fakt, że ci, którym udało się legalnie lub nielegalnie porzucić katolickie ojczyzny, mają astronomiczne problemy z korzystaniem z wolności, powinien być przedmiotem codziennej refleksji polityków, analityków i badaczy.
Stosunkowo najlepsza monografia, która pokazuje jak wielką kulę u nogi wiozą w bagażu imigranci z katolickich krajów, to wydana w latach 1918-1920 praca Floriana Znanieckiego i Williama I. Thomasa The Polish Peasant in Europe and America („Polski chłop w Europie i Ameryce” – polskie wydanie ukazało się dopiero w 1976 roku). Pięciotomowe dzieło było znakomitym studium pokazującym jak uciekający od ubóstwa polscy chłopi pozostawali w Ameryce pod ścisłym nadzorem księży i polonijnej społeczności, zachowując mentalność polskiej feudalnej wsi, ignorując szanse integracji i rozwoju. Ci przybysze z Polski stawali się nie tyle Amerykanami co polskimi Amerykanami, ludźmi, którzy przenieśli swój polski zaścianek za ocean.
Praca dotyczy głównie Polaków, którzy przybyli w końcu XIX wieku i na początku XX wieku do Chicago. Do dziś ich potomkowie stanowią sporą część mieszkańców tego miasta, a jednak odnosi się wrażenie, że w amerykańskim życiu akademickim częściej spotyka się polskich imigrantów z późniejszej emigracji, którzy nigdy nie wpadli w pułapkę imigranckiego getta
Amerykańskie uniwersytety są dziś najbardziej wielokulturową społecznością pod słońcem. Nikt nie odważa się robić takich badań, ale nawet pobieżne obserwacje pokazują, że różne grupy etniczne i religijne mają odmienne modele sukcesu, a niektóre grupy mają wyraźnie zwiększone trudności integracyjne. Masowa imigracja polskich chłopów do Chicago na przełomie XIX i XX wieku, prowadząc do powstawania dużych enklaw pozwalających na konserwowanie kultury religijnej i narodowej przez zamknięte środowiska, umożliwiała dalsze blokowanie rozwoju ludzkiego potencjału również w świecie, który dostarczał zupełnie nowych możliwości. Polskim imigrantom w Ameryce z książek miała wystarczać książeczka do nabożeństwa wydrukowana w języku przodków.
Nawet pobieżny ogląd amerykańskich publikacji naukowych pozwala na postawienie hipotezy, że dzisiejsi amerykańscy imigranci z krajów Ameryki Łacińskiej zasługują na podobną monografię.
Dobra papieska rada, by zabrać bogactwo jednym i dać innym, nie wydaje się być dobrą radą, chociaż zapewne płynie z dobrego serca i z pewnością pozwala zarobić dziennikarskiej braci. Jednak nie tylko należy wątpić, czy zmniejszy liczbę ubogich, ale można zasadnie podejrzeć, że niejednemu drogę do wyjścia z ubóstwa utrudni.
Andrzej Koraszewski


Zapewne tego nie dożyję, ale niewykluczone że rosnąca fala powolnych katolickich Gonzalesów rozmiękczy protestancką pilność i gorliwość, obniży jeszcze raz o połowę wydajność pracy w fabrykach i średnią płacę. Naukowcy będą mieli skośne oczy, robole krzyżyk na szyi a nadzorcy blond włosy i spluwę przy boku. Kościół Kat. będzie miał personel w połowie polski i płd. amerykański, będzie feudalnie rządził tym niegdyś demokratycznym krajem, pospołu z oligarchią finansową. Chyba że armia się zbuntuje, w obliczu spadających nieuchronnie wydatków na zbrojenia i przejmie władzę. Scenariusz wydaje się wariacki, ale przecież to jest kraj nieograniczonych możliwości.
Nie byłbym aż taki pesymistyczny. Oczywiście przyszłości nie daje się przewidzieć, ale moje porównanie z siły konserwatyzmu środowisk imigrantów z Polski na początku ubiegłego wieku, z możliwościami podobnego konserwowania postaw imigrantów dziś musi uwzględniać zmiany w szkolnictwie i systemie komunikacji elektronicznej. Imigranckie getta nie są już tak zamknięte.