Ryszard Turski: Co się zdarzyło 21 października?

po prostu2016-01-13.

Polacy nie doceniali tych, którzy przegrali wybory 21 października 2007 r. – zwłaszcza, że wszystko przemawiało za totalnym zwycięstwem Jarosława Kaczyńskiego.

Ten tekst powstał w komputerze dr Ryszarda Turskiego 17 czerwca 2008. Zdecydowaliśmy się go wznowić. Nie zmieniliśmy ani przecinka. Lektura najlepiej wyjaśni naszą decyzję o publikacji.

Dlaczego Jarosław Kaczyński ogłosił zaskakującą ofertę przedterminowych wyborów do sejmu?

[dropcap]N[/dropcap]iewątpliwie pewien był zwycięstwa na pustym już polu, bez Samoobrony i LPR, nad opozycją – zastraszoną, niezdolną do walki politycznej, niemal rzuconą już na kolana kolejnymi uderzeniami propagandowymi. Frekwencji spodziewano się takiej jak poprzednio, rzędu 40 – 41 procent; „Newsweek” tydzień przed wyborami odstraszał na wszelki wypadek młode pokolenie, ogłaszając, dlaczego nie pójdzie ono głosować. Przy tej frekwencji dwadzieścia parę tylko procent „swoich” spośród ogółu społeczeństwa, tych „swoich”, którzy pójdą do urn, dawało zwycięstwo więcej niż pewne – z samodzielną większością sejmową około 270 posłów. I wszystko się udało – Jarosław Kaczyński uzyskał 30 procent poparcia.

Precyzyjnie zaplanowane zwycięstwo miało legitymizować władzę braci bliźniaków, a przede wszystkim – stać się siłą napędową dalszej budowy IV RP, urzeczywistnienia rewolucyjnej utopii autorytarnej Kaczyńskich. Całe PiS wierzyło w spektakularne zwycięstwo wyborcze i w rewolucyjne przeobrażenia Polski, wynoszące do władzy nową klasę, porównywalne w sensie metodologicznym z radykalnym programem PPR budowy „nowej Polski”, t.j. jej sowietyzacji. Przywódcy PiS przygotowywali swoją partię do rozstrzygającej batalii już od pierwszego dnia swoich rządów, a nawet jeszcze wcześniej. Teraz euforia bliskiego sukcesu rozbudziła wśród zwolenników PiS ogromną aktywność i wzmogła brutalność walki z opozycją – skoro z wyżyn władzy ogólnokrajowej padały wyzwiska typu „knajaków”, „rabusiów” rwących się „do koryta” itp. Zwycięstwo i konieczna większość sejmowa miały przełamać bariery, utrudniające ekspansję głównego projektu politycznego Kaczyńskich, ich IV RP.

Oddać Kaczyńskim wypada, że potrafili w trybie pozakonstytucyjnym bądź nawet antykonstytucyjnym tworzyć różne instytucje autorytarne, antycypujące ustrój IV RP. Jarosław Kaczyński w ciągu dwóch lat swego panowania (bo taki charakter miała sprawowana przez niego władza, z czego nie zdawali sobie sprawy usunięci przezeń inni przywódcy PiS) podporządkował kontroli politycznej, a nawet wręcz partyjnej, by nie powiedzieć – osobistej, kluczowe aparaty władzy państwowej, administracyjnej, od aparatu skarbowego po służby porządku publicznego. Niejednokrotnie wykorzystywano je do działań bezprawnych, takich jak inwigilacja i donosicielstwo. Prokuratura stała się przedmiotem bezpardonowych nacisków. Politykę tę wykonywał osobiście Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości i prokurator generalny, wpływowy członek kierownictwa PiS. Nadzorował go bezpośrednio premier Jarosław Kaczyński, tak skrupulatnie, że brał udział w naradach nad sposobami aresztowania pod kryminalnym zarzutem działaczki SLD, dobranej jako najprzyzwoitsza spośród członków tej szczątkowej partii – przy czym aresztowanie jej zlecono służbie kontrwywiadu cywilnego. Sam Ziobro stał się instrumentem histerycznej, a niekiedy humorystycznej indoktrynacji (demonstrowana niszczarka jako dowód możliwości zniszczenia dowodów), swoimi opiniami często nie tylko łamał prawo – jak w sprawie doktora G., ale i elementarne normy przyzwoitości, wypierając się potem swoich własnych słów.

Jarosław Kaczyński wiedział, że współcześnie politycy istnieją publicznie poprzez media. Dlatego walczył o radio i telewizję jak o zdolność przetrwania. Kaczyńscy TVP i PR zdobyli szturmem, nocą niby złoczyńcy, łamali najróżniejsze procedury prawne, nie zważając na szacunek dla samych siebie, nie mówiąc już o szacunku dla innych. Zawłaszczyli tym sposobem mienie publiczne ogromnej wartości i społecznego znaczenia, przy którym niespłacony dług Porozumienia Centrum, czyli braci Kaczyńskich i przyjaciół, wobec Skarbu Państwa, wysokości 694 tys. zł, nie ma znaczenia. Dokonali, innymi słowy, partyjnej prywatyzacji (czyli w języku PiS – kradzieży) i jednocześnie doprowadzili do tego, że Skarb Państwa i ogół obywateli, z najbiedniejszymi włącznie, finansowali to monstrum rozrzutności, korupcji, coraz gorszego poziomu, ciągłych czystek i ustawicznej protekcji, wyzywającej propagandy, świadczenia najrozmaitszych usług na rzecz partii PiS i jej funkcjonariuszy, z bezpośrednim, „ręcznym” sterowaniem pracą ludzi na kierowniczych stanowiskach (jak w przypadku stosunków między Zbigniewem Ziobrą a jego partnerką z TVP).

Kaczyńscy prowadzili też stałą kampanię wrogości wobec wszelkich mediów prywatnych. Stosowali bogaty arsenał środków nacisku i niszczenia: infiltracja poprzez agentów wpływu, by z łamów gazet usunąć krytycznych dziennikarzy, szantażowanie właścicieli i dziennikarzy, intrygi oraz insynuacje. Przejęli poprzez swoich ludzi, niewyjaśnionymi intrygami, najpoważniejszy dziennik polski, tj. „Rzeczpospolitą”, w której przeprowadzono czystkę polityczną, nie ustępującą co do skali i trybu analogicznym operacjom w PRL. Ich ludzie panują w „Dzienniku”, poddał się naciskom „Newsweek”, pozbywając się „niewygodnych” autorów, „Wprost” zmieniło front prawdopodobnie w obawie przed dalszymi rewelacjami na temat przeszłości właściciela. Wszystkie te zjawiska, degradujące demokrację w Polsce, pozwalały zakładać, że przewaga PiS nad rywalami do władzy okaże się w teście wyborów przygniatająca.

W procesie destrukcji demokracji polskiej bezpośredni udział wziął też udział Prezydent RP, Lech Kaczyński. Trudno zapomnieć gorzką scenę, kiedy po ogłoszeniu w siedzibie PiS wyniku wyborów prezydenckich Lech Kaczyński publicznie złożył bratu telefoniczny meldunek – „Panie prezesie, zadanie zostało wykonane”. Nie orientował się zapewne, że tymi słowami poniżył i siebie, i porządek konstytucyjny, deprecjonując godność prezydenta państwa. Te słowa mogły być tylko przykrym incydentem, gdyby je Prezydent Polski choć minimalnie zdezawuował. Tak się nie stało – bo nie miało się stać: dano sygnał, kto i jak będzie tu rządził poddanymi, w tym i prezydentem Rzeczypospolitej.

Lech Kaczyński wielokrotnie pozwalał się domyślać, lub wręcz dowodził swoimi zachowaniem, że nie czuje się prezydentem obywateli Polski, lecz zwolenników PiS. Objawiał, że wyżej ceni interesy polityczne PiS, jak je rozumie jego brat, niż obowiązki prezydenckie. Sejm Jarosława Kaczyńskiego (sic!) wyprodukował ogromną porcję ustaw. Są to w dużym stopniu buble prawne lub merytoryczne, mimo to Prezydent nie zgłosił choćby jednego zastrzeżenia do któregokolwiek z nich. Tworzenie i mnożenie służb, upoważnionych do stosowania przemocy, nie natrafiło na żaden sprzeciw.

Jarosław Kaczyński scedował wiele niezbywalnych uprawnień Prezesa Rady Ministrów, zdefiniowanych wyraźnie w Konstytucji, na konto brata Prezydenta, by wzmocnić jego słabą prezydenturę. Były to poczynania bezprawne, sprzeczne z Konstytucją. Stąd biorą się obecne, inspirowane polityką brata, niedorzeczne na ogół konflikty kompetencyjne Prezydenta z Rządem, ujawniające patologię na najwyższych szczeblach władz państwa. O tych konfliktach nie byłoby oczywiście mowy, gdyby – jak to było planowane – PiS wygrało wybory.

Plan powinien był się powieść – Jarosław Kaczyński dysponował innymi jeszcze atutami nie do pobicia. Główne z nich to o. Tadeusz Rydzyk, wybitny polityk w sutannie, oraz sojusz wielkich nadziei z tymże, głęboko ugruntowany politycznie, oparty na wspólnocie poglądów. Obaj ci politycy tworzyli program wielkiej batalii o przyszły ustrój IV RP, układali wspólnie listy kandydatów do Sejmu i Senatu, snuli marzenia o wyzwoleniu Polski spod panowania Unii Europejskiej.

Czy o. Rydzyk spełnił pokładane w nim przez Kaczyńskich nadzieje? Prostej odpowiedzi w tej sprawie nie ma. Elektorat o. Rydzyka stawił się przy urnach liczniej niż w poprzednich wyborach. PiS zgodnie z planem Jarosława Kaczyńskiego przejęło także głosy poważnej części byłych wyborców Samoobrony i LPR, tak więc program wchłonięcia całej konserwatywnej i radykalnej (nawet bardzo radykalnej prawicy) udało się w sporej mierze zrealizować. Z jedną może nieprzewidzianą konsekwencją – zwolennicy o. Rydzyka zajmują w klubie PiS wiele poselskich foteli, zdaniem niektórych, liczących się postaci PiS – zbyt wiele. Ta partia pozbyła się wprawdzie najinteligentniejszych, więc niepewnych, innych przywódców, ale o. Rydzyk ze swą niepohamowaną ambicją wyrasta na głównego, już nie w drugiej linii, przywódcę. Jak wyrósł na głowę polskiego episkopatu.

Atutem Jarosława Kaczyńskiego miał być też on sam. Postać charyzmatyczna, lider wielu niezwykłych sukcesów, jakimi było wyprowadzenie Rydzykiem marginesowej partyjki na miejsce pierwszej partii kraju,  równoczesne zdobycie władzy i ustanowienie brata prezydentem, wielki zatem strateg, genialny taktyk itd. Zarazem – przywódca, budzący lęk nawet w bliskich sobie ludziach i nie znający pardonu, zdolny upokorzyć najbliższego przyjaciela i zaprowadzić do sądu własnych mianowańców. Zarazem – polityk, umiejętnie wyszukujący i grający na różnych zasadnych i mniej zasadnych urazach i lękach tej lub innej części społeczeństwa. Pozyskał wszak spory elektorat w starszym pokoleniu inteligencji, w pokoleniu zgniecionej AK, pokoleniu ofiar hitleryzmu i stalinizmu, więc niechętnych Niemcom i Rosji. Niedawno przedstawiciele elity twórczej, zwymyślanej i obrażanej elity intelektualnej, poszli szukać u jego brata prezydenta ochrony przeciw domniemanym cięciom w budżecie TVP.

Dlaczego więc przegrał? Dlaczego zgromadził, on sam, największy negatywny elektorat? Dlaczego odrzuciło go młode pokolenie Polaków, które potrafiło w Londynie pójść tysiącami do urn, czekać w deszczu po kilka godzin, by oddać głos? Czy większość, która odrzuciła PiS, zdawała sobie sprawę, co czekało Polskę w owej IV RP?

Byliśmy już o wpół do Czwartej RP (jak mówi tytuł programu w TokFM), dosyć daleko. Nikt jej nie opisał jako perspektywy. Z bojówkami służb specjalnych, wpadającymi o szóstej rano do mieszkań, z fingowanymi koronkowo i mniej koronkowo przestępstwami, z naciąganymi, ale kompromitującymi „lustracjami” jak owa Zyty Gilowskiej, zbyt popularnej, więc wymagającej „zminimalizowania”. Nikt nie ukazał, co nas czekało poza kampaniami obelg ze strony usłużnych dziennikarzy.

Jednak przegrał. I może tylko dlatego data 21 października 2007 roku będzie datą historyczną.

Ryszard Turski


Dr Ryszard Turski, ostatni redaktor naczelny „Po prostu”, legendarnego „tygodnika studentów i młodej inteligencji” z lat 1955-57, pisma, które było zbiorowym przywódcą wielkiego ruchu Polskiego Października przeciw stalinizmowi, ruchu na rzecz demokracji i suwerenności; jesienią roku 1957 „Po prostu” zostało rozpędzone przez władze PRL. Turski, przez lata odsunięty od wykonywania zawodu, został wybitnym socjologiem, specjalistą od przemian społecznych w Polsce.

Print Friendly, PDF & Email

5 komentarzy

  1. SAWA 2016-01-13
  2. otoosh 2016-01-14
  3. slawek 2016-01-14
  4. Magog 2016-01-14
  5. jacekm 2016-01-15
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com