Słuchając reakcji panów i pań nieszczęśliwie nam rządzących na wydarzenia ostatnich dni (decyzja agencji ratingowej Standard & Poors, decyzje organów UE, spadki na giełdzie) mam wrażenie, że słyszę dalszy ciąg kampanii propagandowej, tylko nie wiem, czy Kaczyńskiego, czy Gomułki. To jest jakaś żałosna i zarazem obrzydliwa mieszanka kłamstw, obelg a jednocześnie wręcz komicznej i groźnej zarazem niekompetencji.
Politycy PiS, poczynając od prezydenta, zachowują się jak dzieci, które gryzą i kopią, bo łopatka czy wiaderko wpadły im do dołu, które same wykopały. Z jednej strony puszą się komicznie jak cietrzewie, a drugiej strony gadają Gomułką, który w marcu 1968 roku zapluwając się na mównicy krzyczał o Stefanie Kisielewskim i Pawle Jasienicy: „i tacy ludzie nazywają mnie ciemniakiem!”.
Naprawdę komiczne jest wyobrażenie pana prezydenta, że politycy wielkich państw Unii zmienią zdanie o tym, co się dzieje w Polsce, pod wpływem paru propagandowych artykułów na wykupionej powierzchni reklamowej w zachodnich gazetach, bo w tych artykułach podsuwa im się wierutne kłamstwa i oszczerstwa wobec przeciwników PiS. Zupełnie już żałosny był „wesoły pan Zbyszek”, który myślał, że jeden z najważniejszych polityków UE wycofa się pokornie, gdy dostanie list z bzdurami i obelgami.
Nie wiadomo, czy śmiać się , czy płakać. Rządzący nami ludzie chyba nie rozumieją, iż politycy z innych państw Unii nie muszą czytać sponsorowanych bredni wykupionych w gazetach, bo głównym źródłem informacji dla nich są ambasady ich państw w Warszawie i raporty całej grupy międzynarodowych instytucji i organizacji monitorujących to, co się w świecie dzieje.
Te całe gierki godne piaskownicy dają efekt odwrotny od zamierzonego. Naiwne zagranie ministra Waszczykowskiego, który „zwrócił się o opinię do Komisji Weneckiej”, posyłając jej nie tekst uchwalonej ustawy, tylko jej inną wersję i projekt partii Kukiza, i myślał, że komisja da się nabrać, spowodowało tylko większą czujność i nieufność do informacji, które ta ekipa jej podsuwa. Komisja Wenecka zresztą szybko odparła: – zaraz, zaraz, to nie te kwity, dawajcie właściwe.
Później „wesoły prokurator” Piotrowicz oświadcza z mównicy sejmowej, że prokuratury „nie mogą być niezależne”, bo muszą „być instrumentem władzy wykonawczej do wpływania na orzecznictwo sądów”, zaś „wesoły pan Zbyszek” ogłasza, że będzie wkrótce prokuratorem generalnym i będzie prowadził „politykę karną”. Dla ludzi z państw o ugruntowanych rządach prawa jest to zapowiedź, iż dla rządzących w Polsce priorytetem jest legalizacja niezwykle poważnego przestępstwa przeciwko prawu, czyli właśnie ręczne sterowanie przez polityków postępowaniami karnymi i sądowymi. To, za co Kaczyński i Ziobro mieli stanąć przed Trybunałem Stanu, a Kamiński został nawet za to skazany na 3 lata, czyli przestępstwo z art. 231 kk, ma być teraz ustawowym mechanizmem działania władzy wykonawczej. Nawiasem mówiąc, w USA grozi za to nie 3 lata, tylko 10. W dodatku tam wyroki się sumują, więc gdyby „pan Zbyszek” poprowadził „politykę karną” 3 razy, to mógłby za to dostać 30 lat.
I po tych występach, nasi rządzący, jak niewiniątko, co świeczkę zjadło i siedzi po ciemku, nie rozumieją, o co właściwie pretensja.
Po tym wszystkim pan prezydent ogłasza mętny projekt ustawy o „frankowiczach”, z której wynika, że mają oni nie spłacić bankom części zaciągniętych kredytów. Pół biedy by było, gdyby tę część za obywateli spłaciło państwo. Nikt na świecie by nie protestował. Ale tu jest taka sytuacja: obywatele zaciągnęli kredyty, a państwo ogłasza, że części ich nie spłacą i już.
A później zdziwienie: tracimy ocenę ratingową (czyli mówiąc prostszym językiem: wiarygodność kredytową kraju). Oczywiście państwo powinno pomóc obywatelom, którzy znaleźli się w kłopotach, bo państwo od tego jest, by o obywateli dbać. Ale nie w ten sposób. Nie mówiąc bankom (z których część to jedne z największych banków świata, np. Citi Bank): – „myśmy od was kasę wzięli i jej nie oddamy, a wy nam możecie naskoczyć”. No to właśnie naskoczyli, tylko na odcisk – na giełdzie.
Jeżeli w dodatku zagraniczni analitycy słyszą, że w Polsce nie można nawet liczyć na sprawiedliwe sądy, bo prezydent nie wykonuje wyroku Trybunału Konstytucyjnego, szefowa kancelarii premiera głosi, że wyroku nie opublikuje, bo się z nim nie zgadza, a czołowi politycy partii rządzącej głoszą, że „władza wykonawcza będzie wpływać na orzecznictwo sądów”, to jakim cudem taki kraj ma mieć wiarygodność kredytową? Kraj, który może pożyczyć kasę, nie oddać i nawet nie można się do sądu odwołać?
A na koniec jeszcze pan Szałamacha, minister finansów nie będący ekonomistą, oświadcza, ze „zażąda od agencji ratingowej zmiany decyzji”, bo przedstawi fakty, że gospodarka polska jest w świetnej formie, a jeszcze kilka miesięcy temu jego partia głosiła, że gospodarka jest „w ruinie”, „nie mamy przemysłu”, „państwo jest w strasznym stanie” itp. I ten pan nie kojarzy, że normalni wykształceni ludzie nie wierzą komuś, kto kłamie tak, lub siak, w zależności od tego, co mu akurat pasuje. Ta agencja zresztą dobrze wie, że polska gospodarka jest w niezłym stanie, ale wiarygodność ludzi, którzy teraz rządzą jest zerowa i tym uzasadnia swoją decyzję.
I tu drobny przykład. Mój zagraniczny znajomy spytał mnie kiedyś: – „Jak to jest, że Kaczyński mówi, stojąc w stoczni, że stoczni nie ma? To jest ta stocznia, czy jej nie ma? Bo skoro jej nie ma, to gdzie on to mówi?”. Tak, proszę państwa. Nawet ludziom, którzy skończyli więcej niż 7 klas (3 pierwsze i 4 drugie) czasami trudno naszego Hegemona zrozumieć, bo nie mieści się im w głowie, że jeden z najważniejszych polityków kraju tak bezczelnie kłamie (nie tylko na ten temat).
Jakby dla podsumowania niepowagi tej ekipy, prezydencki minister, Maciej Łopiński, ogłasza, że waluty mają być wymieniane nie po kursie rynkowym, lecz „sprawiedliwym”, a jaki będzie ten „sprawiedliwy” to nie wiadomo, bo za każdym razem inny.
I co z tym mają zrobić zagraniczni inwestorzy? Zabrać swoje zabawki (funty, euro, franki, dolary) i iść na inne podwórko. I to właśnie się dzieje. A dyskutować w gazetach sobie można, tylko nie ma z kim. Po prostu tysiące giełdowych inwestorów, prezesów firm, analityków, nawet jeśli wpadnie na pomysł robienia jakiegoś biznesu z Polską, po chwili machnie ręką i pomyśli: – a może nie…, może w Tajlandii… I nic na to nie pomogą żadne przemówienia Andrzeja Dudy.
Krzysztof Łoziński



„Politycy PiS,poczynając od prezydenta,zachowują się jak dzieci,…” – pisze Pan,Panie Autorze.
Ma Pan rację-oczywista oczywistość-ale jak w kontekście tego należy nazwać zachowanie 39% Rodaków,popierających PiS?/wg styczniowego sondażu przeprowadzonego przez CBOS/.
PZPR za czasów Gomułki takiego poparcia społecznego nie miała jakie ma dzisiaj cysorz wszystkich wolaków ze swoimi podręcznymi narzędziami szewsko-piszczałkowymi.
Ian Kershaw w „Führerze” (Znak 2012) pisze o jeszcze większym poparciu dla Hitlera w kwietniu 1945 r. Pewnie zwolennicy PiS-u mają tyle racji i pewności siebie, co Niemcy w 1945 r. Już tak jest, że pewne zjawiska są zadziwiające.
JK oraz inni tzw. „politycy” obozu rządzącego nie znają innych form argumentacji jak kłamstwa, szaklowanie, pomówienia, oszustwa i bajdurzenie. JK się wydaje, że skoro Orban obiecał poparcie przeciw sankcjom to hulaj dusza, piekła nie ma. I rzeczywiście działania przed debatą w PE, zarówno pani Szydło jak i pana Dudy są mało wiarygodne. (NAwiasem mówiąc taka gra na wydrę spowodować może, ze struktury europejskie poważnie weaz
PiS ma przekonanie, że ponieważ oszukali wyborców, oszukają także UE i NATO. Tymczasem po stronie UE mają wyjadaczy, którzy takich domorosłych polityków jadają na przystawkę bo dania główne są zarezerwowane dla poważniejszych graczy. Politycy PiS to nieudacznicy – nie znają języków a prymitywizm ich myślenia i działania powoduje, że stoją na straconych pozycjach. Nie komunikują się z urzędnikami europejskimi nazywając ich np. „urzędniczynami”. Wizerunek Polski i reputacja naszej gospodarki gwałtownie tracą na takiej awanturniczej polityce. Próba obalenia ładu demokratycznego i zastąpienia go jakąś inną formą ustrojową przez agresywnych populistów, prędzej czy później doprowadzi cały kraj do katastrofy.
Tytułem uzupełnienia poprzedniej wypowiedzi – zdania kończącego pierwszy akapit: (Nawiasem mówiąc taka gra na wydrę spowodować może, że struktury europejskie poważnie wezmą się do oceny „demokratury” Wiktora Orbana. W ten sposób obydwa kraje Węgry i Polska mogą zostać posadzone na oślej ławce. Orban mając do wyboru interes Polski albo własny, bez mydła wybierze koszulę bliższą celu.)
Byłabym bardzo ciekawa wystąpienia JK na forum Europy. Jak on by się tam prezentował i zachowywał…bez obycia światowego (przepraszam, może sie mylę), bez języków, znajomości w tamtych kręgach… taki reklit przeszłości, co to przychodziliby oglądac jako dziwo jakieś. Co on ma na wszystkich tych ludzi, że robia z siebie nie siebie? Ale… lis poluje i sprytny jest, sa jednak tacy, co na lisy polują.
Słusznie Pan Autor pisze: „Naprawdę komiczne jest wyobrażenie pana prezydenta, że politycy wielkich państw Unii zmienią zdanie o tym, co się dzieje w Polsce, pod wpływem paru propagandowych artykułów…” — jakby w Polsce nie było zagranicznych dziennikarzy-korespondentów, doskonale znających polskie realia, język, stosunki. Święta naiwności!
Kaczyński głupi nie jest. Kaczyński zamknie ambasady w Polsce i wygoni dziennikarzy zagranicznych. I wtedy będzie bal! (Na Tytaniku).
@Andrzej Pokonos,
„Kaczyński głupi nie jest” – psychopaci nie są głupi, są zazwyczaj tylko zboczeni…
@Leontyna to „oczywista oczywistość…” JK boi się świata i boi się ludzi, nie zna języków obcych i nie zna niczego poza Polską. Czytał i czyta wiele książek, ale wiedza teoretyczna to zupełnie co innego. Gdyby musiał występować w UE to pewnie by to robił w stylu polskiego sejmu. Zabierał by głos oficjalnie rozdając oceny, laurki i połajanki na prawo i lewo. Jego wypowiedzi traktowane byłyby przez słuchaczy jak wystąpienia Korwina-Mikke, jak dziwaczne, szowinistyczne, ksenofobiczne i nielogiczne. Pragmatyka funkcjonowania EU to „teatr oficjalnych wystąpień” i merytoryczne kuluary. Tymczasem w kuluarach JK nie miałby z kim i czego omawiać, bo niby jak – na migi? Z kolei rozmowa z tłumaczem w kuluarach UE nie ma prawa bytu, tzn. nie daje szansy na merytoryczne ustalenia.
Nie musimy zgadywać – w okresie 2005-2007 JK nie jeździł do Brukseli. Delegował brata i tamten jak umiał tak działał. Nie podpisywał traktatu lizbońskiego, karty praw podstawowych, itd. To był okres najgorszy dla Polski w UE. Teraz mamy jeszcze gorszą powtórkę. Wygląda na to, że czeka nas zmiana premiera bo pani Szydło zupełnie sobie nie radzi – nie tylko dlatego, że jest niekompetentna. Także dlatego, że JK pozbawił ja wszelkich prerogatyw do rządzenia. Zobaczymy czy JK będzie ponownie premierem. Jeżeli tak to w jego imieniu będzie do Brukseli jeździł pan Duda – ten przynajmniej jest „uładzony” i mówi jakimiś językami obcymi. Na jakiś czas wystarczy.
@Sławek
A może prof. Gliński będzie jeździł? Ogólnie szkoda mi tego gościa (niezły wizerunek w Polityce), ale chacun a son gout, jego wybór. Od reszty komentarzy się powstrzymam, nie ten temat w tym miejscu.
Dobry Pana komentarz.
@andrzej Pokonos
…głupi nie jest, ale przebiegły i chytry…że też mu intelekt w te mańkę poszedł…
@Leontyna – dziękuję! Prof. Gliński nie będzie nigdzie jeździł. Dostatecznie „niezdarnie” porusza się po Polsce wygłaszając kabotyńskie oświadczenia. Jako profesor socjologii wystawia sobie świadectwo kołtuństwa i parafiańszczyzny. W Europie ze strachu narobiłby więcej kłopotów. Jego „smak” jest niestety nie z tej bajki europejskiej.
Niestety, PiS jest jak klocki lego. Każdy klocek pasuje do reszty jak ulał. Rządzi głupota i chciejstwo. Wykształcenie, tytuły nic tam nie znaczą. Liczy się negatywna selekcja. Dopiero jak zawalą gospodarkę, zaczną się wyłamywać z tej układanki. Szkoda Polski.
sławek: co do pozycji Orbána, od początku bawi mnie myśl jakie będą nagłówki w piśniętych dziennikach gdy Węgry zdecydują, że trzeba bronić własnej kasy. Coś w stylu „zdradzeni przez bratanków?” Albo „jak zawsze w naszej historii sztylet w plecy”?
@andsol: tak może być ale pisowcy mogą od kiboli pożyczyć lepszą wersję – „Polacy nic się nie stało….”. Orban jest wiernym sojusznikiem UE i Niemiec, ponieważ to gospodarka niemiecka decyduje o być albo nie być koniunktury na Węgrzech; w razie czego pani Merkel zmarszczy brwi i madziarska gospodarka w tarapatach. Podobnie jest z Polską choć JK nie rozumie gospodarki zupełnie tak samo jak Putin w Rosji. Korepetycje ekonomiczne mogą być dla nas wszystkich kosztowne.