Dorota Szafrańska: Uchodźcy, Niemcy, polityczna poprawność20 min czytania

()

news_of_the_world_42016-01-21.

Ostatnio często przypominają mi się ludzie-książki z filmu „ 451 stopni Fahrenheita”, który widziałam jako nastolatka.

Nauczyć się na pamięć. Ta myśl kojarzy mi się przede wszystkim z Nadieżdą Mandelsztam. Nauczyć się na pamięć, ponieważ musi przetrwać duszy ludzkiej  coś bardzo drogiego, ponieważ my sami musimy przetrwać.

Wtedy patrząc na żywe książki myślałam: jakież to straszne ograniczenie. Dziś rozumiem „nauczyć się na pamięć” jako ocalenie czegoś, co jest bardzo cenne – nazwać i zachować dla tych, co przyjdą po nas.

Nadieżda Mandelsztam przypomina mi nie tylko tę przygniatającą bezradność wobec bezczelnej arogancji władzy, lecz przede wszystkim jej własne przerażenie i rozpacz wobec tragicznej degeneracji otoczenia.

Historia nigdy nie powtarza się tak samo, może tylko podobnie.

Patrzę na swoje dorosłe dzieci i wbrew pozorom widzę ogromne pragnienie przyzwoitości.  Człowiek po prostu nie może bezkarnie gwałcić w sobie najbardziej elementarnych uczuć: poczucia własnej godności, poszanowania drugiego człowieka, uczciwej pracy czy wreszcie nie uprawiania kłamstwa.

Z mojego niepozornego miejsca w Europie obserwuję coś na kształt kotła, pod którym ogień buzuje tak silny, że pokrywa za chwilę może spaść z wielkim hukiem. Być może właśnie już spadła.

Ta pokrywa to poprawność polityczna nadużywana przez wszystkie media nie tylko we Francji czy Belgii, nadużywana przede wszystkim w Niemczech.

W tym kotle dusiła się dotychczas debata toczona w społeczeństwie w różnych miejscach i na różnych poziomach intelektualnych, na pewno jednak poza mediami tzw. opiniotwórczymi.

Zwykły widz publicznej telewizji niemieckiej wie, że nie napotka wulgarnego jezyka w komentarzach politycznych. Wie, że posłowie Bundestagu nie będą się obrzucać błotem. Czytelnik poważnych gazet może liczyć na wyjątkowo „ujarzmiony” język dziennikarzy.

Jeżeli jest mu za mało kolorowo, ma dostatecznie dużo innych możliwości dobrej zabawy, może już mniej intelektualnej.

Były i są jednakże tematy tabu. Wszystko, co tylko może trącić czymkolwiek pozytywnym a dotyczy czasów Hitlera, czy wszystko, co pojawia się w kontekście naród niemiecki a inne grupy etniczne, podlega autocenzurze. Prawie niemożliwa jest rewizja sposobu komunikowania o „przyjaźni niemiecko-amerykańskiej” i wreszcie absolutnemu tabu podlega krytyka mniejszości islamskiej.

Czasopisma, dziennikarze czy blogerzy usiłujący podejmować takie tematy są natychmiast kwalifikowani jako „ rechtsextrem” albo „nazi”.

Trzeba wspomnieć o tym, że Niemcy mają ogromny problem z częścią społeczeństwa, która identyfikuje się tylko z tą właśnie sceną polityczną. Jest to zjawisko niezmiernie zawikłane, po zjednoczeniu Niemiec nabrzmiewające z ogromną siłą.

Lęk przed nazizmem był i jest główną motywacją do zachowywania ścisłej poprawności politycznej.

W porównaniu z Niemcami Francja dyskutuje inaczej.  Francuzi mają miliony przybyszów z Maghrebu i bardzo trudną z nimi koegzystencję. Front National jest od lat otaczany kordonem sanitarnym, działa jednak legalnie. Zaś po stronie prawicy znajdują się intelektualiści jak Alain Finkelkraut, głośno opłakujący walory republikańskie utracone na rzecz otwarcia wobec islamu, który to islam wcale nie uważa ich za walory. We Francji toczy się gorzka debata na temat odebrania narodowości francuskiej obywatelom z podwójnym paszportem, którzy popełnili akt terroru.

Nie ułatwi ona spokojniejszej rozmowy na temat imigracji i islamu. Jest jeden punkt, w którym Francuzi zwijają się jak piskorze. Nie mówi się głośno o zajadłym antysemityzmie młodych obywateli francuskich, którzy są wyznawcami islamu, a mordują z premedytacją  obywateli francuskich wyznających judaizm.

Parę lat wstecz Niemcy prawie nie byli skonfrontowani z przybyszami z północnej Afryki. Dużo było przybyszów z dawnej Jugosławii, najwięcej Turków.

O tym, że ich integracja przebiegała trudno, przypomnę w kontekście pierwszej tego rodzaju niemieckiej „ politycznej awantury” wokół problemu imigracji. Niejaki Thilo Sarrazin, polityk SPD i członek zarządu Bundesbank (nie warto korzystać artykułu w Wikipedii w języku polskim, jest po prostu zbyt krótki i trochę tendencyjny) odważył się użyć wszystkich tematów tabu, łącznie z eugeniką, by udowodnić, że przyjmowanie przybyszów z Turcji i Afryki jest dla Niemców szkodliwe.

Thilo Sarrazin musiał odejść. Od tego czasu jednak wiele się zmieniło. Powstała partia Alternative für Deutschland (AfD), która tematyzuje nie tylko sprawę euro i integracji europejskiej. Po długich dyskusjach w jej programie pojawił się również sprzeciw wobec polityki imigracyjnej obecnego rządu.

Prognoza mówi o przekroczeniu przez tę partię 10 procentowego progu w zbliżających się wyborach w Saksonii (Sachsen-Anhalt).

Dziesiątki dziennikarzy opuściło główne media dla własnych portali czy blogów .

Można w internecie śledzić wydarzenia dnia z punktu widzenia bardzo skrajnej prawicy czy z pozycji krytycznych wobec unii europejskiej.

Tę ostatnią reprezentują np. „Deutsche Wirtschafts Nachrichten”,  szybko i zwięźle podające wiadomości dotyczące gospodarki, polityki europejskiej i światowej.

http://deutsche-wirtschafts-nachrichten.de

Publiczność wszystkich mediów telewizji i prasy korzystała coraz częściej z innych źródeł, denerwując się brakiem debaty nad tym, co ją naprawdę interesuje. Tylko jednak ekstremiści wołali na swoich pochodach „Lügenpresse” -prasa kłamie.

Aż tu nagle zawrzało.

Jak to możliwe, że w kraju, który stara się o obiektywną narrację w mediach publicznych, wydarzenia w Kolonii zostały po prostu przemilczane? Plac przed katedrą można oglądać z budynku WDR (Westdeutscher Rundfunk) jakby siedziało się w amfiteatrze. Wszyscy zastanawiają się nad tym, że akurat wtedy nie było tam ani jednego przytomnego dziennikarza.

Jestem przekonana, że politycy, ukarawszy winnego: tym razem był to szef policji, wrócą jak najszybciej do „business as usual” .

Dla społeczeństwa niemieckiego jednak kropla przepełniła czarę i debata o tym, co można i co trzeba powiedzieć dopiero się zaczęła.

Oto jeden przykład.

Parę dni temu otwieram, jak zwykle „”Zeit online” . Pierwszy artykuł

Kölner Übergriffe: Deutsche Respektlosigkeiten

Vor einer Woche kritisierte ich an dieser Stelle, dass die Kommentare zu den Kölner Vorfällen bereits standen, bevor die Tinte auf den Strafanzeigen getrocknet war. Schnell geriet das Geschehen in den Sog der Flüchtlingsdiskussion und Frauen, die nicht zur Ausländerhetze beitragen wollten, fühlten sich wie paralysiert. Heute wissen wir mehr über die mutmaßlichen Täter.

„Deutsche Respektlosigkeiten” –„Niemieckie braki respektu”.

Już w podtytule mamy streszczenie: „Wśród sprawców w Kolonii byli również uchodźcy. Kto się tym oburza, powinien dokładnie przyjrzeć się codziennemu seksizmowi w Niemczech.”

Czytelnik znowu dowiedział się, że uchodźcom trzeba pomagać, że wszędzie zdarzy się czarna owca, że ani niemieccy mężczyźni ani kościół nie są świeci. Przeczytałam, westchnęłam: i co będzie dalej?  Po czym spojrzałam na komentarze.

Oto  jeden z nich: „ Droga „Die Zeit” wyjdź wreszcie ze swojej wieży z kości słoniowej. Ten artykuł nie odzwierciedla nastrojów w społeczeństwie i to jest problem. Ludzie są mądrzejsi, lepiej wykształceni i bardziej wyczuleni na nastroje społeczne niż media. Zajmijcie się wreszcie tym, co się dzieje w narodzie (Volk), tym o czym myślą obywatele. Relatywizowaniem i narzucaniem zdania wbrew opinii publicznej pogarszacie tylko sytuację.”

Ktoś może zauważyć, no tak zupełnie w stylu Pegidy: „Lügenpresse”. Tylko że większość z 662 komentarzy mówi o humanizmie i oświeceniu europejskim czy też o trudnym czasie nowoczesnego państwa niemieckiego (Nationalstaat 1871 do dziś) w kontekście tego, czym Niemcy mogą chwalić się dzisiaj: wolnością, dobrobytem i poszanowaniem prawa.

Wszyscy komentujący, jak jeden mąż podkreślają, że właśnie te wartości są zagrożone.

Najbardziej zabolał ten tekst, tak bardzo prawdziwy: „Chciałem być zawsze tolerancyjny i otwarty. Moja partnerka ma obce korzenie. To jest niezwykle smutne, ale coraz częściej przyłapuję się na tym, że moja opinia zmierza w kierunku, który jest społecznie potępiany, jednak coraz częściej akceptowany.”

Znamienne, bo z ust Francuzów słyszę raz po raz: nie chcę Marine Le Pen, ale nie zgadzam się na taką koegzystencję z islamem, jaka obowiązuje dzisiaj.

Donoszę czytelnikowi, że po trzech godzinach śledzenia dyskusji byłam świadkiem bezceremonialnego zamknięcia funkcji komentarza. Po krótkim czasie pojawił się ostatni komentarz– tzw. poprawny, który twierdził, że to autorka ma rację, a czytelnicy relatywizują.

Zamknęłam komputer i pomyślałam: przecież nie tylko ja dostrzegam, że to już nie uchodźcy, czy brutalne sceny z Kolonii są zagrożeniem,  że prawdziwym niebezpieczeństwem jest dezintegracja społeczeństwa, które nie wie gdzie szukać autorytetu.

Niemcy, jakie znam, to kraj który oprócz tego, że bardzo pilnuje swego niezależnego sądownictwa, funkcjonuje według niepisanej, ale przestrzeganej przez wszystkich niesłychanej dyscypliny.

W życiu codziennym potrafi ona być dla kogoś obcego nawet zabawna. Kiedy we Frankfurcie wyrzucam do jednego z chyba siedmiu kontenerów jakieś opakowanie, nad którym długo przedtem się zastanawiałam, czy pasuje właśnie tu, to co się zdarzy?

Jeśli przez przypadek się pomyliłam, to albo dozorca, albo schodzący sąsiad położy je we właściwym miejscu. Pod drzwiami zaś znajdę książeczkę do nauki segregacji i wszyscy nadal będziemy się miło do siebie uśmiechać.

Mojego niemieckiego przyjaciela nie przymuszę do przejechania przez wioskę, w której mieszkam z szybkością 70 km/h, mimo trąbiącego za nim Francuza. Teren zabudowany, szkoła, a wiec obowiązuje 30 km/h.

Dobrowolna indywidualna dyscyplina, która przekłada się na dyscyplinę społeczeństwa jest zjawiskiem rzadkim i historia nauczyła nas, że warto się z nim bardzo ostrożnie obchodzić.

Tymczasem przeciętny Niemiec, nie potrzeba mu do tego wyższego wyksztalcenia, jedynie nieco bystrości, pamięta reportaże w ARD czy w ZDF nadawane w lecie 2015,  w których zakłopotany urzędnik służby cywilnej mówił: „no tak jeszcze przed południem liczyliśmy około pięciuset, zapisaliśmy trzystu, a tu już prawie nikogo nie ma. Nie sposób ich więzić, mają gdzieś rodzinę, znajomych, albo chcą po prostu dalej.”

Gdzie się podziało tych dwustu niezarejestrowanych, a przecież to tylko jedno z wielu miejsc, gdzie uchodźcy byli przyjmowani? Więc ilu jest tych wędrujących na czarno, tysiące, dziesiątki, setki tysięcy?

Policjanci są w desperacji, bo nie zajmują się porządkiem publicznym, tylko są odstawieni do pilnowania uchodźców.

A jak to wygląda w praktyce, potrafię sobie wyobrazić patrząc na przejeżdżające obok mnie kolumny furgonetek żandarmów francuskich mających pilnować uchodźców w Calais.

Spójrzmy raz jeszcze na problem uchodźców.

Będę cytować Barbarę John, wybraną przeze mnie świadomie. Była ona przez 22 lata „Ausländerbeauftragte” przy Berlińskim Senacie, dzisiaj ta funkcja nazywa się Beauftragter für Migration und Integration, (urząd do spraw migracji i integracji).

Barbara John zna na wylot nie tylko problemy związane z migrantami, charakteryzuje ją bardzo pragmatyczny humanizm.  Jest patronką organizacji  „show racism the red card”:

Show Racism the Red Card

Show Racism the Red Card ist eine 1996 in England gegründete Antirassismus-Bildungsinitiative, die sich die Vorbildfunktion von hochkarätigen Fußballern zu Nutzen macht, um auf das Thema Rassismus in der Gesellschaft des Vereinigten Königreichs hinzuweisen. Die Initiative, gestartet in North Tyneside, verfügt in Großbritannien mittlerweile über Niederlassungen in England, Schottland und Wales und betreibt mit den Hilfsmitteln DVD, Bildungsmagazin und Plakat Rassismusprävention auf dem gesamten großbritannischen Gebiet.

W październiku 2014 roku w wywiadzie dla Deutschandfunk użyła takich sformułowań: „ Najważniejsze jest to, by Bund (rząd) wiedział, iż trzeba utrzymać pozytywne nastawienie, kulturę otwartości, chęć przyjęcia. To pozytywne nastawienie zależy od tego, gdzie da się uchodźcom schronienie, jak będą zainicjowane kontakty sąsiedzkie. Może się to zdarzyć tylko wtedy, jeżeli dobre będzie przygotowanie na miejscu. To zaś musi być wspólnym zadaniem rządu i gmin.

Flüchtlinge in Deutschland – „Positive Stimmung erhalten”

Gleichzeitig nahm sie die Behörden gegen Vorwürfe der Fehlplanung in Schutz: In den vergangenen 15 Jahren seien die Flüchtlingszahlen stetig zurückgegangen, daran hätten sich die zuständigen Ämter gewöhnt. „Man kann solche teuren Heime auch nicht auf Vorrat halten”, sagte die Vorsitzende des Paritätischen Wohlfahrtsverbandes Berlin. Ein Platz koste 15 bis 25 Euro pro Tag.


Pani John próbuje w tym wywiadzie między wierszami powiedzieć, że do przyjęcia tak olbrzymiej imigracji potrzebna jest współpraca wszystkich krajów nie tylko w Europie.

O konkretnej pracy z uchodźcami, jak i o problemach z prawem do azylu Barbara John pisze regularnie w „Tagespiegel”:

Kritik ist automatisch rassistisch

Die Beklemmung über unbegrenzte, unkontrollierte Einwanderung von Asylbewerbern wächst. Sie hat ein Ausmaß erreicht, auf das die Politik reagieren muss, will sie vermeiden, dass sich mehr Menschen rechtspopulistischen Aktionen anschließen. Der neue Asylkompromiss, beschlossen von Unionsparteien und SPD, wird daran nichts ändern.

Ta sama pani John 14 stycznia 2016 udziela wywiadu francuskiemu tygodnikowi „Le Point” (niestety online tylko dla abonentów).

Moral muss Wirklichkeit beachten

Barbara John Seit wir Flüchtlinge in Berlin persönlich treffen, kommen sie uns mit ihren Lebensgeschichten näher. Und wo die NPD sich mit rassistischer Panikmache breitmachte, schlossen sich anschließend spontan Bürger zusammen und bildeten Helfergruppen für die Heimbewohner. Doch das bringt kein Bleiberecht für alle.

Już w pierwszym zdaniu mówi o tym, że Niemcy muszą zrewidować swoje podejście do kwestii uchodźców. Zamiast kontynuować politykę drzwi otwartych, „ …to my sami musimy decydować o tym, kogo przyjmiemy.”

Pozwolę sobie dalej zacytować w całości odpowiedź pani John na pytanie dziennikarki „Le Point”.

Jest pani nastawiona krytycznie wobec sposobu w jaki rząd niemiecki traktuje problem uchodźców?”

BJ:” Jakaż to naiwność myśleć, że wszyscy uchodźcy są wspaniali, i że za parę lat podziękujemy im za rozwiązanie naszego kryzysu demograficznego! Zaniemówiłam na ten brak realizmu. Nie wgłębiam się w to, co powodowało Angelą Merkel do podjęcia tej decyzji, lecz zaproszenie wystosowane do wszystkich, którzy chcieliby przyjechać do Niemiec, to nie jest uprawianie polityki. Pani kanclerz powinna najpierw postawić sobie właściwe pytanie: jak możemy zaspokoić potrzeby tych wszystkich ludzi, dać im mieszkanie, wyksztalcenie i pracę?

Działanie tylko z pobudek moralnych, jest bardzo szlachetne, ale skazane na zabrnięcie w ślepą uliczkę.

Polityka niemiecka manewruje miedzy dwiema ekstremalnymi pozycjami: przyjąć wszystkich albo zamknąć granice. Mimo iż istnieją rozwiązania pośrodku.

Pani John nazywa zaklęcie pani Merkel, „Wir schaffen das!”, swego rodzaju samospełniającym się proroctwem.

„Tymczasem większość przybyszów to młodzi mężczyźni, którzy mają gdzie spać i co zjeść, ale nie mają jak nadać swemu życiu jakiegokolwiek sensu… Ci młodzi ludzie zostali przyjęci, lecz nie pracują, nie biorą swojej egzystencji we własne ręce. I co gorsza, ta sytuacja się nie poprawi. Ponieważ nie mówią po niemiecku, nie znają alfabetu łacińskiego i nie mają żadnego wykształcenia. Trudno dla nich znaleźć miejsce pracy…”

Fakt, że zachwiana proporcja płci: zdecydowanie więcej młodych mężczyzn niż kobiet, podminowuje stabilność każdego społeczeństwa, o tym chyba Chińczycy wiedzą najlepiej. W kontekście uchodźców polecam artykuł opierający się na badanach naukowych.

Europe’s Man Problem

The recent surge of migration into Europe has been unprecedented in scope, with an estimated 1 million migrants from the Middle East and North Africa this past year alone, making for a massive humanitarian crisis, as well as a political and moral dilemma for European governments.

Zacytowałam obszernie panią John, ponieważ w kontekście jej słów pragnę przypomnieć czytelnikowi wypowiedzi dziennikarzy „Gazety Wyborczej” z dnia 14 września 2015 roku

Wyborcza.pl

Zastanawiałam się długo, jakie zestawienie argumentów używanych w dyskusji o uchodźcach zaprezentować, zdecydowałam się zacytować „Wyborczą”, bo jest dostępna po polsku i w całej swej kontrowersyjności odzwierciedla argumentację pojawiającą się na zachodzie Europy.

Pan Lindberg stawia podstawowe pytanie: „Jak SENSOWNIE pomagać uchodźcom z Bliskiego Wschodu?”

Na to pytanie pani kanclerz Merkel nie miała i nie ma dobrej odpowiedzi. Spróbujmy odrzucić cyfry. Churchill powiedział, że nie wierzy statystykom, których sam nie ułożył: „I only believe in statistics that I doctored myself”… Żaden Frontex, ani żadna instytucja z Bundesamt für Migration und Flüchtlinge na czele nie może podać dokładnych cyfr.

Może to tragiczne, ale w każdy punkcie sformułowanym w tym artykule, może nieco oględniej niż czyni to pan Lindberg, jest zalążek myśli, które politycy niemieccy i to z rządzącej koalicji, wypowiadają głośno.

Oczywiste już jest np. oddzielenie uchodźców od emigrantów ekonomicznych, czy rozmowa z Turcją, by zatrzymała uchodźców u siebie.

Ponieważ nikt z polityków nie miał sensownej odpowiedzi na powyższe pytanie, sytuacja zbliża się do kolejnego rozwiązania ekstremalnego, o którym mówi pani John, zamknięcia granic. Tylko czy to jest pomoc uchodźcom?

Dziennikarze odpowiadający na tekst pana Lindberga używają jezyka politycznie poprawnego. Te odpowiedzi są zrozumiałe w kontekście polskiej prasy prawicowej z jej fanatyzmem i prostackimi argumentami w rodzaju „ uratować się przed islamskim potopem”. Swoją drogą zadziwiający jest fakt, by w kraju, który nie ma ŻADNEGO doświadczenia z migracją z krajów Maghrebu czy Bliskiego Wschodu” możliwe były takie głosy. Takie sformułowania zapierają dech i dlatego rozumiem politycznie poprawne argumenty replik dziennikarzy w „Wyborczej”.

Allemagne : „Devenir un pays d’immigration, c’est compliqué”

Le Point : Comment réagissez-vous aux événements de la nuit de la Saint-Sylvestre à Cologne ? Barbara John* : J’y vois une mise en garde : nous devons revoir notre politique. Jusqu’à présent, ceux qui voulaient venir en Allemagne n’avaient qu’à se mettre en route.


Dyskusja nad uchodźcami jest niezwykle trudna. Każdy argument ma kontrargument: nie, to nie tylko młodzi mężczyźni, to także i wykształceni lekarze. Tak, to prawda, ale to nie zmienia faktu, że żadne społeczeństwo nie będzie funkcjonowało, ani budowało swego dobrobytu bez poczucia wspólnoty. Dotyczy to również naszego kraju.

Jak trudno to poczucie wspólnoty zbudować, widać na przykładzie Francji, która dużo dłużej niż Niemcy usiłuje współżyć z islamem.

Warto pamiętać, ze Francja oficjalnie zabrania zbierania danych na temat pochodzenia etnicznego i religii. Nie ma więc oficjalnych statystyk. Zapewne niewiele by one zmieniły.

Wiemy, ze wyznawców islamu w Europie są miliony. Ich integracja jest quasi niemożliwa. Pierwsza stwierdziła to Holandia, że „muliti-kulti” to w zasadzie coraz bardziej wroga egzystencja obok siebie. Lubimy kafejki i jedzenie marokańskie, ale o sobie wzajemnie nic nie chcemy wiedzieć. Ponieważ jednak my, zasiedziali Europejczycy usadowiliśmy się na piedestale tolerancji i otwartości, więc tolerujemy: ojciec nie pozwala Ezrze chodzić na basen, płacze moja córka, trudno. Ezra musi nosić chustę i nie pójdzie do liceum, trudno. Ezra wyjdzie szybko za mąż za kogoś, kto zostanie sprowadzony przez tegoż ojca z Turcji, trudno. Brat Ezry bije matkę, trudno.

Od lat mogłam przyglądać się wielu rodzinom, kobietom i mężczyznom wyznających islam i niestety tylko z tymi mogłam utrzymać przyjacielskie więzy, którzy kompletnie zrezygnowali z bycia kimś religijnym.

Moje doświadczenie mówi, że tylko postawienie religii na bardzo dalekim planie i gotowość do asymilacji norm i wartości panujących w kraju, do którego przybywam jest podstawą pokojowego współżycia.

Tymczasem w chwili obecnej przybywają do nas ludzie, którym tylko w zarysach znane  jest funkcjonowanie nowoczesnego, świeckiego państwa.

Przybywają do miejsca, które miałoby zostać ich nową ojczyzną, pragną godziwego życia, ale większość z nich nic nie wie o normach w nim obowiązujących, co gorsza nie zdaje sobie sprawy, że osiągnięcie dobrobytu zależy od respektowania tych norm  i współpracy z już zastanymi członkami wspólnoty.

Polityczna poprawność zaprowadziła nas tam, gdzie jesteśmy, w Niemczech, Francji, czy Belgii czy Holandii.

Broniąc świeckiej kultury, boimy się powołać na chrześcijańskie korzenie.

Chcąc koniecznie uchodzić za otwartych i tolerancyjnych, ciągle nadstawiamy policzek, który już spuchł od razów.

Jeśli się nam wydawało, że nie mówiąc o podziałach etnicznych czy religijnych wymażemy z naszego życia publicznego konflikty na ich tle, które jeśli istnieją, to daleko od nas, to teraz łapiemy się za głowę i pytamy, co dalej.

Liczyliśmy na boom ekonomiczny, na to że wszyscy znajdą jakąś pracę, tymczasem we Francji z roku na rok rośnie bezrobocie. W Niemczech zaś setki tysięcy przygniata Harz IV- reforma, która miała bronić przed bezrobociem, a w praktyce więzi na granicy nędzy.

Mam wrażenie, że Niemcy stoją przed bardzo poważnym problemem. Nie potrafią i nie chcą zrezygnować z politycznej poprawności. Boją się populizmu, boją się szczucia narodowców. Tymczasem społeczeństwo powoli zbliża się tam, gdzie gniew, niechęć a może nienawiść, ale przede wszystkim utrata zaufania w społeczny porządek zmienia się w przemoc.

Niemcy od lat grali pierwsze skrzypce wszędzie tam, gdzie budowano ideę wspólnej Europy, na dobre i na złe. Nie wiem, w jaki sposób mogą się ratować przed dezintegracją.

Z uwagą śledzę wypowiedzi Alain Finkelkrauta we Francji, w minionym debatuje on z Alain Juppé, jednym z kandydatów na przyszłego francuskiego prezydenta, Le Point 14/1/2016.

W ostatnich latach, szczególnie w „Nieszczęśliwej tożsamości” (L’identité malheureuse 2013) filozof głośno mówi o tym, że Francuzi nie czują się u siebie w domu. Niekoniecznie dlatego, że szczególnie w dużych miastach niektóre dzielnice wyglądają jak marokańskie miasteczka. Trudny do przyjęcia jest fakt, że „… Francuzi są postawieni pod pręgierzem mediów, jeśli domagają się prawa do ciągłości historycznej (możliwości odwoływania się do przeszłości, do wielkich mistrzów literatury francuskiej, filozofów, także tych „niepoprawnych” przp. mój). To właśnie jest – nieszczęśliwa tożsamość.

W obronie tego prawa występuje partia (Front National) nieodpowiedzialna, demagogiczna i propagująca nienawiść. Przyznam, iż być zmuszonym do obserwacji tego fenomenu, to dodatkowe nieszczęście.” Le Point 14/1/2016 s. 35

Niemcom niezwykle trudno powołać się na współczesnego filozofa, który do tego stopnia nadstawiałby głowę w debacie publicznej.

Na marginesie wspomnę tylko osobę Petera Sloterdijka, którego dyskurs jest bardziej elitarny, i który w moim skromnym mniemaniu, konsekwentnie używa perspektywy zupełnie odwrotnej od Finkelkrauta: patrzy na Niemcy oczyma Europejczyka i nie chce absolutnie powoływać się na coś, co byłoby szczególnie niemieckie i godne podkreślenia. Sloterdijk opiera się z wigorem wszelkim próbom zaangażowania go w dyskurs popularnonaukowy. To może trochę szkoda w kontekście zagubienia opinii publicznej w Niemczech, nie tylko czytelników „Die Zeit”.

Finkelkraut, wieloletni wykładowca, przypomina o jeszcze jednym ważnym punkcie. Od lat protestuje on przeciw spłycaniu edukacji obowiązującej we francuskiej szkole republikańskiej. Źródeł tego uproszczenia można szukać w konflikcie zbuntowanych dzieci wobec ich autorytarnych, burżuazyjnych rodziców ’68. Efekt dzisiejszy to brak możliwości adaptacji. Nie można zmienić niczego na reżim bardziej wymagający, by nie urazić mniejszości, jakakolwiek by ona nie była. Fenomen ten dotyczy również Niemiec. Przeżyłam go z dziećmi na własnej skórze.

Skutki tego są takie, iż w końcu zapominamy o naszych korzeniach. Zapominamy o sporach i osiągnięciach naszej własnej kultury europejskiej, nie mówiąc już o tym, że nie potrafimy przekazać młodszemu pokoleniu jakiegokolwiek dla tej kultury podziwu.

Nie muszę podziwiać wierszy Osipa, których Nadieżda uczyła się na pamięć, podziwiam jednak Nadieżdę, za to co zrobiła.

Dorota Szafrańska

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

2 komentarze

  1. jmp eip 21.01.2016
  2. spycimir mendoza 22.01.2016