Narodowa Rada Niedorozwoju przy Pręży Wzdęcie wszystkich Wolaków obradowała niedawno ku rozpaczy miłośników wiedzy historycznej nad planowaną strategią „ofensywnej polityki historycznej” jak to był łaskaw nazwać gospodarz.
Dla każdego normalnego człowieka „polityka historyczna” to nic innego, jak demokracja socjalistyczna, krzesło elektryczne, ew. salon muszli klozetowych i inne tego rodzaju zestawienia.
Polityk jednak, jak to gołym okiem widać, normalnym człowiekiem nie jest, więc nie je, nie śpi, nie stara się osobiście o tak niezbędną wszystkim dzietność, tylko kombinuje co by tu jeszcze sp**ć.
Zawsze mnie denerwowało, że politycy tak uwzięli się na historię. Przecież mógłby ob. D**a zaproponować np. „ofensywną politykę matematyczną”. Przynajmniej denerwowałby się BM, a nie ja.
Tym bardziej, że liczba cyfr w matematyce jest dużo mniejsza, a podejrzewam, że do 10 to i pan D**a zliczyć potrafi.
Nie – uwzięli się na historię.
Złość moja jest tym większa, że już parę razy Polska przeżywała takie ofensywy i jedyne co nam z tamtych czasów pozostało to generalna nieufność w stosunku do fachowców. Zbyt wielu bowiem szmaciło się koniunkturalnie, by nie odbiło się to na samej dziedzinie.
Wraz z pierwszym rozbiorem Polski pojawiły się u nas bajki dla dzieci z królem Fryderykiem w roli głównej, który to król występował w nich jako władca łagodny, dobrotliwy, który zawsze i chętnie „sucha” swoich poddanych.
Najbardziej kretyńskie pomysły Fryderyka podawane były w taki sposób, by czytelnik/słuchacz miał dowód, że władca jedynie realizuje to, czego oczekuje od niego naród. Np. narzucane przez państwo rodzaje zasiewów, niekoniecznie zgodnych z rynkowymi trendami, a więc interesem właścicieli ziemskich przedstawione były jako „wynalazek” Kaszubki Amandy, która w czasie karmienia „przypadkowo” przebywającego u niej Fryderyka snuła wizje rozwoju państwa (jak to gospodynie domowe miały w zwyczaju), a król łykał jej pomysły jak gęś kluski i zgodnie z „wolą narodu” wprowadzał je w czyn.
Nie wiem czy Fryderykowi czytano te bajki, mam wrażenie, że nie, w przeciwnym razie mógłby umrzeć ze śmiechu.
Starszym dzieciakom wmawiano w szkołach, że za polskich czasów krowy były wychudłe i nie dawały mleka, a jeśli już to kwaśne. Fryderyk w swej mądrości podniósł kraj z ruin, obywatele się bogacili i szczęście zapanowało w całych Prusiech. To, że jedno z najbogatszych miast Europy – Gdańsk doprowadzili Prusacy niemal do ruiny degradując je do roli prowincjonalnego porciku, bo oczkiem w głowie była linia Berlin – Królewiec – nie przeszkadzało szerzeniu propagandy wręcz przeciwnej.
Tak czy owak – Fryderyk był pierwszym, który prowadził prawdziwą politykę historyczną na dużą skalę i to z niego biorą przykład po dziś dzień różni niewydarzeńcy, którzy mimo wszystko do pięt nie sięgają pruskiemu królowi.
Jego wspieranie inicjatyw „narodowych” miało przynajmniej jakieś uzasadnienie, bo po ponad tysiącu lat rozdrobnienia trudno było mówić o czymś takim jak „naród niemiecki”. Bawarczycy nie znosili Szwabów, Szwabi Nadreńczyków, Pomorzanie Sasów. Ba – potrafili tę niechęć okazywać zbrojnie.
Fryderyk zbierając do kupy obszary niemieckojęzyczne miał przynajmniej jakiś istotny cel w tym nachalnym forowaniu niemieckości.
Dwudziestolecie międzywojenne nie darowało sobie możliwości jakie daje polityka historyczna.
Fabryczki wazeliny pracowały pełną parą i podziwiać należy zapał niektórych do wymyślania coraz to innych sposobów wciśnięcia się Marszałkowi w …. no – tam gdzie on wiedział, a państwo rozumiecie. I to w sytuacji, gdy sam Marszałek dość przytomnie odbierał te hołdy nie nadając im jakiegoś szczególnego znaczenia i nie obdarzając swą łaską „z automatu” wszystkich lizusów.
Pisałem kiedyś o dzieciach na Pomorzu pobitych przez nauczyciela za to, ze nie chciały śpiewać „Pierwszej Brygady”. Też szczególny rodzaj polityki historycznej. Ciekawe czy Wielki Naśladowca Marszałka ma coś takiego w planach.
Były i opowiastki dla dzieci o Marszałku i piosenki, sam zaś zainteresowany wydał kilka tomików wspomnień tak pięknie okrojonych, że niejeden lekarz zastanawiać się musiał nad niezwykle wybiórczą sklerozą, jaka dopadła wodza.
W PRL… cóż, PRL to była jedna wielka polityka historyczna, choć na jej korzyść zapisać należy, że potrafiła wydać dzieła wieszczów w komplecie (Mickiewicz łącznie z „Pismami prozą”) czego jak dotąd wolna Polska nie zrobiła. Fakt, że chyba żadna polityka dotąd nie spełniała tak dalece postulatów stawianych jej przez pana D**ę.
Zaznaczył on bowiem w czasie obrad wspomnianego, za przeproszeniem – ciała, że chodzi o to by być dumnym z bycia Polakiem.
Ten ambitny cel mieli mu przybliżyć dyskutanci. Co z tego wyszło?
Zaproszono fachowców, a jakże. Autorkę powieści historycznych Elżbietę Cherezińską, historyka Andrzeja Nowaka i in. Wybór fachowców nie był przypadkowy, co pozwala sądzić, że kierunek owej dyskutowanej polityki był znany gospodarzowi dużo wcześniej, a sama nasiadówka stanowiła jedynie przedstawienie dla „szerokiej publiczności”, bez najmniejszego znaczenia. Czy uczestnicy zdawali sobie z tego sprawę? Mam wrażenie, że częściowo tak, o czym świadczą ich wypowiedzi.
Pani Cherezińska: „…dobrze by było, gdybyśmy nauczyli się naszą prawdziwą historię kochać, lubić, szanować albo chociaż, żeby młodzi ludzie przestali się jej wstydzić…”
Skąd szanowna pani wzięła przekonanie, że młodzi ludzie wstydzą się naszej historii i dlaczego niby mieliby to robić – nie mam pojęcia. Obserwując wiele środowisk i inicjatyw mam wręcz odmienne wrażenie – młodzi interesują się historią w stopniu dalece większym, niż robiło to moje pokolenie. Na dodatek szukają w niej tego, o czym wspomniał pan D**a i czasem znajdują, niekiedy co prawda w wydarzeniach innych, niż chciałby tego administrator pałacu prezydenckiego, ale to już wina tego, że idą na lep i w ogóle.
Pan Nowak: „…w sferze tego, co zalecone, państwo powinno skupić się na wspieraniu kilku projektów, takich, które najmniej dzielą”. “Niepodległość – 1918 rok, może Bitwa Warszawska 1920 roku i pamięć łączącą się z tą samą datą 100. rocznicy urodzin Jana Pawła II…”
Czyli – po staremu – naród polski walczy i modli się – oto wzór do naśladowania. To ma być baza do budowania „dumy” z naszej historii.
Następnie pan Nowak odkrył Amerykę: „…zdecentralizować” pamięć historyczną. “Może nie tylko Warszawa, może Zamość, może tradycje I RP wielonarodowej, to też dobry trop…”
Jak państwo myślą? Dobry? Kto wie, kto wie?
O tym, że historię dawno już zdecentralizowano, pan Nowak nie wie, że każdy z polskich uniwersytetów ma na wydziałach historycznych przedmiot opisujący właśnie historię lokalną i to już ponad 20 lat – pan Nowak nie wie, ale co by nie gadać – idzie dobrym tropem wyważając otwarte drzwi do lasu.
Żałość bierze. Ale cóż – jaki gospodarz tacy goście. Przepraszam – „fachowcy”.
Czytając sprawozdanie z „dyskusji” widzę jeden wielki bełkot ludzi kompletnie nieprzygotowanych do czegokolwiek, ale uczestniczących chyba ze względu na spodziewane konfitury, inaczej nie potrafię sobie uzasadnić ich uczestnictwa w tym teatrze kukiełek.
Gospodarz, w bardzo swoim stylu stwierdził, że „…Te nawiązania w preambule konstytucji są jasne i ewidentne – mowa o dorobku przeszłych pokoleń, bohaterach, którzy walczyli za wolność i niepodległość Rzeczypospolitej, o odzyskanie niepodległości i suwerenności, o chrześcijańskich korzeniach państwa polskiego, o tradycji, na której wyrośliśmy dzisiaj, jako następstwa poprzednich pokoleń Polaków”.
To stwierdzenie jest o tyle istotne, że pozwala zrozumieć poczynania pana D**y wobec Konstytucji – najwyraźniej w jej lekturze nie wyszedł poza preambułę.
Aby nie wyjść na programowego krytykanta muszę przyznać, że przynajmniej jeden wątek z tego spotkania podobał mi się.
Otóż gospodarz stwierdził szalenie odważnie, że „…skuteczna polityka historyczna nie polega z pewnością na ograniczaniu lekcji historii w szkołach. To jest nie tylko podcinanie korzeni polskiej polityki historycznej, ale przede wszystkim podcinanie korzeni polskiego społeczeństwa i narodu”.
Odważnie, bo czyhający wszędzie wróg mógł zadać pytanie jakież to lekcje zastąpiłby pan D**a godzinami historii w szkole? A gdyby jeszcze – zgodnie z tradycją jego pryncypała – nie pytano, lecz zaczęto snuć domysły – byłby w nie lada kłopocie.
W sumie spotkanie na poziomie jakiego należało się spodziewać i po takim gospodarzu i po tak dobranym gremium.
Szkoda. Nie ma szans by młodzi ludzie dowiedzieli się czego tak naprawdę dostarczyć nam może historia, skoro najwyższe czynniki widzą w niej jedynie element bieżącej polityki, która przecież może ulegać zmianie co kilka lat na skutek wyborów, co wprowadzi do tego obszaru nieprawdopodobne zamieszanie, a w efekcie – zniechęcenie odbiorców.
I rzecz charakterystyczna dla tego środowiska politycznego – Polak to ktoś kto walczy, modli się i ginie.
Nie ktoś kto coś tworzy, choć przykładów na to w naszej historii jest multum.
Nie ktoś kto walczy rozumem i zdolnościami, jak nasi rodacy spod pruskiego zaboru, z którymi Prusacy nie potrafili wygrać w uczciwej konkurencji i wymyślali takie państwowe wsparcia jak HaKaTę i in.
Nie Cegielski jest wzorem, choć pewnie dla współczesnej młodzieży przydałby się jako ktoś kogo warto naśladować właśnie dziś.
Pisałem kiedyś o pewnym księdzu, zwyczajnym wiejskim proboszczu, który zorganizował agencję emigracyjną na poziomie niedostępnym wszystkim razem współczesnym pośrednikom pracującym w tym obszarze.
Może by to pokazać młodym ludziom? To by do nich o tyle przemówiło, że daje się łatwo porównać (i wyciągnąć wnioski) z tym co widzą na co dzień.
Jest cały wielki obszar polskiej myśli społecznej i politycznej, który wyprzedzał inne państwa jeśli chodzi o rozwiązania czy ujęcia tematyki. Czy z tego nie można być dumnym?
Proszę wybaczyć, ale czy z faktu, że każdy polski dworek miał wygódkę i stosowne naczynia w czasach, gdy nie bywało ich na dworze Ludwików we Francji nie moglibyśmy być dumni? Moim zdaniem bardziej, niż z kolejnej klęski, które tak przywykliśmy hołubić w narodowych rocznicach.
Polska historia, jak każdego kraju, jest przebogata.
Jeśli już politycy koniecznie muszą w niej grzebać, to może niech najpierw pomyślą i zdecydują czego potrzeba współczesnemu społeczeństwu. Wątpię czy poczucie narodowej dumy wzrośnie od wciskania młodym ludziom, że naszą powinnością jest umierać bez sensu, ale za to z krzyżem na piersiach.
Historia może podpowiadać im wiele rozwiązań dotyczących świata, w którym dziś żyją. Ale trzeba im je pokazać, nauczyć, wyjaśnić kontekst. Do tego zaś trzeba kogoś więcej, niż aktorzy prezydenckiego przedstawienia odbywanego na potrzeby gawiedzi.
Bo po cóż by innego?
Jerzy Łukaszewski



Panie Jerzy, zawsze uważałem że nie jesteśmy byle kim, lepsi od Francuzów? nigdy bym nie pomyślał..
Nasza obecna władza to powrót do autentycznej dyktatury proletariatu, wystarczy poczytać Babla i jego opowiadania.
A z historią to jak ze słuchaniem muzyki, dla każdego coś fajnego.
Nie trzeba mieć o tym zbyt wielkiego pojęcia bo człowiek staje się czepliwy. Niech pan uwierzy, melomani mają prostsze życie od zawodowców, czy podobnie jest z historykami?
A jaki masz stosunek do książek pana Zychowicza? Lubię je, bo pokazują mi interpretację historii inną niż większość „mainstreamowa”. Nie znam się na historii na tyle, żeby wyrokować, czy red. Zychowicz ma rację, ale podoba mi się zawsze sytuacja, kiedy ludzie mają odmienne sposoby interpretacji eksperymentów i obserwacji. Tylko wtedy dokonuje się postęp w zrozumieniu świata.
A znasz inną niż „mainstreamowa” interpretację drugiego prawa Kirchhoffa?
Ja nie znam 🙂
Jeśli potraktujesz naukę jak intelektualna zabawę nie wymagając od niej niczego, jako żonglerkę pojęciami, faktami dla samej przyjemności zaskakiwania skojarzeniami to każda interpretacja jest dobra.
Natomiast jeśli podejdziesz do niej jak rzemieślnik, zgodnie z obowiązującą metodologią to nie ma interpretacji. Ani w fizyce, ani w biologii, ani w historii.
Interpretacja zaczyna się tam, gdzie kończy się rzetelne podejście do przedmiotu. Tu opuścisz fakcik, bo ci nie pasuje do obrazka, tam dodasz jakiś drobiazg, bo ci się wyda niezbędny, tam na żółte powiesz pomarańczowe – i dalej już jakoś leci 🙂
Pisarzom, publicystom – wolno, ba – to często nawet stanowi o wartości ich dzieł, o ich uroku i sile przyciągania. Rzemieślnikowi tego robić nie wolno.
Pasjami lubię Sienkiewicza za jego umiejętność budowania klimatu wciągającego czytelnika w opisywany czas. Uważam „Trylogię” za rzecz o niebo lepszą, niż noblowskie „Quo vadis”. A jednak nie radziłbym nikomu z jego powieści uczyć się historii.
Ja też zacząłem ostatnio zastanawiać się nad pozytywnymi bohaterami książek, a zwłaszcza filmów, bo z nimi najłatwiej dotrzeć do ludzi – i posucha: „Noce i dnie” (Bogumił Niechcic), a poza tym idioci (Forest Gump) i cwaniaki („Ziemia obiecana”) – jakoś nie widzę filmów, gdzie nauka, pracowitość i podejmowanie rozsądnego ryzyka prowadziłoby do majątku, znaczenia. Raczej filozofia: „pierwszy milion trzeba ukraść”.
Trudno mi się zgodzić. Owszem, filmy jak „Wilk z Wallstreet” są przykładem na „pierwszy milion, który trzeba ukraść”, ale to wynika z tego, że są one przedstawieniem autentycznych historii. (Szczerze mówiąc, chętnie bym sprawdził co z „Social Network”, czy „Jobsem”, których to filmów nie znam, a o których bohaterach wciąż mówi się częściej z pozycji klęczącej niż krytycznej.)
Za to typowa sytuacja filmowa (praktycznie cała znana mi „lżejsza” produkcja tu pasuje*) pokazuje ludzi sukcesu, którzy dochodzą do niego zwykle własną pracą. Stawiałbym raczej inny zarzut — że sytuacje przedstawiane w filmach są zwykle ekonomiczną fantastyką, w której bohaterowie żyją na wyższym poziomie materialnym, niż to wynikałoby z ich pozycji w realnym życiu.
—
*) Idealnym przykładem są filmy dla młodzieży, które często prezentują schemat: „X nie osiąga sukcesów, bo się nie przykłada; X się zaczyna przykładać i osiąga sukces”.
Oj, Jurku, jeśli zaczną forować w szkołach „ofensywną politykę matematyczną”, nie będę miał wątpliwości kto im podsunął ten pomysł.
Że co, że to za głupie, żeby było możliwe? Dziś nie ma już rzeczy niemożliwych. Wyobraziłbyś sobie przed paru miesiącami typa, który nigdy nie zajmował się „koniami”(!!) a teraz będzie zarządzał stadniną?
Przy okazji: zastanawiałem się gdzie już słyszałem o Elżbiecie Cherezińskiej ale szybko przypomniałem sobie. Rzadko wyrzucam z księgozbioru książki, ale jej lukrowane bajki o Brygadzie Świętokrzyskiej wzbudziły rewoltę na regale i książki mi powiedziały: albo my — albo to-to.
@J.Luk
Piszesz:
„A znasz inną niż „mainstreamowa” interpretację drugiego prawa Kirchhoffa?
Ja nie znam.”
Tysiące fizyków na całym świecie głowią się, jak wytłumaczyć oddziaływanie między elektronami (na tym polega prawo Kirchoffa), a Ty piszesz, że znasz interpretację tego prawa. To podobna wpadka, jak ja zaliczyłem z „czytaniem Biblii w oryginale”.
Otóż nauka polega właśnie na ciągłym kwestionowaniu najbardziej „oczywistych” rzeczy.
Nie czytasz Zychowicza, wnioskuję. To mi odpowiedz na proste pytanie: W II wojnie światowej zginęło 6 milionów Polaków. Ile by zginęło, gdyby Hitler razem z Polską zaatakował Związek Radziecki? Zychowicz twierdzi, że mniej, i Jego argumenty są przekonywujące dla laika (czyli dla mnie). Niepodejmowanie z Zychowiczem dyskusji obniża szansę przekonania się, czy Beck miał w 39 roku rację, czy nie.
Michał wybacz, ale Ty mylisz naukę z publicystyką i to z pogranicza science fiction. Zychowicz może pisać „Co by było gdyby babcia miała wąsy?”, wolno mu. Ale babcia nie miała i na tym polega różnica między wiedzą, a chciejstwem i to nierzetelnym, bo pan Zychowicz nie pisze o cenie jaką Polska musiałaby zapłacić za wspólną drogę z Hitlerem. A w historii (tej prawdziwej) zawsze trzeba brać pod uwagę interesy wszystkich omawianych stron i do do końca, a nie wycinkowo. W tym przypadku odpowiedź jest tak prosta, że jedynie publicysta liczący na większy nakład może się wygłupiać i pisać takie bzdury.
Dywagacje : czy Beck miał rację są bezprzedmiotowe, bo Beck zwyczajnie nie miał wyjścia. W 1939 nie było już dobrego wyjścia i tyle.
Masz rację, palnąłem z tymi elektronami, ale chodziło mi tylko o przykład, a może po prostu nie zrozumiałem co wg Ciebie oznacza „mainstreamowe”.
Historia odkrywa fakty i ich powiązania. Na tej podstawie szuka ew. reguł występujących w dziejach społeczeństw.
Tylko, że „nowatorska” zmiana warunków przez publicystę w postaci dywagacji nie mających oparcia w twardych faktach prowadzi donikąd i jest bezwartościowa.
Jeśli by pan Zychowicz odnalazł jakiś nowy fakt w postaci dokumentu świadczącego, że było inne, korzystne wyjście z tamtej sytuacji, to zmieniłoby to nie tylko jego postrzeganie. Ale nie znalazł. Dlatego jego wywody są tyle warte co deklaracja, że „nikt nam nie wmówi, że białe jest białe” (pomiń proszę w tym wypadku sprawę pochłaniania promieni, gadasz z niefachowcem).
Budowanie nowych teorii historiograficznych może opierać się jedynie o odkrycie nowych faktów, nigdy inaczej.
Tylko kompletnym laikom wydaje się, że nauki humanistyczne są bardzo różne od ścisłych, bo jest w nich „więcej pola do swobodnych interpretacji”.
Owszem, czasem to kusi, bo ilość danych, które musi brać pod uwagę historyk jest tak ogromna, że łatwiej ją ograniczyć do „wygodnych” i stworzyć na tej podstawie jakieś twierdzenie. na dodatek życie jest tak bogate, że czasem dwa pozornie identyczne wydarzenia w rzeczywistości są kompletnie różne, zupełnie nieporównywalne.
Ostatnio nurtuje Cię problem moralności. No to sobie wyobraź, że każdy człowiek ma nieco inną jej odmianę, mimo wyznawanych wspólnych zasad. Jesteś tego najlepszym przykładem 🙂 To nie krytyka, broń Boże, to fakt. Każdy z nas niby wyznaje te same zasady, tylko i Ty i ja zawsze mamy do nich jakieś „ale”, prawda? No i na tym ta różnica w moralnościach polega. Iluś tam ludzi do kupy tworzy społeczeństwo. Moralność tego społeczeństwa to suma (wypadkowa?) tych „moralności”. To z kolei rzutuje (w uproszczeniu) na konkretne postępowanie w konkretnych sytuacjach. A każda z sytuacji różni się od drugiej choćby ze względu na warunki zewnętrzne, w jakich zachodzi. Często są to niuanse bardzo delikatne, komplikujące obraz. Itd.
Czy nie łatwiej powiedzieć „Polacy lubią bić Murzynów”? No i wielu tak robi.
A korzystając z tego, polityk wmawia, że „wszyscy Polacy lubią bić Murzynów” i na tej podstawie prowadzi politykę mającą praktyczne konsekwencje.
@slawek i tu się z panem zgadzam całkowicie. Jeśli już musimy wykorzystywać własną historię do celów politycznych, to musimy to robić z głową. Tymczasem nasi politycy to zwyczajne nieuki i prostaki, które znają tylko dwa kolory: biały i czarny. Albo idą z nurtem poprawności politycznej – od razu można postawić, że przegrają bo przyjmują czyjeś reguły gry, a więc są tylko uczniami, którzy nigdy nie prześcigną mistrza, szczególnie gdy małpują go bezrefleksyjnie, albo odwrotnie – idą dokładnie w poprzek obowiązującego nurtu, co daje niemal 100% pewność, że daleko sobie nie popływają.
Jak świat światem polityka była sprawą delikatnych, długofalowych działań prowadzonych przez myśl do konkretnego celu. Nasza wygląda jak chirurg z młotem kowalskim w ręce, który już jutro musi mieć rezultat, bo inaczej go zwolnią.
Na dodatek ograniczenie perspektywy myślowej „od wyborów do wyborów” nie pozwala na stworzenie skutecznych metod wygrywania na tym polu, bo skuteczną politykę można prowadzić tylko nastawiając się na długi dystans.
Panie Jerzy, podzielam w zasadzie wszystkie przemyślenia zawarte w Pańskim artykule. Tak rozumiana polityka historyczna jaką proponuje pan za przeproszeniem Du.a, a której nie jest twórcą a dość wtórnym wykonawcą, jest bez sensu. Propagowanie wzorców niepodległościowych i powstańczych we współczesnym świecie jest anachronizmem prowadzącym na manowce cywilizacji.
*
Nie umiem sobie jednak poradzić z dużo bardziej wyrafinowanym i skutecznym sposobem jej uprawiania przez naszych sąsiadów. W jakimś stopniu wywodzi się on z tradycji Fryderyka Wielkiego, o którym Pan napisał.
Wcześniejszym echem tego rodzaju polityki była Bismarckowska „Kulturkampf”, która przyniosła Prusakom porażkę z Polakami w „Najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy”. Przyniosła mu też porażkę w walce z katolicyzmem w Bawarii.
Późnym echem postfryderykowskiej polityki historycznej było wiele haseł hitlerowskich w tym „Drang nach Osten” oraz „Lebensraum”, które przyniosły nam katastrofę.
Pogrobowcy Hitlera, bardzo zdemokratyzowani i spacyfikowani Niemcy z Angelą Merkel na czele, pełni frazesów o demokracji i pokoju oraz pełni poprawności politycznej, w historii III Rzeszy nie odnajdują Niemców. Odnajdują dość zagadkowych „Nazistów” jakby wypranych z narodowości i charakterystycznego w tamtym okresie dla tej narodowości nacjonalizmu, ksenofobii, szowinizmu, rasizmu oraz antysemityzmu. Ci odrealnieni „Naziści” zakładali obozy koncentracyjne, które z braku narodowości ich organizatorów są obozami zorganizowanymi przez narody na terenie których były zlokalizowane. I tak Auschwitz-Birkenau, Majdanek, Treblinka, Stutthof to były „polskie obozy koncentracyjne”. Ten „sprytny” zabieg socjotechniczny jest w istocie najbardziej bandyckim i złowieszczym przekłamaniem historycznym z jakim mamy współcześnie do czynienia. Polska, która była proporcjonalnie największą ofiarą dwóch totalitaryzmów i która do dziś nie podniosła się demograficznie oraz cywilizacyjnie po zniszczeniach II Wojny Światowej jest po raz kolejny ofiarą Niemców. Tym razem cywilizowanych i demokratycznych.
Napisałem o tych wątpliwościach ponieważ coś powinniśmy przeciwstawić tym przekłamaniom. Nie wiem co by to miało być ale widzę, że potrzeba istnieje.
Co do red. Zychowicza, to nie chodzi o nowe fakty, tylko interpretację dobrze znanych. W 1938 i 1939 mieliśmy różne zachowania Czech, Słowacji, Węgier, Rununii, Finlandii, Polski, i możemy sobie tworzyć „political fictions”, jakby, na przykład, Czechy walczyły do ostatniego naboju. To taka zabawa intelektualna, w której red. Zychowicz uczestniczy, i mi się ona podoba, bo uważam, że jest to najlepsza matoda do nauczania historii.
Co do sposobu prowadzenia dyskusji, to, faktycznie, moja Żona mnie zawsze moderuje, bo dla mnie najważniejsza jest sama logiczność argumentów, a meritum tylko pretekstem do wyciągania różnych wniosków, choćby absurdalnych, ale wydających się logiczne. Dla większości ludzi jednak meritum jest ważne…
@hazelhard Twoja metoda jest dobra jeśli chcieć wyciągać wnioski na dziś i na przyszłość ze zdarzeń historycznych. Tyle, że to już polityka, a nie historia.
Historia oparta na twardych faktach to jednak materiał, którego nie sposób pomijać nawet w takiej dyskusji. Inaczej będziemy rozmawiać właściwie o niczym, czyli o czymś co się nie zdarzyło, a tylko mogło się zdarzyć.
Postępowanie ludzi w historii jest do bólu logiczne, tylko trzeba umieć znaleźć ich prawdziwa motywację. Inaczej niewiele się nauczymy.
Modele teoretyczne oparte na dowolności i „interpretacjach” są zwyczajnie niebezpieczne dla dnia dzisiejszego. Vide pan D**a i jego goście.