Jerzy Łukaszewski: Uczyć czy nie uczyć?

dulfus2016-02-24.

[dropcap]N[/dropcap]arodowa Rada Niedorozwoju przy Pręży Wzdęcie wszystkich Wolaków obradowała niedawno ku rozpaczy miłośników wiedzy historycznej nad planowaną strategią „ofensywnej polityki historycznej” jak to był łaskaw nazwać gospodarz.

Dla każdego normalnego człowieka „polityka historyczna” to nic innego, jak demokracja socjalistyczna, krzesło elektryczne, ew. salon muszli klozetowych i inne tego rodzaju zestawienia.

Polityk jednak, jak to gołym okiem widać, normalnym człowiekiem nie jest, więc nie je, nie śpi, nie stara się osobiście o tak niezbędną wszystkim dzietność, tylko kombinuje co by tu jeszcze sp**ć.

Zawsze mnie denerwowało, że politycy tak uwzięli się na historię. Przecież mógłby ob. D**a zaproponować np. „ofensywną politykę matematyczną”. Przynajmniej denerwowałby się BM, a nie ja.

Tym bardziej, że liczba cyfr w matematyce jest dużo mniejsza, a podejrzewam, że do 10 to i pan D**a zliczyć potrafi.

Nie – uwzięli się na historię.

Złość moja jest tym większa, że już parę razy Polska przeżywała takie ofensywy i jedyne co nam z tamtych czasów pozostało to generalna nieufność w stosunku do fachowców. Zbyt wielu bowiem szmaciło się koniunkturalnie, by nie odbiło się to na samej dziedzinie.

Wraz z pierwszym rozbiorem Polski pojawiły się u nas bajki dla dzieci z królem Fryderykiem w roli głównej, który to król występował w nich jako władca łagodny, dobrotliwy, który zawsze i chętnie „sucha” swoich poddanych.

Najbardziej kretyńskie pomysły Fryderyka podawane były w taki sposób, by czytelnik/słuchacz miał dowód, że władca jedynie realizuje to, czego oczekuje od niego naród. Np. narzucane przez państwo rodzaje zasiewów, niekoniecznie zgodnych z rynkowymi trendami, a więc interesem właścicieli ziemskich przedstawione były jako „wynalazek” Kaszubki Amandy, która w czasie karmienia „przypadkowo” przebywającego u niej Fryderyka snuła wizje rozwoju państwa (jak to gospodynie domowe miały w zwyczaju), a król łykał jej pomysły jak gęś kluski i zgodnie z „wolą narodu” wprowadzał je w czyn.

Nie wiem czy Fryderykowi czytano te bajki, mam wrażenie, że nie, w przeciwnym razie mógłby umrzeć ze śmiechu.

Starszym dzieciakom wmawiano w szkołach, że za polskich czasów krowy były wychudłe i nie dawały mleka, a jeśli już to kwaśne. Fryderyk w swej mądrości podniósł kraj z ruin, obywatele się bogacili i szczęście zapanowało w całych Prusiech. To, że jedno z najbogatszych miast Europy – Gdańsk doprowadzili Prusacy niemal do ruiny degradując je do roli prowincjonalnego porciku, bo oczkiem w głowie była linia Berlin – Królewiec – nie przeszkadzało szerzeniu propagandy wręcz przeciwnej.

Tak czy owak – Fryderyk był pierwszym, który prowadził prawdziwą politykę historyczną na dużą skalę i to z niego biorą przykład po dziś dzień różni niewydarzeńcy, którzy mimo wszystko do pięt nie sięgają pruskiemu królowi.

Jego wspieranie inicjatyw „narodowych” miało przynajmniej jakieś uzasadnienie, bo po ponad tysiącu lat rozdrobnienia trudno było mówić o czymś takim jak „naród niemiecki”. Bawarczycy nie znosili Szwabów, Szwabi Nadreńczyków, Pomorzanie Sasów. Ba – potrafili tę niechęć okazywać zbrojnie.

Fryderyk zbierając do kupy obszary niemieckojęzyczne miał przynajmniej jakiś istotny cel w tym nachalnym forowaniu niemieckości.

Dwudziestolecie międzywojenne nie darowało sobie możliwości jakie daje polityka historyczna.
Fabryczki wazeliny pracowały pełną parą i podziwiać należy zapał niektórych do wymyślania coraz to innych sposobów wciśnięcia się Marszałkowi w …. no – tam gdzie on wiedział, a państwo rozumiecie. I to w sytuacji, gdy sam Marszałek dość przytomnie odbierał te hołdy nie nadając im jakiegoś szczególnego znaczenia i nie obdarzając swą łaską „z automatu” wszystkich lizusów.

Pisałem kiedyś o dzieciach na Pomorzu pobitych przez nauczyciela za to, ze nie chciały śpiewać „Pierwszej Brygady”. Też szczególny rodzaj polityki historycznej. Ciekawe czy Wielki Naśladowca Marszałka ma coś takiego w planach.

Były i opowiastki dla dzieci o Marszałku i piosenki, sam zaś zainteresowany wydał kilka tomików wspomnień tak pięknie okrojonych, że niejeden lekarz zastanawiać się musiał nad niezwykle wybiórczą sklerozą, jaka dopadła wodza.

PRL… cóż, PRL to była jedna wielka polityka historyczna, choć na jej korzyść zapisać należy, że potrafiła wydać dzieła wieszczów w komplecie (Mickiewicz łącznie z „Pismami prozą”) czego jak dotąd wolna Polska nie zrobiła. Fakt, że chyba żadna polityka dotąd nie spełniała tak dalece postulatów stawianych jej przez pana D**ę.

Zaznaczył on bowiem w czasie obrad wspomnianego, za przeproszeniem – ciała, że chodzi o to by być dumnym z bycia Polakiem.

Ten ambitny cel mieli mu przybliżyć dyskutanci. Co z tego wyszło?

Zaproszono fachowców, a jakże. Autorkę powieści historycznych Elżbietę Cherezińską, historyka Andrzeja Nowaka i in. Wybór fachowców nie był przypadkowy, co pozwala sądzić, że kierunek owej dyskutowanej polityki był znany gospodarzowi dużo wcześniej, a sama nasiadówka stanowiła jedynie przedstawienie dla „szerokiej publiczności”, bez najmniejszego znaczenia. Czy uczestnicy zdawali sobie z tego sprawę? Mam wrażenie, że częściowo tak, o czym świadczą ich wypowiedzi.

Pani Cherezińska: „…dobrze by było, gdybyśmy nauczyli się naszą prawdziwą historię kochać, lubić, szanować albo chociaż, żeby młodzi ludzie przestali się jej wstydzić…”

Skąd szanowna pani wzięła przekonanie, że młodzi ludzie wstydzą się naszej historii i dlaczego niby mieliby to robić – nie mam pojęcia. Obserwując wiele środowisk i inicjatyw mam wręcz odmienne wrażenie – młodzi interesują się historią w stopniu dalece większym, niż robiło to moje pokolenie. Na dodatek szukają w niej tego, o czym wspomniał pan D**a i czasem znajdują, niekiedy co prawda w wydarzeniach innych, niż chciałby tego administrator pałacu prezydenckiego, ale to już wina tego, że idą na lep i w ogóle.

Pan Nowak: „…w sferze tego, co zalecone, państwo powinno skupić się na wspieraniu kilku projektów, takich, które najmniej dzielą”. “Niepodległość – 1918 rok, może Bitwa Warszawska 1920 roku i pamięć łączącą się z tą samą datą 100. rocznicy urodzin Jana Pawła II…”

Czyli – po staremu – naród polski walczy i modli się – oto wzór do naśladowania. To ma być baza do budowania „dumy” z naszej historii.

Następnie pan Nowak odkrył Amerykę: „…zdecentralizować” pamięć historyczną. “Może nie tylko Warszawa, może Zamość, może tradycje I RP wielonarodowej, to też dobry trop…”

Jak państwo myślą? Dobry? Kto wie, kto wie?

O tym, że historię dawno już zdecentralizowano, pan Nowak nie wie, że każdy z polskich uniwersytetów ma na wydziałach historycznych przedmiot opisujący właśnie historię lokalną i to już ponad 20 lat – pan Nowak nie wie, ale co by nie gadać – idzie dobrym tropem wyważając otwarte drzwi do lasu.

Żałość bierze. Ale cóż – jaki gospodarz tacy goście. Przepraszam – „fachowcy”.

Czytając sprawozdanie z „dyskusji” widzę jeden wielki bełkot ludzi kompletnie nieprzygotowanych do czegokolwiek, ale uczestniczących chyba ze względu na spodziewane konfitury, inaczej nie potrafię sobie uzasadnić ich uczestnictwa w tym teatrze kukiełek.

Gospodarz, w bardzo swoim stylu stwierdził, że „…Te nawiązania w preambule konstytucji są jasne i ewidentne – mowa o dorobku przeszłych pokoleń, bohaterach, którzy walczyli za wolność i niepodległość Rzeczypospolitej, o odzyskanie niepodległości i suwerenności, o chrześcijańskich korzeniach państwa polskiego, o tradycji, na której wyrośliśmy dzisiaj, jako następstwa poprzednich pokoleń Polaków”.

To stwierdzenie jest o tyle istotne, że pozwala zrozumieć poczynania pana D**y wobec Konstytucji – najwyraźniej w jej lekturze nie wyszedł poza preambułę.

Aby nie wyjść na programowego krytykanta muszę przyznać, że przynajmniej jeden wątek z tego spotkania podobał mi się.

Otóż gospodarz stwierdził szalenie odważnie, że „…skuteczna polityka historyczna nie polega z pewnością na ograniczaniu lekcji historii w szkołach. To jest nie tylko podcinanie korzeni polskiej polityki historycznej, ale przede wszystkim podcinanie korzeni polskiego społeczeństwa i narodu”.

Odważnie, bo czyhający wszędzie wróg mógł zadać pytanie jakież to lekcje zastąpiłby pan D**a godzinami historii w szkole? A gdyby jeszcze – zgodnie z tradycją jego pryncypała – nie pytano, lecz zaczęto snuć domysły – byłby w nie lada kłopocie.

W sumie spotkanie na poziomie jakiego należało się spodziewać i po takim gospodarzu i po tak dobranym gremium.

Szkoda. Nie ma szans by młodzi ludzie dowiedzieli się czego tak naprawdę dostarczyć nam może historia, skoro najwyższe czynniki widzą w niej jedynie element bieżącej polityki, która przecież może ulegać zmianie co kilka lat na skutek wyborów, co wprowadzi do tego obszaru nieprawdopodobne zamieszanie, a w efekcie – zniechęcenie odbiorców.

rzecz charakterystyczna dla tego środowiska politycznego – Polak to ktoś kto walczy, modli się i ginie.

Nie ktoś kto coś tworzy, choć przykładów na to w naszej historii jest multum.

Nie ktoś kto walczy rozumem i zdolnościami, jak nasi rodacy spod pruskiego zaboru, z którymi Prusacy nie potrafili wygrać w uczciwej konkurencji i wymyślali takie państwowe wsparcia jak HaKaTę i in.

Nie Cegielski jest wzorem, choć pewnie dla współczesnej młodzieży przydałby się jako ktoś kogo warto naśladować właśnie dziś.

Pisałem kiedyś o pewnym księdzu, zwyczajnym wiejskim proboszczu, który zorganizował agencję emigracyjną na poziomie niedostępnym wszystkim razem współczesnym pośrednikom pracującym w tym obszarze.

Może by to pokazać młodym ludziom? To by do nich o tyle przemówiło, że daje się łatwo porównać (i wyciągnąć wnioski) z tym co widzą na co dzień.

Jest cały wielki obszar polskiej myśli społecznej i politycznej, który wyprzedzał inne państwa jeśli chodzi o rozwiązania czy ujęcia tematyki. Czy z tego nie można być dumnym?

Proszę wybaczyć, ale czy z faktu, że każdy polski dworek miał wygódkę i stosowne naczynia w czasach, gdy nie bywało ich na dworze Ludwików we Francji nie moglibyśmy być dumni? Moim zdaniem bardziej, niż z kolejnej klęski, które tak przywykliśmy hołubić w narodowych rocznicach.

Polska historia, jak każdego kraju, jest przebogata.

Jeśli już politycy koniecznie muszą w niej grzebać, to może niech najpierw pomyślą i zdecydują czego potrzeba współczesnemu społeczeństwu. Wątpię czy poczucie narodowej dumy wzrośnie od wciskania młodym ludziom, że naszą powinnością jest umierać bez sensu, ale za to z krzyżem na piersiach.

Historia może podpowiadać im wiele rozwiązań dotyczących świata, w którym dziś żyją. Ale trzeba im je pokazać, nauczyć, wyjaśnić kontekst. Do tego zaś trzeba kogoś więcej, niż aktorzy prezydenckiego przedstawienia odbywanego na potrzeby gawiedzi.

Bo po cóż by innego?

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

11 komentarzy

  1. Magog 2016-02-24
  2. hazelhard 2016-02-24
  3. j.Luk 2016-02-25
  4. zenjk 2016-02-25
    • pak 2016-02-25
  5. andsol 2016-02-25
  6. hazelhard 2016-02-25
    • j.Luk 2016-02-27
  7. slawek 2016-02-25
  8. hazelhard 2016-02-27
  9. j.Luk 2016-02-27
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com