z tego adresu nigdy już nie nadejdzie odpowiedź.
wiadomość o odejściu natana tenenbauma dosięgła mnie w chwili euforii. wczoraj późnym wieczorem wracałem autobusem do domu, kiedy odezwał się mój brat z gdańska z wiadomością, że przetrzebione niemal doszczętnie wskutek powikłań historii pogłowie gurfinklów po raz pierwszy od długiego czasu znów zaczyna się zwiększać. mojemu bratankowi kubie i jego dziewczynie magdzie właśnie urodził się syn…
gdy po wejściu do domu odpaliłem komputer, zdruzgotała mnie wiadomość o śmierci natana tenenbauma – ciepłego człowieka, pełnego autoironii i wyrozumiałości na słabostki bliźnich, a też świetnego poety, sam o sobie mówił że jest tekściarzem i tylko niekiedy pozwalał temu rzemieślnikowi ze swego sztokholmskiego kabaretu krakowskie przedmieście awansować na poetę, po to móc dokonać autoprezentacji – urodzony na białorusi polski poeta narodowości szwedzkiej)
natan miał szczególne miejsce wśród moich przyjaciół, bo przyjaźniliśmy się jeszcze za naszych warszawskich czasów. natan był też sąsiadem mojej żony joanny i towarzyszem jej dziecięcych zabaw z warszawskiego podwórka na koziej.
obracaliśmy się we twspólnym kręgu ludzi i obydwaj mieliśmy w tym samym czasie okres współpracy z STS- em. widywałem się z nim w kopenhadze, a później w sztokholmie, dokąd przeniósł się z lundu.
jak wielu innych ludzi wygrzewałem się w cieple jego przyjaźni i kiedy przeglądam jego maile, puchnę z dumy od tego co pisał o mnie i śmieję się z jego niezliczonych kalamburów.
jego modlitwa o wschodzie słońca z muzyką przemysława gintrowskiego została rozsławiona przez jacka kaczmarskiego, kto chce, może kliknąć na link i przypomnieć ją sobie
https://www.youtube.com/watch?v=ooOFIMVFET0
ja mam swój ulubiony wiersz natana, z tomiku chochoły i róża, od lat propagowany przeze mnie wśród przyjaciół:
Poezja i piwo,
czyli Nowe Monachium
Nie dbam o względy możnych. Cóż mi po nich, skoro
Karel Kryl jest mym druhem i Wadim Jegorow
Jegorow, to Rosjanin, trubadur moskiewski
Kryl — uchodźca w Monachium, wspaniały bard czeski
W trzech piszemy językach, ale wspólna troska
Którą dzieli Czech miły i przyjaciel-Moskal;
Nie miał złudzeń — przytomny i wrażliwy Wadim
Że Moskwa jest stolicą szczęśliwej Arkadii
Zadekretował przyjaźń i braterstwo — Lenin
A tu waśnie, konflikty, nienawiść się pleni
— Ileż to zła, niewola wyzwala w narodach!
Martwi się w Moskwie Wadim, bieleje mu broda
Moskwa szara, zmęczona — czy lato, czy zima;
Trzeba mi chyba jakoś rozerwać Wadima
— Dawaj, Wadik, skoczymy do Karela-Czecha,
Kiedyś mu tank sowiecki marzenia rozjechał
A choć Kryl o tym milczy — ja pomnę dni owe
Kiedy szedł polski żołnierz na Hradec Králové
Czechom — rozpacz, mnie — hańba, żołnierzykom — gloria!
Wiódł żołnierzy generał, wiódł Siwicki Florian!
A potem, mimo różne historii łamańce —
Siwicki był ministrem, ja — nadal — wygnańcem
Tu porzucam dygresję i powracam żywo
By razem z przyjaciółmi wypić jakieś piwo
W Monachium, u Karela siądziemy w biersztubie
Mają tam dobre piwo, a ja piwo lubię
Chłopcy wezmą gitary, razem damy czadu
I zjawi się w biersztubie Biermann Wolf, trubadur
W lot się porozumiemy, bez żadnych problemów
Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz… ani my jemu
I nie będę o przeszłość pytać wokół starców
Jak nie pytam rodaków — co robili w „Marcu”
Aczkolwiek — z racji wieku i z innych powodów
Pamiętam jeszcze wojnę, pomnę i exodus
…Ale nie o tym myślę, gdy gwarzę leniwie
W monachijskiej biersztubie, przy wybornym piwie;
— Ludzie, liczymy krzywdy, odgrzewamy spory
Gdy historia nas mija, zostawiając gorycz
Polacy, Niemcy, Żydzi, Czesi i Rosjanie —
Kochajmy się, panowie!
natan gurfinkiel

