Stosunkowo rzadko mamy okazję do obserwowania konstruowania organizmu państwowego od początku, od podstaw, czyli – jak to się niegdyś mówiło – na surowym korzeniu.
Na ogół mamy do czynienia z generalnymi remontami urządzanymi przy okazji przesileń politycznych czy innych gwałtownych wydarzeń zmieniających wcześniejszą sytuację jakiegoś terenu.
Starzy budowlańcy wiedzą, że taki remont zawsze wypada drożej, niż budowa od podstaw, a jeśli w grę wchodzi wymiana stropów czy istotnych elementów nośnych, najlepiej zburzyć wszystko i zacząć od początku.
Na dodatek łatwiej o pracowników zdolnych do budowy, niż generałki. Tam wymagane są wyższe kwalifikacje, wyobraźnia, umiejętność reagowania na niespodzianki, które zawsze „wyskoczą” podczas prac.
A kiedy w miejsce murarzy wstawiamy polityków, problem nabiera tym większego znaczenia, iż ten przedziwny gatunek ssaka wykazuje tym większą ochotę do pracy im mniejszymi kwalifikacjami dysponuje.
Ciekawym przykładem z całkiem niedawnej historii jest twór, który z niewiadomych powodów powstał u ujścia Wisły po I wojnie światowej, a zwany był Wolnym Miastem Gdańsk.
Nad jego genezą morduje się już któreś tam pokolenie historyków i wciąż nie mamy jasnej odpowiedzi na pytanie: po kiego licha?
Wiemy, że pomysłodawcami tego archaicznego już w XX wieku tworu byli Anglicy, ale to właśnie jeden z nich, Winston Churchill był łaskaw rzec, że „…wolne miasto jest jak wolne chwile. Czasami nie wiadomo co z nimi robić”.
Po cóż więc to zrobiono?
W omówieniach traktatów wersalskich (w tym przypadku chodzi o traktat z 28 czerwca 1919 roku) zwykle określa się powstanie WMG jako „kompromis”, co stanowi szczególny przypadek poczucia humoru politycznego. O Gdańsk zabiegała strona niemiecka i strona polska. Osiągnięty, a raczej narzucony kompromis polegał na tym, że nie dano go nikomu. Wyobraźmy sobie dowolne negocjacje w dowolnej sprawie gdyby zawsze tak rozumiano słowo kompromis.
Tak czy owak zdecydowano o powstaniu tego quasi-państwa, a taki organizm potrzebuje konstrukcji prawnej, kręgosłupa politycznego, który pozwoliłby mu poruszać się na własnych łapach.
Miesiące całe poświęcono na rysunek i korektę granic wedle wciąż jeszcze XIX wiecznej zasady „samowystarczalności”, która miała polegać m.in. na posiadaniu gruntów rolnych dla osiągnięcia niezależności pod tym istotnym względem, komisja aliancka zasłużyła na złote aureole wysłuchując i czytając zgłaszane zastrzeżenia i żądania poprawek, odkrywając mocno często naciągane argumenty kładzione na stół przez właścicieli ziemskich, którzy byli zainteresowani takim lub innym przebiegiem granicy.
Aby było jasne: naciąganych argumentów używali i Niemcy i Polacy. Baronowa von Kleist żądała włączenia jej posiadłości do Gdańska argumentując z całą powagą, że … jej wsie zakładali Krzyżacy. Z kolei pani burmistrz Makowska ze Skarszew oświadczała na piśmie, że w jej mieście nigdy nie widziała żadnego Niemca na oczy.
Polacy wpisywali Kaszubów w rubrykę „ludność polska”, a Niemcy nie mogąc ich wpisać w rubrykę „niemiecka” tworzyli dla Kaszubów rubrykę specjalną, bo to wystarczało, aby od ręki zmniejszyć liczbę ludności polskiej na danym terenie. Żonglerka statystykami to dość stara umiejętność.
Takich „cudów” było mnóstwo na co dzień, ale przecież w końcu się z nimi uporano.
Rzeczą ważniejszą było prawo, które miało działać i regulować stosunki wewnętrzne i zewnętrzne świeżo utworzonego „państwa”.
Dla nas jest to o tyle ciekawe, że w sytuacji tworzenia czegoś od podstaw można było zastosować dowolne rozwiązania nie oglądając się na tradycje i wcześniej obowiązujące akty.
Ta swoboda zaowocować bowiem musiała zastosowaniem reguł w miarę nowoczesnych, odpowiadających duchowi czasów i poziomowi praw na jakie mógł liczyć człowiek w I połowie XX wieku w Europie.
Rzućmy więc okiem na niektóre przynajmniej punkty konstytucji WMG choćby dla porównania z tym, z czym mamy do czynienia obecnie, niemal 100 lat później.
Zaskakuje na samym początku Art.3, który brzmi:
„Władzę państwową sprawuje naród”
Pomijając wszystko inne, mamy tu do czynienia z dobrowolnym stwarzaniem sytuacji konfliktogennej, ponieważ Art.3 mówiąc „naród” nie precyzuje który, a były ich na tym terenie co najmniej dwa (plus nowopowstająca koniunkturalnie „narodowość gdańska)
Przyjmijmy jednak, że dla ówczesnych mieszkańców słowo to było tożsame ze słowem „obywatel”.
Art.4 mówił: „ Polskojęzycznej ludności zapewnia się prawodawstwem i administracją wolny narodowy rozwój, szczególnie przez używanie języka ojczystego w szkolnictwie, jak i w wewnętrznej administracji oraz wymiarze sprawiedliwości. Szczegóły reguluje ustawa.”
A więc jednak zauważono, że ten „naród” składa się z ludności etnicznie różnej. Praktyka aż do czasów hitlerowskich była taka, że językiem urzędowym był niemiecki, ale urzędy wysyłając oficjalne pisma do obywateli deklarujących inna przynależność etniczną tłumaczyły swoje pisma na polski lub kaszubski.
Art.7 dziś brzmiałby wręcz rewolucyjnie
„Posłami są przedstawiciele całego narodu i odpowiadają tylko przed własnym sumieniem, nie wiążą ich żadne zlecenia.”
Niesamowite, prawda? Nic ich nie wiąże? Nawet zalecenia Prezesów? I jak tam miało być dobrze, sami powiedzcie.
Art.8 zapewniał wyborcze równouprawnienie kobietom i mężczyznom, nie tak jak w zacofanej Szwajcarii, gdzie kobiety prawa wyborcze zdobyły dopiero w latach 70tych XX w.
Ciekawy jest pkt.C z Art. 26 mówiącego o tym kto nie może kandydować do władz WMG:
„c) osoba znajdująca się w postępowaniu upadłościowym.
Zamykano więc drogę tym, którzy do polityki chcieli by przyjść w celu „odkucia się”, a może bano się, że ktoś kto gdzieś pokazał swój brak kwalifikacji i zdolności przeniesie te cechy na politykę? Trudno orzec.
Kolejny oryginalny zapis – Art.27
„Nie ma obowiązku przyjęcia wyboru na członka Senatu. Członkowie mogą w każdym czasie wystąpić ze składu Senatu.”
Wyobrażacie to sobie dziś? Przy okazji wyjaśnienie: słowo senat w WMG oznaczało władzę wykonawczą, rząd.
Fragment Art.37
„…Członek Senatu nie może uczestniczyć w obradach i wyborach, jeżeli sprawa dotyczy jego osoby lub rodziny a na czas trwania obrad musi salę obrad opuścić.”
Art. 46.
„Prawo wnoszenia ustaw przysługuje Senatowi, wybranym członkom Zgromadzenia Obywatelskiego lub prawnie ustanowionym przedstawicielstwom zawodowym. Projekty ustaw dotyczące polityki gospodarczej lub socjalnej powinny być przedkładane do zaopiniowania przez przedstawicielstwa zawodowe.”
Panu ministrowi finansów pod uwagę:
Art. 52.
„Pożyczki mogą być zaciągane tylko w nadzwyczajnej potrzebie i z reguły tylko na wydatki tworzące dochód”.
Art. 61.
„Sędziowie są niezawiśli i podlegają tylko ustawom”.
Art. 62.
„Sądy wyjątkowe są niedopuszczalne. Nie wolno nikogo pozbawić opieki prawnej”
Proszę pamiętać – mamy rok 1920.
Art. 73.
„Wszyscy obywatele Wolnego Miasta są równi wobec prawa. Ustawy wyjątkowe nie są dopuszczalne. Mężczyźni i kobiety maja równe prawa obywatelskie i obowiązki. Społeczno-prawne przywileje lub niekorzyści wynikające z pochodzenia, stanu lub religii nie występują”.
Art.79
„Każdemu zapewnia się, w ramach granic prawnych, wolność wypowiedzi ustnej, pisemnej lub innej. Prawo to nie może być naruszone przez układy pracownicze lub zatrudnienia. Nikt nie może być poszkodowany za stosowanie tego prawa”.
Art.82
„Nieślubnym dzieciom zapewnia się ustawą te same warunki zdrowego rozwoju fizycznego i psychicznego jak dzieciom ślubnym”.
Art.86
„Każdemu obywatelowi zapewnia się nienaruszalność mieszkania. Wyjątki dopuszczalne są tylko na podstawie ustawy”.
Bardzo ciekawy zapis Art.87
„Obowiązkiem każdego obywatela jest obrona konstytucji przed bezprawnymi atakami”.
Jeszcze raz przypomnę – to 1920 rok!
Art.93
„Urzędnicy służą ogółowi a nie jednej partii. Urzędnikowi przysługuje wolność przekonania politycznego i prawo dowolnego zrzeszania się. Prawa te są nienaruszalne”.
Bez komentarza.
Art.96
„Każdemu zapewnia się wolność religii i sumienia. Ochrona państwa gwarantuje nie zakłócanie praktyk religijnych. Korzystanie z praw obywatelskich i państwowych, jak i dopuszczanie do zajmowania publicznych urzędów jest niezależne od wyznania religijnego. Nikt nie może być zmuszany do ujawnienia swoich przekonań religijnych […]Nikt nie może być zobowiązany do uczestniczenia w praktykach religijnych”.
Art.99
„Niedziele oraz święta uznane przez państwo pozostają dniami wolnymi od pracy, chronione są dla odnowy zdrowia”.
A nie po to, by wypełniać swe obowiązki religijne? No coś podobnego…
Art.101
„Nauka i sztuka oraz nauczanie nie są ograniczane. Państwo zapewnia ochronę tych dziedzin i jest zobowiązane do popierania ich dalszego rozwoju”.
Art.103
„Nauka jest obowiązkowa. Wykonanie obowiązku szkolnego obejmuje naukę w szkole podstawowej w ciągu ośmiu lat szkolnych, dalsze dokształcanie lub naukę w szkole zawodowej, przez młodzież męską i żeńską do 18 roku życia. Utrzymanie szkół publicznych jest obowiązkiem państwa. Państwo może wymagać współudziału gmin w finansowaniu szkół. Nauka i pomoce szkolne w szkole podstawowej i szkołach dokształceniowych są bezpłatne”.
z Art.104
„…Dla przyjęcia dziecka do określonej szkoły, poza życzeniem uprawnionego wychowawcy i upodobaniami dziecka, nieważna jest pozycja gospodarcza i społeczna rodziców. Dla dzieci pilnych i znajdujących się w trudnej sytuacji materialnej, szkolenie i materiały dydaktyczne są bezpłatne również w szkołach średnich i wyższych. Państwo ma zapewnić środki publiczne dla nauczania w szkołach wyższych i uniwersytetach, dzieciom pilnym i znajdującym się w trudnej sytuacji materialnej”.
Art.107
„Należy dbać o to, aby nauka religii w publicznych szkołach nie raniła uczuć dzieci o innych wyznaniach”.
Art.108
„Wychowanie obywatelskie jest przedmiotem szkolnym. Każdy uczeń otrzymuje po zakończeniu obowiązku szkolnego kopię konstytucji”.
Proszę wybaczyć to zanudzanie artykułami gdańskiej konstytucji, ale pomyślałem sobie, że dziś gdy jedni alarmują, że łamana jest konstytucja polska, a drudzy głoszą potrzebę jej zmiany, może by zacząć dyskusję od ustalenia ram czy norm, wokół których powinno być tworzone państwowe prawodawstwo.
Gdańska konstytucja sprzed 96 lat może być przykładem na sposób myślenia naszych ojców i dziadków, a także pomóc odpowiedzieć na pytanie czy aby dobrych fachowców wybraliśmy do remontu naszego domu.
Nie byłbym historykiem gdybym nie zapytał: czy i w czym dostrzegacie państwo postęp ponoć nieodłączny upływowi czasu w tzw. cywilizowanych społeczeństwach?
Jerzy Łukaszewski



Pytanie: „czy aby dobrych fachowców wybraliśmy do remontu naszego domu” powinno się kończyć stwierdzeniem: „i dlaczego nie”.
Z kolei myśl zawarta w zdaniu: „…czy i w czym dostrzegacie państwo postęp ponoć nieodłączny upływowi czasu w tzw. cywilizowanych społeczeństwach?” ma charakter humorystyczny. Sugeruje ona, że rządzący nami mieszczą się w „cywilizowanych społeczeństwach”.
@slawek w gruncie rzeczy chodzi o to, że dziś znów przychodzi awanturować się o coś, co wydawało się ludziom normalne już 100 lat temu. Na dodatek zmiana nie polega na pójściu naprzód.
@j.Luk to oczywiste. Dzisiejsi rządzący świetnie to wiedzą, ale przecież o co innego toczy się gra. Cel wyłuszczył dobitnie w 1992 r. adwokat-premier Jan Olszewski: „Nie chodzi o to jaka ma być Polska, ale czyja ma być”. W domyśle „nasza” czyli ich Olszewskich, Kaczyńskich i innych „prawdziwych Polaków”. I w tej sprawie się nic nie zmieniło. A że będzie to Polska, gdzie większość obywateli będzie chodziła w łapciach z łyka lipowego to tym lepiej. Głodnymi biedakami łatwiej sterować. Jest tylko jeden problem – głodni biedacy potrafią zjadać tzw. „dobroczyńców”. Nie wiadomo tylko kiedy powiedzieć: smacznego!
Autoru: co znaczy „awanturowanie się”? To jest (K.!) Twój psi obowiązek, jako Historyka przez duże P. Inna sprawa, do ilu to dotrze. Choć rozpaczliwe rozmemłanie naszej konstytucji, w porównaniu z niektórymi paragrafami stąd – smuci. Można jeszcze lakoniczniej. Mój Stary pisał kiedyś (dla Amanat al Asimah, w Bagdadzie) projekt prawa budowlanego dla Iraku. Bo trzeba było, ale w Polsce wybuchł akurat stan wojenny i Prawnicy mieli przyblokowane paszporty. Tak się złożyło, że byliśmy tam razem, (on przez Polserwis, ja przez Pagart). I z ciekawości śledziłem jego lektury dokształcające. Dowiedziałem się, że ulica powinna mieć taką szerokość, aby mogły się minąć dwa obładowane wielbłądy, ale również, że należy budować tak, aby mieć światło, i nie zabierać światła innym. Co zawiera w sobie wszystkie nasze kochane „normatywy”, ustalające ile godzin światła słonecznego ma mieć wnętrze „mieszkalne” albo „użytkowe”.