Józef Piłsudski zaprosił kiedyś do siebie polskiego ambasadora w Wiedniu. Chciał się dowiedzieć jak wygląda sytuacja w Austrii. Ku zdziwieniu gościa Marszałka zupełnie nie interesowało oficjalne życie polityczne, nawet to, co można było przeczytać w wiedeńskich gazetach. Dopytywał się natomiast o codzienne życie ulicy, jak zachowują się i co mówią wiedeńczycy, właścicielki straganów na targu lub taksówkarze.
Narzekają na drożyznę? Targują się o każdego szylinga? – pytał. A taksówkarz, gdy któregoś zatrzyma policja, to się kłóci czy potulnie płaci mandat? Nie wiem, czy Piłsudski wyciągnął z opowieści swego gościa właściwe wnioski, czy przewidział jak Austria powita Adolfa Hitlera, jednak obszar obserwacji wydaje mi się interesujący i właściwy. I dlatego uważam, że po otrzymaniu informacji od Viktora Orbána, jak sparaliżować w Polsce „trzecią władzę”, podporządkować rządowi „czwartą władzę” i jak szukać pieniędzy na korumpowanie społeczeństwa pod płaszczykiem wyrównywania nierówności społecznych i wprowadzania dobrej zmiany, Jarosław Kaczyński powinien przemóc w sobie brak ciekawości świata i pojechać do Budapesztu incognito by wsłuchać się tam w szum ulicy…
Byłem w stolicy Węgier kilka miesięcy temu. Lato jeszcze nie nabrało mocy, ale wieczory w Budapeszcie były ciepłe i sprzyjały spacerom, nawet jeśli o czasu do czasu ciągnęło chłodem od Dunaju. Oświetlone przęsła mostów rysowały się na tle ciemnego nieba, a po rzece, w której wodach odbijały się światła Góry Gellerta, sunęły płaskodenne spacerowe statki, z których dochodziła wesoła lub częściej smętna muzyka. Jeśli ruszy się spod – mówiąc zupełnie szczerze – brzydkiego przez swą nachalną dekoracyjność monumentalnego budynku parlamentu, można pójść w dół rzeki do mostu Małgorzaty a stamtąd na wyspę, gdzie jeszcze po północy toczy się beztroskie miejskie życie. Świat wygląda tam pogodnie i kolorowo. Idąc w przeciwną stronę, w górę rzeki, mija się wielkie nowe hotele i kawiarniane ogródki wypełnione kolorowym tłumem turystów i hipsterskiej młodzieży. Bulwar żyje, słychać gwar, śmiech i obce języki. Jednak po minięciu mostu linowego, pięknej żelaznej konstrukcji wzniesionej w drugiej połowie XIX wieku, świateł jest już o wiele mniej, a mrok staje się coraz bardziej nieprzenikliwy. Cóż, noc, więc Budapeszt śpi. Śpią także bezdomni na ławkach w parku, we wnękach witryn sklepowych, na schodach dworca kolejowego Keleti. Jest ich zdecydowanie więcej niż w innych stolicach europejskich. I nie są to uchodźcy z Syrii. Nie są to także, sądząc po zniszczonych i brudnych ubraniach, tamtejsi Cyganie. A więc nie są to „obcy” ale „swoi”.
W świetle dnia świat zawsze wygląda inaczej, zwłaszcza ci, którzy ten świat zaludniają. Nagle znikają gdzieś oazy rozgadanych turystów, a w ich miejsce pojawia się tłum smutnych szarych ludzi patrzących nieruchomym wzrokiem w przestrzeń – w dal, przed siebie, a może bardziej za siebie.
Z tym smutkiem w oczach będziemy się spotykać przez cały dzień.
U sprzedawcy w sklepie spożywczym, który woli siedzieć bezczynnie w kasie niż zetrzeć kurz z cieszących się mniejszym zainteresowaniem towarów. Pewnie wie, że wcześniej lub później także te przykurzone puszki i słoiki „zejdą”, jest ich bowiem nie za dużo i w ograniczonym wyborze. Smutek znajdziemy u współtowarzyszy podróży metrem lub tramwajem. Nie poruszy ich nawet nagłe pojawienie się dwu długonogich dziewczyn wyróżniających się odmiennością stroju – może nie kolorowych ale jednak z innej, weselszej bajki. Jednak i w nich, w tych młodych dziewczynach, nie ma radości, choć może nie ma zmęczenia widocznego u pozostałych pasażerów „dwójki” jadącej z łoskotem po torach ułożonych wzdłuż Dunaju. W tym rozklekotanym tramwaju przypomniały mi się czytane przypadkowo węgierskie statystyki dotyczących liczby popełnianych tam samobójstw, które zawsze były węgierskim problemem. A także opowieść Krzysztofa Vargi o tajemniczej mocy szlagieru znanego u nas pod tytułem „Ta ostatnia niedziela”.
Węgrzy słuchali go, a potem strzelali sobie w łeb lub wsadzali łby do piekarników kuchenek gazowych, aż wreszcie zauważono związek pomiędzy melodią i samobójstwami, i oficjalnie zakazano jej wykonywania. To było dawno, dawno temu, ale pomimo to, patrząc na jadących wraz ze mną, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że wśród nich są na pewno i tacy, którym życie wydaje się czymś beznadziejnym i całkowicie pozbawionym sensu, że gdyby im zagrać ten przedwojenny szlagier… Może dlatego nie zerkają na kolorowe dziewczyny, by nacieszyć oczy ich urodą i młodością lecz patrzą na świat przez brudne szyby tramwaju na sunącą bezszelestnie rzekę i gąszcz międzywojennych kamienic.
Tą samą „dwójką” można dojechać do Használticikkpiac, budapeszteńskiego targu staroci. Jeszcze kilkanaście lat temu można tam było bez trudu dogrzebać się do wielu pięknych przedmiotów – dotknąć ręką materialnych śladów świetności CK Monarchii.
Dziś jest to bazar nieużytecznych staroci, a w najlepszym wypadku rekwizytów do historycznych filmów rozgrywających się w czasach gulaszowego socjalizmu Kadara: emaliowane szyldy nieistniejących od ćwierćwiecza instytucji, niesprawne kuchenki gazowe, dziurawe firanki, krzesła bez jednej nogi, spłowiałe poduszki, sowieckie aparaty Zorka i czeskie Flexaret ze zmatowiałą optyką oraz pojedyncze naczynia, które przywędrowały tu po likwidacji mieszkania kogoś, kto umarł w nędzy i samotności. Zapewne, gdyby się ktoś bardzo postarał, z rozproszonych po bazarze fragmentów udałoby mu się złożyć, skręcić lub zlepić jakąś jedną czy drugą całość, tylko że była by to całość nie pasująca już do dzisiejszego świata.
Budapeszteński targ w niczym nie przypomina francuskich marché aux puces, małych i dużych pchlich targów, na których znaleść można pełne komplety srebrnych sztućców, od nożyków do ostryg po kapturki do gaszenia świec, obrusy z angielskim haftem bez jednej plamki po winie albo kryształowe i srebrne lichtarze zdolne oświetlić jakiś mieszczański séjour. Nie przypomina również biednego targu w Lizbonie, gdzie wśród różnych rupieci, niczym rodzynki w cieście, tkwią przedmioty świadczące o kolonialnej przeszłości Portugalii: afrykańskie drewno ujęte w formę mebli, korkowe kaski mające chronić przed słońcem albo cieniutka chińska porcelana z Makau.
To nie są nawet podwarszawskie Bronisze, gdzie handluje się podróbkami i odrestaurowanymi antykami pochodzącymi z szabru dokonanego po wojnie na Ziemiach Zachodnich lub resztki tego, czego nie zniszczyły kolejne wojny. Budapeszteński targ jest świadectwem chronicznej biedy. Stojąc tam wśród tych wszystkich gratów, stoi się twarzą w twarz z tymi 27 proc. Węgrów, którzy żyją dziś poniżej socjalnego minimum. To oni sprzedają tu garnki, do których nie mają co włożyć lub kupują by włożyć do nich swoją biedę.
Początek tej biedy zafundowali Węgrom socjaliści, ale pogłębił ją Viktor Orbán i jego skorumpowani koledzy partyjni. Tak, to prawda, że Orbánowi udało się ściągnąć zachodni kapitał w postaci kilku montowni samochodów, ale ten kapitał daje pracę tylko wybranym.
Gdyby Jarosław Kaczyński, który nigdy prawdziwej biedy nie zaznał, a pewnie nawet nie widział, dotknął jej własną ręką, to może postulat Budapesztu w Warszawie nie zabrzmiałby w jego ustach tak kategorycznie. Bo w tej deklaracji jest zapowiedź pomnożenia dzisiejszych polskich wykluczonych przynajmniej przez dwa.
Przedpołudniem, gdy na całym świecie gospodynie domowe robią codzienne zakupy, należy się wybrać do jednej z pięknych hal targowych zbudowanych na początku ubiegłego wieku.
To wtedy konstrukcje ze stali i szkła świętowały swoje wielkie dni; powstała wieża Effela, mosty w Porto i liczne dworce kolejowe Europy. To wtedy zadaszono opisane przez Waltera Benjamina paryskie pasaże. Oczywiście, najlepiej pójść do hali centralnej, nieopodal mostu łańcuchowego, jest największa i najpiękniejsza.
Na pierwszy rzut oka robi wrażenie żywej i rozgadanej. Sporo ludzi, ruch, stoiska pełne towarów, a z antresoli dolatują zapachy pikantnych węgierskich potraw. Pewnie smacznych, bo znalezienie wolnego miejsca przy długim barze lub krzesła przy stoliku jest sztuką albo świadectwem szczęścia. Dopiero po chwili można się zorientować, że na nieomal wszystkich straganach jest mniej więcej to samo: palinka w charakterystycznych wysokich, cienkich butelkach, przyprawy, głownie z czerwonej papryki i kilkanaście odmian salami z dwu różnych masarni.
By trzymać się faktów, trzeba do tego dodać jeszcze słoninę z papryką lub bez i kilka straganów z warzywami wśród których króluje oczywiście kolorowa papryka. Widać wyraźnie, że handlujący nastawieni są bardziej na obsługę turystów niż stałych mieszkańców stolicy, którzy zaopatrują się w znajdującej się w podziemiach hali jakiejś zagranicznej sieciówce – czyli tam, gdzie taniej.
Dziwić jednak musi, że żyjący z turystów są dla nich zdecydowanie nieuprzejmi i zniecierpliwieni, gdy się do nich zwracać w jakimś niezrozumiałym im języku. Śladu uśmiechu na ich twarzach i brak próby zrozumienia. Te twarze zdają się mówić: nie znasz węgierskiego, to się teraz męcz. Podobnie zachowuje się znacząca część budapeszteńskich kelnerów.
W knajpce polecanej przez Vargę, w której jest coś autentycznego, czuć klimat Budapesztu sprzed epoki fast foodu, kelner nasyciwszy się nieuctwem gości starających się rozszyfrować węgierską kartę dań, rzuca w końcu na stół menu w języku angielskim i znika. Stres rekompensuje z naddatkiem dobre, proste jedzenie i przyzwoite tanie wino, pozostaje jednak pytanie: skąd ten dystans w relacjach z cudzoziemcami, by nie powiedzieć dosadniej, skąd ta wrogość?
Socjolog powiedziałby pewnie, że to efekt niskiego poziomu kapitału społecznego i podparłby się odpowiednimi badaniami, które pokazują, że na Węgrzech jest on jeszcze niższy niż w Polsce. A u nas przecież do wysokich nie należy.
Ta nieufność nie tylko wobec obcego (Araba, Cygana, zagranicznego turysty…) dotyczy także „swoich” – ale inaczej myślących – i prowadzi do głębokich podziałów. Jest efektem uprawiania polityki, której celem jest władza maskująca się za rzekomym „dobrem narodu”, nie zaś środkiem do realizacji interesów społeczeństwa.
Pouczające jest zobaczenie z bliska, jak wygląda „szczęśliwy” naród. Trzeba się tylko wmieszać w anonimowy tłum, samemu, bez bodyguardów i orszaku usłużnych nawilżaczy.
Kazimierz Żórawski



Bolszewia zawsze wygląda jednakowo, jakkolwiek by się nie nazywała…
A korzystają inni
http://ruslan.pecado.pl/upload2/readfile.php?file=ruslan/tango.jpg
Mama zawsze mówiła mi, że skomponował to Jerzy Petersburski.
Bo i tak było. Tu jest ta piosenka węgierska
https://www.youtube.com/watch?v=55FP1LfkkVQ
Fakt, że trochę przypomina choć nie ma refrenu. Nie wiadomo dlaczego gazeta identyfikowała te utwory.
Ale to może być przykładem, że to samo gdzie indziej jednak nie znaczy to samo 🙂