Nie chciałbym wpaść w samozachwyt, jednak wydaje się, że jestem bliski „odkrycia Ameryki”.
Za kilka dni Biblioteka Narodowa ogłosi raport na temat czytelnictwa w naszym kraju. To, że pod tym względem wleczemy się w ogonie Europy wiadomo od dawna. Obecnie sięgnęliśmy dna. Najpierw spójrzmy na inne kraje.
Otóż 90% badanych w Szwecji i 86% w Holandii czyta przynajmniej jedną książkę w roku. Zaś pięć lub więcej książek rocznie czyta w Szwecji 65% badanych, w Holandii 52%, Danii 51%, Wielkiej Brytanii 52%.
Nie jest prawdą, że czytelnictwo książek wypierane jest przez nowe technologie. Poziom czytelnictwa jest często nawet wyższy w krajach, w których nowe technologie są bardziej dostępne i wykorzystywane. Rekordzistami są Czesi. Czytają najwięcej w Europie. Średnia liczba książek w czeskim domu to 246. Tylko 2 proc. Czechów nie ma w domu żadnej książki. Przeciętny Czech czyta średnio ponad 17 książek rocznie. Choćby po jedną książkę sięga i ją czyta 80 procent obywateli. Daje im to prymat na Starym Kontynencie.
W naszej zaś kochanej Ojczyźnie, w której tak głośno o tym jak Ją kochamy, zaledwie 37 proc. Polaków przeczytało w ubiegłym roku jedną książkę. W ten oto sposób dogoniliśmy grono światowych półanalfabetów.
Prawie 2,4 mln dorosłych Polaków czytanie książek uważa za stratę czasu. Z mieszkań zniknęły półki z książkami. Tych, którzy posiadają księgozbiór liczący więcej niż 500 pozycji, jest 2 procent.
I tak oto dochodzimy do konkluzji. Jakież to bowiem jest to moje odkrycie Ameryki ? A takie, że coś się tu układa logicznie. Coś kojarzy. Coś zaświtało.
Z aktualnego raportu Biblioteki Narodowej wynika, że w minionym roku ponad 20 proc. naszych rodaków nie miało w ręku żadnej książki. Natomiast 37 proc. miało w tym czasie zaledwie jedną książkę w ręku. Co zresztą wcale nie znaczy, że ją przeczytało. Dziwnym trafem na partię rządzącą głosowało prawie 20 proc. rodaków, zaś jedną książkę ręku, w całym ubiegłym roku, miało tylu Polaków, ilu dziś opowiada się za sprawującymi władzę.
Gra liczb. A być może nie jest to tylko przypadkowa zbieżność?
Jest to moje całkiem prywatne, autorskie odkrycie Ameryki !
Tylko ten kto czyta – nie błądzi! Niżej podpisany czyta i błądzi.
Jerzy Klechta


Panie Jerzy, może tak a może nie z tym odkryciem.
Najwięcej książek jest na półkach w domach starzejących się ludzi.
To te „socjalistyczne dinozaury” czytały na potęgę i zapełniały półeczki w ciasnych mieszkaniach, to ci ludzie i ich rodziny pożyczają książki z miejskich bibliotek i czytają, czytają, puki zdrowie czyli oczy pozwalają. Wiem bo to przerabiam…to jest ten elektorat..
Młodzi, to inny świat. Ich mediateki są w chmurze, za parę groszy mają dostęp do całego dorobku pisarskiego świata(!) we wszystkich językach i nie tylko książki. Używają czytników e- słuchają powieści i opowiadań w wersji MP3. Ktoś czyta a ja poznaję zawartość książki!
Czy to jest analfabetyzm? Chyba liczy się znajomość treści i wiedza na ten temat. Można stać w zatłoczonym metrze i słuchać (czytać raczej jest trudno) można każdego dnia spędzać czas w komunikacji publicznej jadąc do pracy i słuchać. Słuchać tego, czego ja nie miałem możliwości przeczytać dawniej z różnych powodów. Czy ta forma poznawania książek jest w czymkolwiek gorsza?
Sam posiadam kilkanaście giga literatury, tej do czytania i do słuchania. Odbiór to kwestia przyzwyczajenia. No i to pytanie, czy jestem jeszcze czytelnikiem? A może analfabetą co zapomniał znaczenia liter i woli słuchać?
Przestałem już załamywać ręce, na mnie też ciskano gromy jak byłem młody.. podobno za dużo czytałem a to osłabiało wzrok. Mało tego, czytałem rzeczy nieprawomyślne.. wszelkie.. od bachora.
Jeszcze nigdy w historii ludzkości człowiek nie posiadał dostępu do tak potężnej wiedzy jak obecnie, natychmiast, bez względu gdzie sie znajduje, jak wie gdzie szukać to ma natychmiast książki takie jakie go interesują!
Bibliotece Narodowej życzę aby szybko wszystko co ma zdigitalizowała i przestała biadolić.
Niech to co zarchiwizują dadzą ludziom do przeczytania. Szybko!!
Pewnych rzeczy nigdy bym nie przeczytał gdyby biblioteki zachowały tradycyjna formę udostępniania swoich księgozbiorów i nie tylko księgozbiorów.
Pozdrawiam serdecznie
Magog
@Magog, „od bachora” to ja od małego byłem Boticelli. Spod sennie opuszczonych powiek czytałem w „kasetce” (czyli pod ławką) różne książki, nałogowo i nie wiem od której klasy powszechniaka, aż do matury. Pamiętam, że kiedy jeszcze byłem solistą szkolnego chórku (taki chłopięcy, bardzo silny sopran), Pan od Muzyki wyciągnął mi spod ławki „Kult ciała” (Takie przedwojenne soft porno literackie). Jako że śpiewaliśmy bez nut zauważył, że nie patrzę na dyrygenta. (ci dyrygenci, to w ogóle osobny gatunek ssaka. Jak oni potrafią wyciągnąć z ostatniego rzędu chóru akurat tego nieszczęśnika co sfałszował? Widziałem to nieraz, jak śpiewałem w Filharmonii na Nowogrodzkiej, i za każdym razem przenikał mnie dreszcz strachu, choć miałem jeszcze parę lat do mutacji.)
> „za parę groszy mają dostęp do całego dorobku pisarskiego świata(!)”
Tylko do części, której nie obejmuje prawo autorskie. A i to niecałej.
Nawet gdyby dorzucić grosiwa, to nie ma się całego dorobku pisarskiego świata w wersji elektronicznej.
> „Ktoś czyta a ja poznaję zawartość książki! Czy to jest analfabetyzm? Chyba liczy się znajomość treści i wiedza na ten temat.”
Czy nie sprowadzasz książki do prostego streszczenia?
Nie chcę zupełnie krytykować — ja tak (tylko na dźwięk) biorę ostatnio filmy, ale też nie uważam, że to forma zastępująca kino…
Z audiobookami mam problem — czasem ucieka mi zdanie, czy akapit przez jakiś hałas, a potem trudno jest wrócić do przesłuchanej treści.
Wniosek dla mnie jest prosty — można w ten sposób odbierać część prozy, ale poezji bym już nie radził… Tak jak i prozy artystycznej (eksperyment myślowy: Ulisses w audibooku); podobnie jak nie radziłbym książek służących nauce, czy rozwojowi, gdzie liczą się notatki, gdzie czasem jeden akapit należy przeczytać wiele razy.
Tej krytyki nie adresuję do ebooków, z których namiętnie wręcz korzystam. Ale i tam bywa, że ustępują wygodzie książkom papierowym (zwłaszcza, gdy mamy schematy, czy opisy wymagające „gmerania” w tekście).
> „Jeszcze nigdy w historii ludzkości człowiek nie posiadał dostępu do tak potężnej wiedzy jak obecnie, natychmiast, bez względu gdzie sie znajduje, jak wie gdzie szukać to ma natychmiast książki takie jakie go interesują!”
Żeby posiadać dostęp potrzebny jest interfejs po obu stronach 🙂 W pewną wiedzę i umiejętności musi być wyposażony odbiorca. Z tego co widzę i słyszę, wielu młodych ludzi jest oduczonych do korzystania z książki.
@pak
Ach ta technika komputerowa, bylem jej podświadomym wrogiem choć czułem że bez tego nie ujadę daleko. I stało się, nie potrafię bez niej, a tak naprawdę to potrafię tylko wygodniej jest używać komputerka. Internet włazi pod strzechy..
Od pewnego czasu to co ma być pomocne do pracy i radochy zwyczajnie drukuję.. nawet w kolorze.
Nawet powiększyłem schowek do kopiowania, wszystko w nim mam, oczywiście trzeba czyścić albo zapisać w sztambuchu i potem drukować. Nie zrezygnowałem z książek bo to idiotyzm ale nie dziwi mnie postępowanie młodych. Kilka lat temu kończąca studia politechniczne kuzyneczka pomagała mi uładzić moje książkowe śmieciowisko. Brałem coś do ręki i pytałem. A TO czytałaś? Nie.. potem było NIE !! A potem rozpaczliwe, wujek! NIC z tego nie czytałam!! Roześmiałem się i powiedziałem, ale twoja biblioteka mi pasuje, po prostu kiedyś nadrobisz.. Jest młodym inżynierem sprawnym bardzo zawodowo, stale coś z matką pożyczają z biblioteki i czytają. Przestałem widzieć problem młodego pokolenia, za moich czasów nie wszyscy pochłaniali ksiązki, tak jak obecnie.
Nie byłbym taki pewien czy młodzież tak namiętnie słucha książek. W gronie moich znajomych, absolwentów warszawskich uczelni, ludzi dobijających 30-tki, poza mną tylko 1 osoba ma styczność z literaturą, czy to na papierze, czy czytniku, czy w słuchawkach.
Choć może się to wydawać niesamowite, ale taka jest prawda. Istnieje cała rzesza młodych ludzi z dużych miast, którzy w ogóle nie mają z „takimi rzeczami” styczności. A jeśli zastanawia się Pan co robią całymi dniami, to wystarczy podpatrzeć ich na Facebooku.
Kto czyta – wielbłądzi! Można jeszcze lamować, alpakować, guanakować, albo (małostkowo) wikuńjować. Bo to wszystko jedno stado. Co się bałwani w Polsce na wyżynach intelektu, a tam, w Południowej, w los Andos-Kordilieros.
Umberto Eco, w jednym ze swych uroczych felietonów serii „pisane na pudełkach od zapałek” (dawno – z pamięci – może nie całkiem tak)opowiada o swoich standardowych odpowiedziach na pytania ludzi, zdumionych widokiem jego zapchanych książkami ścian. Ciekawe, że pytanie brzmiało zawsze: Pan to wszystko przeczytał?
Nigdy nie pojawiło się inne sformułowanie, np. co to Panu dało, czy od tego stał się Pan mądrzejszy? Tak dominująca była niewiara, że można tyle przeczytać. A przecież tam na ścianach jednego pomieszczenia mogli ogarnąć wzrokiem ledwie 4000 książek. Co za czasów mojej młodości było zapewne normą przeczytanego dla większości 20-letnich, „czytających” (to było 2% chłopców i 10% dziewcząt) Polaków. Ten procent był i będzie istniał, niezależnie od rozpaczliwie marnych ofert wydawniczego rynku nowości, malejących nakładów (i wynagrodzeń twórców), a jednocześnie rosnących cen książek. Howgh!
@A. Goryński oj tam oj tam. zaraz 4000 albo i więcej..
Dziany był i do tego wykształciuch..
Dwa wydania Encyklopedii Britanniki i już było na co luknąc.
Zapewne miał też encyklopedie rodzime i trochę słowników a te prezentują się na półkach znakomicie, albumy też pięknie sie prezentują a ciekawy jestem czy dałby rade to zgromadzić w gomułkowskim M3.
Jak w banku nic nie przeczytał, bo kiedy by pisał?
Jednak to prawda, byt kształtuje coś tam..
Z (nie)czytaniem książek jest trochę tak jak ze słuchaniem muzyki.
Literatura zdigitalizowana nie zastąpi papierowej. Nie wierzę.
Podobne jest z muzyką na cd (dvd) lub dyskach, pendrivach, z netu on line itd.
Czy może coś zastąpić płytę winylową? W pięknych papierowych okładkach, które często były dziełami sztuki? Ja nawet pamiętam zapach tych nowiutkich płyt zachodnich w latach 60/70.
Odpowiedni format (tzw. long play) i pojemność (ok. 45-50 minut), ew. albumy kilkupłytowe. Z jakim nabożeństwem kładło się płytę na talerzu gramofonu (mówiło się adaptera). Najpierw strona A i potem strona B. Tak jak chciał autor. Pamiętało się długo co było na której stronie i w jakiej kolejności.
Czy może coś zastąpić pięknie wydaną książkę?
W twardych, zdobionych okładkach, też w odpowiednim formacie, też pachnące, na specjalnym papierze i z prawdziwym drukiem?
A przecież pamięta się również te książeczki z dzieciństwa, z bajkowymi ilustracjami (często wybitnych grafików), na lichym papierze i w miękkich okładkach, mocno podniszczone od częstego i niestarannego przeglądania.
Nie, nic tego nie zastąpi, żadne tam e-booki.
Nie, nic tego nie zastąpi, żadne tam e-booki.
… a ha,
niezapomniane telegramy okolicznościowe – posłańcem na ozdobnym papierze, cudowne trzaski wydostające się z gramofonu Bambino albo
MrHit-a z porysowanej równo płyty winylowej, cudowny zapach farby z nowej książki przy której czytaniu oczy bolały, bo papier był dd i krawędzie literek były rozmazane, ale to pod lupą 10x no i ta duma rozpierająca właściciela, mam!
A czym dziś można się chwalić? Zaliczyłem i mam w głowie?
Mam metr czarnej płyty na półce a sprzęt taki aby nic nie zarysować i słucham z połowicą rzadko, przychodzą znajomi muzycy mają to samo co ja ale już cyfrowe, zachwycamy się podobnie.
Na tematy zawodowe nie gadamy chyba że ploteczki. Książki mam w dwóch szeregach, już nie wiem co mam i gdzie, bo pamięć nie ta, mam płyty CD i najlepsze nagrania jakie można było zdobyć ale odsłuchanie ich to czas którego mi już braknie, odpalam internet i mam wszystko co mam w jakości o jakiej marzyłem od dziecka. I to jest ta różnica, to co gromadziłem latami jest dostępne na kliknięcie. Zazdroszczą młodym, mają „puste” ściany w swoich mieszkaniach i wszystko w chmurze której się obawiam i mam własną na półeczce.. co młodych nie dziwi, wiadomo staruch..
Ale sentyment do lampy naftowej mam w dalszym ciągu, ten półmrok, ten zapaszek.. to czyszczenie z sadzy… eech.
@jmp eip jak słyszę te bzdury o zaniku czytelnictwa i tegoż następstwach to zaraz przypomina mi się Ćwierczakiewiczowa, która po wprowadzeniu do domów tzw. kuchni angielskiej twierdziła (i to na piśmie), że na takiej kuchni rosołu nie da się ugotować w żaden sposób. Tylko kuchnia „do ognia” może być prawdziwą kuchnią.
Niech pan jeszcze raz przeczyta to co pan napisał 🙂
Ja się jestem pod tym gotów podpisać, bo mam tak jak pan, ale biorąc rzecz na spokojne – to są tylko nasze emocje, nic więcej.
Książka to przede wszystkim informacja, reszta to ozdobniki, które myśmy wznieśli do rzędu odrębnych wartości.
A te – jak można zauważyć, dają się łatwo zastąpić innymi.
Pozostaje informacja, którą dziś czerpie się w rozmaity sposób, a jej wartość pozostaje taka sama. Czym różni się książka od Radia Maryja? Niczym, jeśli napisze ją występujący tak Nowak, bo przekaże te same treści, estetykę i sposób rozumowania. A zrobi to szybciej.
Tempo życia wymusza korzystanie z innych nośników informacji, nawet nie z e booków.
W sumie takie popłakiwanie ma dowartościować niedocenionych geniuszy, którzy usilnie poszukują znamion własnej domniemanej wielkości. Ja to rozumiem, nikt nie lubi być byle jaki. Nawet gdy jest.
Ale robić z tego problem światowy?