Jerzy Łukaszewski: Miłość niejedno ma imię

holota32016-03-31.

Czasem bywa bolesna, o czym ponoć przekonała się małpa całując jeża.

W starej radzieckiej anegdotce dieduszka kołchoźnik siedział raz prelekcji prowadzonej przez przysłanego z RewKomu agitatora i napawał się naukowym podejściem do tematu.

Prelegent tłumaczył, że są na świecie cztery rodzaje miłości.

  1. Miłość kobiety i mężczyzny, znana na całym świecie.
  2. Miłość niewystępująca w socstranach, a jedynie w kapstranach – mężczyzny i mężczyzny.
  3. Ta, która oprócz Nadii Pietrowny i Anny Pawłowny w socstranach nie występuje, a za to w kapstranach ojojojoj…. jakże często – miłość kobiety i kobiety.
  4. Ta, która w kapstranach nigdy i nigdzie nie występuje, za to w socstranach często, a już szczególnie w Związku Radzieckim – miłość partii i narodu!

Podrapawszy się po łepetynie dieduszka odważył się zadać pytanie świadczące o głębokim zrozumieniu problemu:

– Wybaczcie, towarzyszu, ale w tej czwartej formie miłości, to kto kogo… ?

Te czasy dawno przeminęły, a temat miłości wciąż jest aktualny. Na szczęście.

Nie da się ukryć, ze w naszej odzyskanej Ojczyźnie też kwitnie pewien szczególny rodzaj miłości – chrześcijańska miłość bliźniego.

Jest ona na tyle oryginalna, że osobom niewprawionym może wydać się czasem wynaturzona, ale tak mogą pomyśleć jedynie ludzie niezdolni do zgłębienia tajemnic teologii, no takie tam odpadki z naszego kulturowego, za przeproszeniem, kręgu.

Z obowiązków zawodowych musiałem ostatnio przybliżyć sobie postać św. Jozafata Kuncewicza, pierwszego świętego unickiego, w przekazie oficjalnym  męczennika za wiarę, patrona Rusi (w wersji katolickiej), postać niezwykle ciekawą i niejednoznaczną.

Właśnie dlatego ciekawą, bo – wydawałoby się – kto jak kto, ale święty powinien raczej prezentować się w sposób niebudzący wątpliwości niczyich, niezależnie od naszego stosunku do religii jako takiej.

Tymczasem bp Jozafat (onże Jan Kunczyc) ma w swojej biografii karty, które dziś moglibyśmy odczytywać niekoniecznie pozytywnie. Podkreślam „dziś”, ponieważ jest rzeczą oczywistą, że nasza współczesna wrażliwość różni się dość znacznie od wrażliwości ludzi sprzed wieków.

Sama unia brzeska do dziś jest tematem budzącym kontrowersje i łatwo narazić się na zarzut obrazy czyichś uczuć religijnych mówiąc, iż jest tworem sztucznym, z samą wyznawaną wiarą nie mającym nic wspólnego, a będącym emanacją zygmuntowskich dążeń dynastycznych, w których to dążeniach miało mu pomóc ujednolicenie państwa pod względem wyznaniowym. Zamysł o tyle ryzykowny, że w tamtym czasie Polaków było w Rzeczpospolitej ok. 40%, a i to nie wszyscy byli katolikami.

Same warunki unii zaakceptowane przez papieża mówią o tym, że i jemu niekoniecznie o sprawy religijne chodziło. Zaakceptował bowiem wszystko – i liturgię wschodnią i obyczaje wraz z wyświęcaniem żonatych itd. pod jednym jedynym warunkiem – podległości papieżowi.

Dziś, po 400 latach z okładem rzeczywiście można sprawić przykrość unicie mówiąc takie rzeczy.

Wtedy jednak było nieco inaczej.

Narzucone odgórnie wyznanie po 1596 roku  spotkało się z oporem takiej liczby mieszkańców Rzeczpospolitej, że potrzebne były nadzwyczajne środki, by ów chory zamysł przeprowadzić do końca.

Jednym z najaktywniejszych  wdrażaczy unii był właśnie wspomniany Jozafat Kuncewicz. Błyskawiczna kariera – w 9 lat od księdza do biskupa (a wcześniej przełożonego klasztoru bazyliańskiego) nie zdarza się zbyt często.

Wdrażanie rozumiał dość dosłownie objeżdżając teren i siłą zmuszając ludzi do zmiany wyznania. W tym celu wykorzystywał wojsko, którego tradycyjnie brakowało w różnych potrzebach wojennych, ale na taki cel oczywiście musiało się znaleźć.

Zdarzało mu się burzyć cerkwie, wypędzać z domów prawosławnych księży i wiele jeszcze rzeczy, które dziś niekoniecznie byśmy pochwalali.

Wtedy także nie wszyscy byli zachwyceni jego poczynaniami.

Jego własny przyjaciel i zwolennik unii kościelnej – Lew Sapieha pisał do niego prosząc o opamiętanie w szlachetnym zapale, by „nie przysporzyć krajowi kłopotów”.

Kuncewicz odpisał, że „… dla politycznych widoków nie należy zdradzać religii i Kościoła”.

Deklaracja tyleż jasna co nierozsądna i nie odznaczająca się wyobraźnią. Aby bowiem wyznawać jakąkolwiek religię, trzeba mieć gdzie to robić, a więc – na zdrowy rozum – państwo powinno być dla Kościoła sprawą najwyższej wagi i wielkiej troski. Tu zaś mieliśmy do czynienia z człowiekiem ewidentnie prowokującym masy ludności do występowania przeciw temu państwu, skoro ono firmowało gnębienie ich przez ewangelizującego wschód nadgorliwca.

Sapieha też chyba tak to rozumiał, bo w kolejnym piśmie oskarżył Kuncewicza o narażanie Ojczyzny na niebezpieczeństwo. Ludność zbuntowana (w pewnym momencie zbuntowały się przeciw Kuncewiczowi WSZYSTKIE parafie w jego archidiecezji), niektórzy zaczynają oglądać się na Moskwę w poszukiwaniu ratunku, a prywatne dotychczas awantury kozackich watażków zyskują nagle ideologiczny sztandar, co zmienia wszystko we wzajemnych stosunkach.

W 1623 roku w liście do króla szlachta z terenów dzisiejszej Białorusi oskarża Kuncewicza o niszczenie cerkwi, profanację zwłok na niszczonych przez niego prawosławnych cmentarzach.

Tymczasem Jozafat odpisuje Sapieże: „ – Prawda, że pokój jest dobry, ale ten, który dał nam Chrystus, nie zaś ów pokój, o którym mówił „…Nie sądźcie, że przyszedłem nieść pokój po ziemi. Nie przyszedłem nieść pokoju, lecz miecz.  Przyszedłem bowiem przeciwstawić syna jego ojcu, a córkę jej matce, a synową jej teściowej…” (Mateusz, 10,34-42. 11,1).
Jaka zgoda może być między Chrystusem a Belialem? Między katolikami, a synami schizmy i herezji? Cóż to za pokój gdy z obrazą Boga uczyniony?”

Przy najlepszych chęciach trudno uznać to za coś innego, jak manifest wojny religijnej. Tej, której Rzeczpospolita unikała świadoma wypadków dziejących się poza naszymi granicami, we własnym dobrze pojętym interesie, na co mamy świadectwo w akcie konfederacji warszawskiej z 1573 roku.

To, że król Zygmunt II wspierał tę działalność – można zrozumieć. Miał w tym swój interes własny, a że nie był on zbieżny z interesem państwa to mieliśmy co mieliśmy. Dla własnych chorych mrzonek władca sprzymierzył się z siłami, które wprost i bez ogródek deklarowały désintéressement sprawami bezpieczeństwa kraju.

Nie on jeden, niestety, to się niektórym zdarza.

W końcu któraś kropla przelała dzban i Kuncewicza zamordowano w Witebsku. Okrutnie, w sposób budzący grozę, ale dający pojęcie o skali nienawiści jaką na siebie ściągnął.

Dość szybko został błogosławionym, po dłuższym czasie świętym i patronem Rusi.

Niejeden to święty, do którego postępków za życia można mieć zastrzeżenia, ale procesy kanonizacyjne kiedyś (a może i dziś) mają swoją logikę, nieco odmienną od tej, jaką posługują się zwykli zjadacze chleba. Miały też zazwyczaj drugie, niekonieczne religijne tło.

Papież Jan Paweł II nazwał go „apostołem pojednania”.

Bez komentarza.

Mając tak szczytne wzorce trudno dziwić się Kościołowi współczesnemu, że postępuje jak postępuje i jego stosunkowi do państwa.

Można zredukować listę świętych pańskich argumentując, że ich hagiografia zbudowana jest bardziej na legendzie, niż prawdzie historycznej (tak zrobiono z moim patronem, czego im nie wybaczę!), trudniej to zrobić argumentując, że prawda historyczna odbiega nieco od oficjalnie głoszonej wersji.

Miłość bliźniego też podlega polityce historycznej.

Czasami efekty bywają zdumiewające. Św. Andrzej Bobola działający w tym samym mniej więcej czasie, choć nie mający na sumieniu wyczynów Jozafata Kuncewicza, w latach II Rzeczpospolitej został pośmiertnie odznaczony… Krzyżem Niepodległości, przyznawanym za walkę o niepodległość. Sam by się pewnie zdziwił.

To już nieomal anegdota, choć akurat historyczna prawda.

A my możemy  się jedynie dziwić, że małpę wciąż coś ciągnie do jeża, n’est-ce pas?

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

5 komentarzy

  1. Obirek 2016-04-01
  2. Ernest Skalski 2016-04-01
  3. j.Luk 2016-04-01
  4. j.Luk 2016-04-01
  5. pablobodek 2016-04-01
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com