Marcin Makowiecki: Mówić głośno, bez obaw

wies2016-05-01.

[dropcap]R[/dropcap]olnicy, ale także przedsiębiorcy pracujący w przemyśle spożywczym, handlu, usługach i inni mieszkańcy wsi nie zdają sobie sprawy jaką cenę zapłacą za „dobre zmiany” wprowadzone i planowane przez Prawo i Sprawiedliwość.

A Jarosław Kaczyński już zapowiada dalsze kroki : „musimy iść do przodu, jeszcze przyspieszyć, musimy uruchamiać kolejne projekty”(w wywiadzie dla tygodnika „wSieci”, 18 kwietnia br.).

Dla rolnictwa fundamentalne znaczenie ma nowa ustawa wstrzymująca sprzedaż nieruchomości rolnych skarbu państwa i zmieniająca także inne przepisy o gospodarce ziemią, w tym prywatną. Jak wiadomo, przestał już obowiązywać, wynegocjowany w traktacie o wejściu Polski do UE, 12-letni okres ochrony naszych gruntów rolnych przed zakupem przez cudzoziemców. Przyjęta obecnie ustawa wstrzymuje na dalsze 5 lat sprzedaż państwowych nieruchomości rolnych. Według intencji ustawodawców, zakaz ten ma wzmocnić „ochronę ziemi rolniczej przed spekulacyjnym wykupem przez podmioty krajowe i zagraniczne (osoby fizyczne i prawne)”.

Cudzoziemcy nie kupią polskiej ziemi rolnej, ale ograniczenia dotkną też polskich rolników. Podstawową formą wykorzystania ziemi państwowej, którą dysponuje Agencja Nieruchomości Rolnych (dawniej nosiła nazwę Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa) mają być dzierżawy. Dotychczas polscy rolnicy mogli kupować od niej ziemię i powiększać swoje gospodarstwa. Od początku działalności do 2014r. agencja sprzedała ponad 2,6 mln hektarów. Zawarto 292 tysiące umów, w tym 97 proc. z rolnikami. Teraz to się kończy – PiS broni w ten sposób polskiej ziemi przed Polakami. Ale w nowych, zaostrzonych przepisach jest jeden wyjątek. Parlament, na wniosek PiS, umożliwił nabywanie gruntów rolnych kościołom i związkom wyznaniowym. Kościół katolicki, według nieoficjalnych danych, już posiada 160 tys. hektarów. Będzie mógł dalej powiększać swój majątek.

A cudzoziemcy, których PiS tak się boi?

Ziemię rolną mogą kupować w Polsce po uzyskaniu specjalnego zezwolenia. Zakaz zapisany w traktacie działał skutecznie, o czym świadczą m.in. dane MSWiA z ostatnich lat. W 2013 r. cudzoziemcy nabyli 573 ha, w 2014 r. 766 ha, a w 2015 r. 253 ha ziemi rolnej. Obcokrajowcy mogą jednak, również za zgodą polskich władz, nabywać udziały i akcje spółek posiadających nieruchomości gruntowe, w tym rolne i leśne. W latach 1996-2014 w ten sposób pod kontrolą zagranicznych udziałowców znalazło się 56,3 tys. ha (dane IERiGŻ), a w roku ubiegłym dodatkowo 9,7 tys. ha.

Czy oprócz tego dokonywano transakcji nielegalnych ? PiS twierdzi, że tak – wykorzystując tzw. słupy. Oszustwa, jeśli były, powinny być ukarane, to jasne. Ale trzeba zapytać, czy w tym celu należało sięgnąć do najcięższych środków: przepisów naruszających ustrój rolny? Tym bardziej, że rynek ziemi ma swoją, wyjątkową specyfikę.

Ziemia rolnicza w Polsce nie jest już tania i jej ewentualne kupno tak atrakcyjne i opłacalne jak na początku transformacji.

W 2014 r. na rynku prywatnym cena wynosiła średnio 7722 euro za hektar (a z udziałem ANR 6115 euro). Najdrożej w grupie krajów przyjętych do UE po 2004 r. Ceny ziemi na polskim rynku systematycznie rosną od wejścia do Unii. Popyt na ziemię jest duży, a podaż nie zaspokaja potrzeb rolników, którzy chcą powiększyć gospodarstwa.

Nowa ustawa nie będzie dobrze służyć polskiemu rolnictwu. Zakaz sprzedaży gruntów państwowych (ANR ma jeszcze w dyspozycji około 1,5 mln hektarów) utrudni poprawę struktury gospodarstw chłopskich. Rozdrobnienie agrarne – duża liczba gospodarstw, słabo wyposażonych, o małych możliwościach inwestowania, z liczną siłą roboczą osiągającą niewielkie dochody – to ciągle podstawowy problem polskiego rolnictwa. Z licznych analiz naukowych wynika, że strukturę agrarną mogłoby poprawić zintensyfikowanie rynkowego, a więc wolnego, obrotu ziemią z wykorzystaniem do tego gruntów państwowych. Drugim warunkiem jest stworzenie w ciągu kilkunastu lat około 1,5 miliona nowych miejsc pracy poza rolnictwem dla odchodzących z gospodarstw.

Zmiany struktury agrarnej z natury rzeczy następują powoli. Dziś gospodarstw większych, tzw. rozwojowych jest około 300 tysięcy (przy ogólnej ich liczbie około 1,5 miliona). To prawda, że są one największymi dostawcami produktów rolnych na rynek, podstawą zaopatrzenia przetwórstwa spożywczego i eksportu, ale chodzi o to, aby było ich więcej.

Pisowska ustawa nie ma jednak takiego celu.

Przeciwnie, przede wszystkim wzmacnia rolę państwa i tworzy wiele ograniczeń na rynku ziemi. Na przykład ANR może w wielu sytuacjach korzystać z prawa pierwokupu. Utrudnia się dostęp do zawodu rolnika, ziemię może kupić tylko osoba legitymująca się wykształceniem rolniczym (jak w PRL). Dla kupujących ziemię nieprzekraczalną granicą jest 300 ha. Powyżej każda transakcja będzie uznana za nielegalną.

Istnieje wiele wątpliwości czy ta ustawa jest zgodna z konstytucją. Zastrzeżenia mogą dotyczyć np. ingerencji w prywatny obrót ziemią, łącznie z prawem dziedziczenia. Przyjęta zasada, że nabywca musi mieszkać przez co najmniej 5 lat w tej gminie gdzie jest ziemia, którą chce kupić, narusza konstytucyjną swobodę wyboru miejsca zamieszkania. Zakaz sprzedaży lub dzierżawy nabytej ziemi przez 10 lat może ograniczać konstytucyjne prawa własności i wolności gospodarczej. Krytyka i wnioski opozycji zostały jednak przez parlament odrzucone. PO i .Nowoczesna zapowiedziały, że złożą skargę do Trybunału Konstytucyjnego. Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar krytykował projekt ustawy jeszcze przed jej uchwaleniem. Mimo wielu zastrzeżeń ustawa została przyjęta 14 kwietnia br. i prezydent ją podpisał.

Ustawa o ziemi ingeruje w podstawy ustrojowe rolnictwa. Ale są także inne projekty lub podjęte decyzje, które mogą być szkodliwe dla wsi.

Czystka w agencjach rolnych (ARiMR, ARR i ANR) już spowodowała kłopoty. Np. rolnicy nie dostają w takich terminach jak w poprzednich latach dopłat bezpośrednich. Nowe władze przede wszystkim załatwiały bowiem sprawy kadrowe – zwalniały fachowców, aby zrobić miejsce dla swoich. Odwet, zgodny z zasadą TKM, ma nieraz tak karykaturalną formę, jak np. w stadninach koni arabskich w Janowie Podlaskim i Michałowie.

Może być zagrożone pełne wykorzystanie wynegocjowanych przez rząd PO-PSL unijnych funduszy przeznaczonych dla obszarów wiejskich. Przypomnijmy, że w ubiegłych latach nasza wieś i gospodarka żywnościowa bardzo efektywnie wykorzystywały unijne dotacje. Stworzony system organizacyjny działał sprawnie, choć na początku nie uniknięto kłopotów i wpadek. Od 2002 do 2013 r. na wszystkie programy pomocy dla rolnictwa i wsi, finansowane przez UE i współfinansowane z budżetu krajowego, wydano 171 mld zł. Najwięcej (55 proc.) na dopłaty bezpośrednie, których stawka w 2010 r. została zrównana ze średnią w UE-15.

Można mieć jednak zastrzeżenia dotyczące kierunków wykorzystania dotacji unijnych: ile na cele socjalne a ile na modernizację produkcji i gospodarstw. Dylemat, przed którym stały ówczesne władze pozostaje nierozstrzygnięty. W obecnej perspektywie finansowej (lata 2014-2020) na potrzeby sektora rolno-spożywczego przewidziano z budżetu UE ponad 32 mld euro.

Trzeba w tym miejscu koniecznie przypomnieć (bo PiS i jego zwolennicy tego nie doceniają), że polska wieś i gospodarka żywnościowa już od początku transformacji ustrojowej korzystała ze specjalnej pomocy UE. Przełomowym, najważniejszym momentem było wejście do Unii w 2004 r., co oznaczało przyjęcie obowiązujących w niej zasad i praw, ale także możliwość korzystania ze wspólnej polityki rolnej i funduszy pomocowych. Bardzo ważne było także otwarcie dla naszych produktów rolno-spożywczych wielkiego rynku unijnego, liczącego 500 mln mieszkańców.

Polacy w referendum zaakceptowali akcesję, a na wsi w miarę upływu czasu liczba jej zwolenników bardzo wzrosła.

Na tym tle obawy wzbudzają nowe, zapowiadane zmiany podziału administracyjnego niektórych województw (choć ostatnio temat „zszedł” z pierwszych stron gazet). Jeśli jednak tak się stanie, to od nowa trzeba by negocjować z UE przyznane już dotacje. W obecnej sytuacji trudno liczyć na szczególną życzliwość unijnych decydentów, którzy łatwo odczytają polityczne powody takich propozycji. Jesteśmy prawie na półmetku obecnej perspektywy budżetowej UE i niedługo przeprowadzony będzie audyt dotyczący realizacji tych programów.

Od tego jak nas ocenią zależy w dużym stopniu dalsze finansowanie. Dla regionów wiejskich, w tym także najuboższych, jest to sprawa podstawowa – warunek rozwoju i modernizacji rolnictwa i przemysłu spożywczego oraz poprawy infrastruktury społecznej i technicznej.

Polem konfliktu wywołanego przez PiS jest również poselski projekt ustawy o elektrowniach wiatrowych. Proponowane zmiany (w tym najważniejsza ustalająca minimalną odległość budowanej instalacji od domów mieszkalnych) w praktyce, zdaniem przedstawicieli branży, uniemożliwią budowę nowych wiatraków. Jest czego się obawiać. Aby spełnić unijne wymagania, w 2020 r. ponad 15 proc. energii elektrycznej powinno pochodzić ze źródeł odnawialnych. Do tego mają przyczynić się właśnie elektrownie wiatrowe.

Dotychczasowa polityka sprzyjała tej branży. W Polsce pracuje już około 3 tys. wiatraków w 1,5 tys. gmin (mają z tego lokalne podatki). Branża zatrudnia w sumie kilkadziesiąt tysięcy osób. Obecna moc energetyki wiatrowej to 5,4 tys. MW, tyle ile ma nasza największa elektrownia Bełchatów. W kręgach politycznych można usłyszeć, że czerwone światło dla zielonej energetyki to efekt konkurencji : polska produkcja energii ma opierać się na węglu.

Jeszcze jedna drażliwa sprawa.

Przygotowywany tzw. podatek handlowy prawdopodobnie bardziej uderzy w małe sklepy wiejskie niż zagrozi domniemanym spekulacjom w dużych sieciach zagranicznych. One potrafią przerzucić podwyższone koszty na dostawców, a więc na rolników i producentów artykułów żywnościowych.

Te przykłady wystarczą, aby zapytać dlaczego podejmowane są decyzje, które tak bardzo mogą szkodzić wsi. Przecież głosy jej mieszkańców zadecydowały w dużym stopniu o zwycięstwie PiS w wyborach 2015 r. Czy głosując nie wiedzieli jakie są rzeczywiste zamiary tej partii?

Minister Krzysztof Jurgiel już nie ukrywa swoich poglądów, z których czerpie zapał do zmian.

Jakie ma wykonać zadania, pokazuje surowa ocena dotychczasowej polskiej polityki rolnej w sygnowanym przez niego programie działania (z grudnia 2015 r.). Czytamy w nim:

„Bilans rządów PO-PSL w odniesieniu do rolnictwa i polskiej wsi można sprowadzić do kilku lapidarnych określeń: nieudolność, nieskuteczność, opieszałość, brak działań wyprzedzających, arogancja wobec organizacji rolniczych. Polityce rolnej brakowało spójności, cechowała ją fragmentaryczność działań, a nade wszystko- bierność podszyta brakiem kompetencji. Nic dziwnego, ze obecnie w wielu dziedzinach życia na wsi mamy do czynienia z trudną sytuacją. Opóźnione działania, brak reakcji rządu PO-PSL doprowadziły do destabilizacji na podstawowych rynkach w Polsce.(…) Pod rządami PO-PSL dopuszczono do niekontrolowanej sprzedaży ziemi cudzoziemcom, spekulacji gruntami.(…) Polska weszła do UE na niekorzystnych, nierównych zasadach, które spowodowały wprowadzenie niższych, dyskryminacyjnych stawek dopłat bezpośrednich. Rząd PO-PSL nie wykazał się aktywnością, niezbędną by zmienić ten stan rzeczy. Negocjacje dotyczące WPR na lata 2014-2020 okazały się porażką dla naszego rolnictwa”.

Trudno nawet polemizować z tak kuriozalną oceną, wyrażoną w typowym dla PiS języku, a przede wszystkim pomijającą powszechnie znane fakty i jednostronnie podporządkowaną celom politycznym, a być może także osobistym. K. Jurgiel bardzo nie lubi swoich poprzedników. W jego programie czytamy, że „ministrowie Marek Sawicki i Stanisław Kalemba w znacznej mierze osobiście są odpowiedzialni za regres w niemal wszystkich branżach produkcji rolniczej, obniżenie konkurencyjności naszych gospodarstw, pogorszenie dochodowości rodzin rolniczych”. Jednym słowem za wszystko.

Nikt nie twierdzi, że na wsi, w rolnictwie i przemyśle żywnościowym wszystko działa jak w dobrze wyregulowanym zegarku. Są kłopoty, trudności i porażki spowodowane różnymi okolicznościami, np. embargiem Rosji na naszą żywność, wahaniami cen rolnych na rynku światowym, niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi, błędnymi decyzjami itp.

Ale każdy kto analizuje przeszłość i teraźniejszość sektora rolno-żywnościowego w Polsce docenia jego osiągnięcia. Wzrosła produkcja żywności, powstała grupa silnych nowoczesnych gospodarstw, zmodernizowany został przemysł żywnościowy, rozwinął się eksport produktów spożywczych. Od 2004 r. Polska ma dodatnie, rosnące saldo handlu zagranicznego żywnością. W 2015 r. nadwyżka eksportu nad importem żywności osiągnęła rekordowe 7,7 mld euro.

Możemy więc cieszyć się z tych osiągnięć, ale nie można zapominać o różnych zagrożeniach bezpieczeństwa żywnościowego, które musi być przedmiotem stałej troski w polityce rolnej. Ma ona rozwiązywać problemy lokalne, krajowe uwzględniając także wpływ sytuacji globalnej. Na wyzwania te musi odpowiadać istniejący od dawna program rozwoju obszarów wiejskich, oparty o zasady wolnorynkowe z ograniczoną interwencją państwa, który może być realizowany tylko przy wsparciu funduszy UE.

Oczywiście, jeżeli nie utrudnią tego politycy rządzącej dziś partii, czego po doświadczeniach ostatnich miesięcy można się bardzo obawiać.

Tym bardziej, że wykorzystują oni do swoich doraźnych politycznych planów zmienne nastroje społeczne. Na przykład sytuację biedniejszych mieszkańców wsi, zwłaszcza w rejonach zaniedbanych i niedoinwestowanych, którzy mają powody do niezadowolenia ze swojego losu. Uwierzyli oni, bardzo często, że PiS im pomoże, bo tak obiecywało w kampanii wyborczej. Nie zdają sobie jednak sprawy, że partia ta nie może zrobić więcej niż tyle ile zostało zawarte w dotychczas opracowanych i przyjętych do realizacji państwowych programach dla wsi i gospodarki żywnościowej, obejmujących także tzw. obszary problemowe. W planach ambitnych, ale uwzględniających realnie istniejące warunki i możliwości. Na tym tle program PiS dla wsi to raczej słowa, spis „pobożnych życzeń”.

Obiecywanej rewolucji nie będzie, bo w rolnictwie i gospodarce żywnościowej, na wsi zmiany strukturalne i modernizacyjne następują powoli. Dlatego trzeba je wspierać bardzo konsekwentnie, a przede wszystkim nie przeszkadzać. Ale PiS nadal opiera poparcie dla swojej polityki na haśle „dobrej zmiany”, która ma być szczególnym programem naprawczym dla wsi. Minister rolnictwa neguje przy tym dorobek gospodarczy, społeczny i koncepcyjny osiągnięty po 1990 r., a także korzyści z integracji z UE.

Pomaga w tym propaganda rządowych, „narodowych” mediów – telewizji i radia, najpowszechniej dostępnych na obszarach wiejskich. Ich dominacja powoduje, że do tamtejszych środowisk mniej dociera prawdziwych informacji o konsekwencjach rządów PiS. Trzeba je jednak ukazywać szerzej, zanim będzie za późno. Taką rolę, poza niezależnymi mediami, mógłby spełniać tylko ruch obywatelski podobny do KOD, który umiał by dotrzeć do mieszkańców wsi i ostrzegać przed demagogią partii Jarosława Kaczyńskiego. Jednak, ze względu na specyfikę środowiskową, formy jego działania musiałyby być inne niż w miastach.

Są na to szanse, bo dzisiejsza wieś jest inna niż przed laty, zmieniła się na korzyść. Mieszkańcy wsi są coraz lepiej wykształceni, są zaradni, mają stały kontakt z innymi środowiskami, ze światem, m.in. dzięki podróżom i pracy zagranicą, a także Internetowi. Używając terminologii socjologicznej, można stwierdzić, że poprawił się poziom kapitału społecznego oraz sieć instytucji i organizacji, które mogą działać, być może wspólnie, w interesie wsi. Nie chodzi jednak tym razem o partie polityczne ani o oficjalne organy administracji rządowej.

Namawiam, aby wzięły się za to organizacje zawodowe i społeczne działające w tym środowisku. Są ich dziesiątki: związki branżowe zrzeszające rolników i producentów różnych artykułów rolnych i spożywczych, organizacje reprezentujące samorządy gmin i powiatów, a także sołtysów, ochotnicze straże pożarne, koła gospodyń wiejskich i wiele innych, mających możliwości dotarcia z informacją do mieszkańców wsi i małych miejscowości. Są także ogólnopolskie organizacje zawodowe o dużym prestiżu i znaczeniu, np. stowarzyszenia inżynierów i techników – SITR i SITSpoż, fundacje, ośrodki naukowe, albo bardzo ważny, o dużym autorytecie komitet rolnictwa i przemysłu spożywczego Krajowej Izby Gospodarczej. Przepraszam, jeżeli kogoś pominąłem.

Wiele z tych organizacji potrafi ocenić (i często już to robi) obecną sytuację na wsi i w produkcji i sformułować ostrzegawcze prognozy oraz wnioski. Chodzi o to, aby ich potencjał wykorzystać, bo już widać, że „dobra zmiana” wcale dla wsi dobra nie będzie. Potrzebna jest nie tylko krytyczna recenzja działań PiS, ale najlepiej jakaś forma porozumienia i skoordynowanego działania tych instytucji, które mogą i zechcą wystąpić w obronie interesów wsi, rolnictwa oraz całej gospodarki żywnościowej i przerwać proces destrukcji. Jest o co walczyć. Takie nastały czasy, że trzeba wzywać do oporu. Miejmy nadzieję, że nie będzie to nowa „najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”.

Na zakończenie proponuję lekturę bardzo dziś aktualnych słów ks. Józefa Tischnera (z książki pt. Myśli o wolności, władzy i wspólnocie, wyd. Znak, 2016 r.) :

Najbardziej niebezpieczny w życiu społecznym jest człowiek, który wpada do zimnej wody i nie zauważa, że jest zimno, albo wpada pod pociąg, a zdaje mu się, że jest pod ciepłą pierzyną. Dla takich ludzi propaganda i puste słowa są ważniejsze od tego, co widzą wokół siebie.

Marcin Makowiecki

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com