Andrzej Lewandowski: Gramy dalej!4 min czytania

()

legia lech2016-05-03.

ECHA WYDARZEŃ: Legia sprawiła sobie prezent. Sobie, sympatykom, historii sportu. Piłkarskim Pucharem Polski na stulecie klubu.

Nie pierwsze to wielkie trofeum (i pewnie nie ostatnie, bo znów mistrzostwo ligi może je podkreślić), ale szczególnie ważne. Bo – na jubileusz. Lech w pokonanym polu (0:1), legijne, zbiorowe całowanie pucharu. Jak to światowy zwyczaj sugeruje.

Mecz – jak mecz, ciekawy, choć małą niósł ekscytację. Rosyjski trener Legii, Czerczesow trafnie scharakteryzował:

„Można porównać ten finał do walki dwóch dobrych bokserów, którzy znają swoje mocne i słabsze strony. W takiej sytuacji nie można rzucić się do ataku, bo można stracić trzy gole po kontrach. My tego nie chcieliśmy i Lech tego nie chciał. To była kalkulacja i dlatego mecz tak wyglądał”. I dalej: „– Od początku mówiłem, że nie będzie to łatwy mecz. Spotkał się mistrz Polski ze zdobywcą pucharu. I widzieli państwo, że nie było nam łatwo. Wiedziałem, że kto strzeli gola, ten wygra”…

Widowisko? Starannie przygotowane, pół setką tysięcy widzów podkreślone, pięknym stadionem oraz pogodą oprawione. Czego jeszcze chcieć? Ano tego, by cudnie było od pierwszej do ostatniej minuty. Bez tych rac na murawie i zadymionego boiska, że aż trzeba było na prawie kwadrans mecz przerwać. Gdyby go sędzia w ogóle zakończył przed czasem – też pretensji bym nie wnosił. Piłki nie było widać, spokój nie chciał wrócić.

Sławię bramkarza Legii, pana Malarza, który szczególnie ogniem i dymem atakowany miał święte prawo zaprotestować wobec arbitra. A on tylko łzawiące oczy ocierał i grał dalej… Sportowiec – dżentelmen. Biję brawo.

Nawiasem, jeśli to goście z Poznania rzeczywiście tak się sprawili, to poza karami, jakie pewnie klub poniesie, niech wiedzą, że zrobili koło pióra drużynie, której kibicowali. Było 0:1, dużo jeszcze czasu do odgrywania się, wymuszone przerwy tylko mogły program kontrataku zniszczyć… Dobrze jest czasem pomyśleć przed demonstrowaniem zmiany nastroju… A długo przecież był wspaniały; nawet granie – niezłe – mu nie dorównywało…

Jeden z internautów tak napisał: „Budowanie normalności, prestiżu, atmosfery Pucharu Polski spuszczone w kiblu”. Dzielę słowa goryczy, pocieszam jednak, że po złym kwadransie znów było ładnie. Kolorowo, nastrojowo, radośnie, uroczyście… A że problem wciąż jest – fakt. Cieniutka jest nadal ta warstwa ochronna. Słowami przekonywania, agitacją, karami finansowymi tworzona. Oj, cieniutka…

I jeszcze coś. Dobrze, że kamery dojrzały wśród widzów osoby w Państwie najważniejsze oraz jak się to mówi – decyzyjne. One też zobaczyły, jak wielki jest rozdźwięk między deklaracjami i słowami stanu sprawnej walki z wszelkim zagrożeniem, co „władza” serwuje prawie codziennie. Jeśli bowiem można wnieść na stadion tyle „trefnego towaru”, to jak wygląda ów puklerz, którym się chwalą ministrowie? A wielkie zgromadzenia za pasem.

Inny alarm. „Komisja do Zwalczania Dopingu w Sporcie odnotowała przypadki stosowania niedozwolonych środków przez dwóch polskich sztangistów. „Przegląd Sportowy” podaje, że chodzi o byłego mistrza Europy Arsena Kasabijewa i Jarosława Samoraja. Jak czytany na stronie antydoping.pl, przyłapani zawodnicy mieli stosować hormon wzrostu. Postępowanie wyjaśniające w tej sprawie zostało już wszczęte. Teraz Komisja czeka na decyzję zawodników, czy skorzystają oni z prawa do analizy próbek B”…

Na łamach znajduję rozwinięcie szczegółów, w tym, że dodatkowo gdzieś pojawił się ślad meldonium zakazanego od Nowego Roku, a powszechnie wcześniej używanego, jak wynika z raportów.

Głupia sprawa. Zwłaszcza na ostatniej prostej drogi ku Igrzyskom Olimpijskim. I dlatego, że wieści podpowiadają, iż światek ciężarowy – z naszym włącznie – niczego się nie uczy, jeśli tak często powielają się praktyki, za które już przyszło płacić. Zaryzykuję, z przykrością, tezę, że nastrój w tym gronie to stawianie na pobłażliwość.

Jeśli np. na internetowej stronie PZPC w swego rodzaju galerii sławy znajduję opis sylwetki człowieka, który: a) w wyniku dyskwalifikacji za doping musiał oddać złoty medal olimpijski; b) potem zmienił narodowość, ale… z dopem jakoś się nie rozstał – to… Fakt, bywały chwile wielkich zasług sportowych, ale te gorsze, a także otoczka kariery raczej sugerują by… z rozmysłem dać spokój wspomnieniom. Takie letnie jakby „nic się nie stało”, za sprawą zimnego „kronikarstwa” , bez zdania oceny – nie odpowiada mi, słowo…

Tyle na dziś. Panna Isia Radwańska gra ze zmiennym szczęściem, ale w sumie wciąż jest bardzo wysoko w światowej klasyfikacji. Brawo. Elegancka w grze oraz ubiorze, tylko owe plastry jakby obraz zakłócały, a przecież tylko przypominają, że zawodowe granie to nie tylko miliony zysku, lecz też ciężki kawałek chleba… Zdrowie też trzeba kłaść na szalę.

Piłkarze grają ligowo. Trwa zdobywanie kwalifikacji dających prawo do ubiegania się o miejsce w ekipie olimpijskiej.

Wielcy ze świata polityki nadal się lubią publicznie pogrzać przy sportowym ognisku, co jedni akceptują, a innym się średnio podoba…

Słowem – gramy dalej!

Andrzej Lewandowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.