Jerzy Łukaszewski: Umysł w negatywie

mind22016-05-10.

[dropcap]W[/dropcap] jednym z pierwszych numerów po odwieszeniu w 1982 roku „Polityka” podała, że „ok. 60% społeczeństwa popiera wprowadzenie stanu wojennego”.

W zakładzie pracy, z którym miałem wówczas do czynienia, zarejestrowałem dwie charakterystyczne reakcje. Jedna – kolegi ze zdelegalizowanej „Solidarności” – oburzonego ewidentnym kłamstwem, bo „przecież wiadomo, że cały naród jest przeciw” i druga – komisarza wojskowego – oburzonego ewidentnym kłamstwem, bo „przecież wiadomo, że 100% społeczeństwa popiera”.

Nie mając narzędzi do zbadania stanu faktycznego z konieczności oparłem się na obserwacjach własnych zawężonych do grona krewnych i znajomych, a czasem przygodnych osób spoza tego kręgu.

Przeprowadziłem wiele „rozmów wciągających” opartych na znanym schemacie „ja tam nie wiem, ale…”, która to metoda potrafiła sprawić, że nawet obcy człowiek litując się nad moim „nie wiem” zaczynał mi tłumaczyć zawiłości polskiej polityki tamtych czasów.

Stosowałem też metody drastyczne – oferowałem „cegiełki” na rzecz podziemnego związku pobrane z „magazynu” i z czasem uznałem to za najbardziej wiarygodną metodę sondażu nastrojów. Szeroki wachlarz ludzkich reakcji do dziś pozostał w mojej słoniowej pamięci, czego zapewne nie spodziewają się znajomi z tamtych czasów, a czego tym razem ja z litości im na ogół nie przypominam.

Chyba, że mnie ktoś wpieni.

Kartoniki z Piłsudskim po dyszce potrafiły zdziałać cuda. Znajomy bohater, który nie bał się nawet przy żonie w kuchni ujawniać swoich przekonań politycznych, na ich widok dostawał rozwolnienia rzucając tylko „potem pogadamy…”, kolega intelektualista zaczynał kontestować sam pomysł umieszczania na cegiełkach portretu Marszałka (z czym akurat się zgadzałem), kompletnie nieznajoma pani koło 40, której jedynym problemem było czy wziąć trzy czy cztery, bo to „jeszcze może dla Zosi…”, osoby o spojrzeniach podejrzliwych (tu się nie sprawdzałem, bo nie potrafię opanować śmiechu) i wiele, wiele innych przypadków.

Najśmieszniejsze było to, że po podsumowaniu moich badań wyszło na to, że… „Polityka” miała rację. Otrzymałem bardzo zbliżone do jej twierdzeń wyniki.

Oczywiście błędne, bo dziś czytam, że jednak „cały naród był przeciw”. Jak to się można pomylić, no no no …

Zebrało mi się na wspomnienia kiedy zastanawiałem się nad wciąż wysokim poparciem dla PiS ze szczególnym uwzględnieniem prezesa, co usiłowałem powiązać ze składem osobowym tego cudacznego tworu.

Nietrudno zauważyć charakterystyczną rzecz dla zwolenników tej najdziwniejszej partii w dziejach naszego kraju.

Na ogół są nimi ludzie gustujący w negatywach własnych fotografii, szczególnie tych sprzed lat.

Facet łaszący się do każdego kto miał za komuny jakąkolwiek władzę, ledwo trzymający mocz ze szczęścia kiedy sekretarz partii podał mu rękę na powitanie, po ’89 roku został kandydatem na radnego z ramienia najbardziej antykomunistycznego ugrupowania jakie widziałem. To przypadek skrajny, ale jest ich całkiem sporo.

Oczywiście, zatwardziali wrogowie prawdziwych Polaków zawzięli się, by wyśmiewać takich ludzi i wypominać im dawne tchórzostwo, a co najmniej koniunkturalizm. A oni cierpią i nikt nie chciał się nad tym ich cierpieniem pochylić.

Przecież gdyby wiedzieli, w którą stronę to wszystko się obróci, walczyliby jak te lwy. Co ja mówię – jak lwy i tygrysy razem!

Ale nie wiedzieli.

Dusza tych ludzi zżerana zawodem jaki sami sobie sprawili wyje jak potępieniec i domaga się złagodzenia wyroku losu. Nikt nie lubi własnej małości, nieumiejętności znalezienia się odpowiednio do wymogów chwili, świadomości własnych dobrowolnie popełnionych błędów, sprzeniewierzenia się zasadom zwykłej przyzwoitości.

Można sobie myśleć co się chce, ale ten ich ból jest bardzo ludzki. Nie ma w nim niczego nadzwyczajnego.

A jak dotąd nikt się nad tym niszczącym ich problemem nie pochylił.

Do czasu, aż pojawił się prezes.

Pomijam już fakt, że będąc jednym z nich znalazł genialne – mówię to bez ironii – wyjście, a mianowicie postanowił zinstytucjonalizować swoje kompleksy tworząc ruch społeczny, który brałby pod uwagę wszystkich skrzywdzonych przez cechy własnych charakterów. I to mu się udało.

Kiedy rozmawiamy o ludziach czujących się skrzywdzonymi przez transformację zazwyczaj mamy na myśli ich status materialny, całkowicie zapominając, że w życiu człowieka pieniądze to nie wszystko. Daleko nie wszystko. Człowiek długo, czasem nawet całe życie jest w stanie znieść niedostatek, przyzwyczaić się do niego, poruszać się w nim swobodnie. Gorzej z emocjami, które buzują w środku, dręcząc jak upiory, wypominając na każdym kroku wszystkie niedoskonałości umysłu i charakteru, bezlitośnie wartościując, nie pozwalając zapomnieć.

Iluż ja spotkałem ludzi, którzy byli przekonani, że nie awansują, nie otrzymują stanowisk, nie obrastają zaszczytami dlatego, że „nie kłaniają się komunie”. A po ’89 roku okazywało się, że nadal nie awansują, nie otrzymują stanowisk, za to obrastają coraz to większymi kompleksami. Bo niewiele potrafią.

Przedtem mieli przynajmniej dobre wytłumaczenie swego losu, teraz musieli stanąć przed lustrem i poznać prawdę o sobie. No i nie było to to, co chcieliby zobaczyć.

Jak znaleźć kolejne dobre wytłumaczenie? Nie każdy potrafi.

Na szczęście znalazł się człowiek, który im to wszystko podaje na tacy.

Za cenę psiej wierności oferuje każdemu negatyw jego własnej fotografii, pozwala odetchnąć lżej po latach szarpania się z prawdą oferowaną przez lustro.

Daleki jestem od kpin, choć mój ton mógłby na to wskazywać. Rzesza takich ludzi naprawdę jest problemem, którego nie można skwitować pogardliwym prychnięciem wyższości. Gdybyśmy tak zrobili, niczym nie różnilibyśmy się od tego, który tak łatwo dzieli nas na sorty.

Problem mają nie tylko tacy ludzie, ale i ci, którzy nie umieją z nimi rozmawiać, zaoferować im rzeczywistego udziału we wspólnocie, by przestali czuć się gorszymi.

Kiedyś zdumiewała mnie retoryka prezesa PiS, który z dziwną konsekwencją potrafił zarzucać innym dokładnie te błędy, których sam był autorem. Przy bliższym przyjrzeniu się, okazało się to po prostu metodą. I to metodą skuteczną.

Nasze pokolenie uczono, że liczą się tylko bohaterowie, a bohaterowie z definicji są bez skazy.

Może dlatego nie umiemy powiedzieć tym ludziom, że tak naprawdę liczą się tylko zwyczajni ludzie, którzy żyją, pracują, pożyczą szklankę mąki w potrzebie i odkłonią się na nasze powitanie na ulicy.

Nie znam innej metody na zakończenie wojny polsko polskiej, najstraszniejszej z wojen przez jakie musiało przejść nasze społeczeństwo. To nie żaden polityk musi tę wojnę zakończyć. On nie jest od tego, a wręcz przeciwnie –  ona jest w jego interesie.

Tę wojnę musimy zakończyć sami, wbrew interesom polityków.

Czy będzie nas na to stać?

Waham się z udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi kiedy widzę zachowanie najmłodszego pokolenia. Pokolenia, które pozwoliliśmy wychować według starego wzoru i według starych podziałów, a które dziś będąc na progu dorosłego życia, nie uświadamiając sobie przyczyn takiego stanu, robi się tym bardziej radykalne, im mniej rozumie z otaczającej nas rzeczywistości.

Niespełna trzydzieści lat wolności nie nauczyło nas zbyt dużo. Wielu z nas wolało wierzyć, że wolność ma dość luźny związek z odpowiedzialnością także za stan i kształt społeczeństwa, za ludzi spotykanych na ulicy, w pracy. Indywidualizm eksplodował po latach przymusowego utajenia i pędzi dziś nie zastanawiając się dokąd. Dziś normą jest walka każdego z każdym. Mało tego – tę konstrukcję stosunków międzyludzkich wręcz uważa się za modelową i lansuje gdzie tylko można. Konkurowanie według tego modelu ma polegać na niszczeniu każdego na swojej drodze do czasu, aż ktoś nas zniszczy.

Tymczasem prezes stworzywszy azyl dla pokrzywdzonych przez los zorganizował sprawną armię.

Armię, z której idiotycznych wynurzeń pseudointelektualnych się śmiejemy, których nieudacznictwo wyszydzamy, ale której nie umiemy pokonać.

Ona działa razem, jest silna, zwarta i gotowa nie oddawać ani guzika.

I tym właśnie wygrywa.

Najprostszą metodą na wygranie wojny byłoby iść w ich ślady. Tylko, że to wciąż byłaby wojna, a ta nie wróży nic specjalnie dobrego naszemu krajowi. Ktokolwiek by ją wygrał. Wiem, wielu się oburzy na to „ktokolwiek”, ale biorąc rzecz na zimno to jest prawda.

Nie ma tak dobrego mechanizmu, który ujechałby daleko z piaskiem w trybach. A wciąż go ktoś będzie sypał, jak nie my to oni.

Bałagan, który się obecnie dzieje, jest ceną, którą płacimy za to, że w porę nie znaleźliśmy sposobu na bycie razem. Za to, że łudziliśmy się idealnym obrazem społeczeństwa, które nigdzie i nigdy nie istniało. „Naród chce, Polacy chcą, społeczeństwo uważa…” to przecież zwroty używane przez nas wszystkich.

Konie idące w zaprzęgu muszą się wzajemnie widzieć, inaczej szarpią niemiłosiernie i wóz toczy się dwa razy wolniej, niż kiedy konie nie mają klapek po bokach pyska. To takie oczywiste.

A kiedy w zaprzęgu jest trzydzieści parę milionów to jest to wręcz sprawa przetrwania.

Wyobraźcie sobie zaprzęg, w którym wszystkie konie ciągną każdy w swoją stronę. Jak daleko i gdzie zajedzie?

Z czasem w umysłach zacznie kiełkować tęsknota za batem. On potrafi nadać sens wysiłkowi, wskazać cel i kierunek.

Z ludzkiego punktu widzenia jest to perspektywa dość kusząca. Kto nie wierzy niech spojrzy na armię prezesa.

Armia ludzi z negatywami własnych fotografii w dokumentach. Dziwaczne?

Możliwe, ale jest i pędzi w wyznaczonym kierunku.

Znajdziemy na to odpowiedź? Jaką?

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

6 komentarzy

  1. Mr E 2016-05-10
  2. Mariusz Malinowski 2016-05-10
  3. Federpusz 2016-05-11
  4. Magog 2016-05-11
  5. jureg 2016-05-11
  6. Sir Jarek 2016-05-11
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com