W 1980 roku w „Polityce” ukazał się artykuł – rozmowa kilku publicystów, którzy zachłysnęli się „mądrością klasy robotniczej” i to zachłyśnięcie nie przeszło im do samego końca publikacji.
Było to tuż po strajkach sierpniowych, po – wydawało się – zwycięstwie rozumu nad konstrukcją polityczną, nie zawsze mającą z nim wiele wspólnego, w stanie ogólnej euforii i oczekiwaniu szczęścia powszechnego.
Bezpośrednio po zakończeniu strajku, dosłownie dwa trzy dni po nim z grupką przyjaciół zapakowałem się na jacht i popłynąłem w rejs po morzu by zachłysnąć się nie tyle mądrością narodu, co świeżym powiewem wiatru, odsapnąć po dniach napięcia, oderwać się od bieżącego życia także politycznego, co zwykle pomaga złapać dystans wobec rzeczywistości i odpowiednio wyregulować istniejące w niej proporcje.
Wrześniowe, kapryśne wiatry pomagały nam w tym jak mogły, łącznie z wywrotką pod Helem po uderzeniu nagłego szkwału, który to przypadek w ciągu kilku minut przywrócił nam ostrość widzenia i zdolność właściwego wartościowania elementów ludzkiego życia.
Nie wszystko wyglądało z tej perspektywy jak w gazetowych artykułach.
W Helu wopiści przetrząsnęli nam jacht od stępki po maszt, czego nigdy dotąd nie robiono na morskich wodach wewnętrznych, długo studiowali książeczki żeglarskie co nasuwało podejrzenie o średni poziom umiejętności czytania wśród wojskowych, a wszystko to w atmosferze takiej podejrzliwości, że poczuliśmy się wszyscy Bondami. Jamesami Bondami.
Ponieważ nie udało się udowodnić nam ani przemytu nielegalnych czasopism (bo to przecież normalne, że takie rzeczy szmuglowało się z Gdyni na Hel drogą morską, przynajmniej wg tych panów), ani nie znaleziono w zęzie broni, która mogłaby posłużyć do obalenia ustroju, zostawiono nas w końcu w spokoju i pozwolono usmażyć kupioną u miejscowych sztornię, czyli mówiąc po polsku – flądrę.
Mogę zapewnić, że dla niedoszłego topielca smażona sztornia popita kawą z obtłuczonego kubka to uczta, której nie powstydziłaby się nawet p. Alina Kwapisz Kulińska. Pełnia szczęścia.
Zwiększona czujność służb granicznych dała nam wiele do myślenia. Gdyśmy wypływali wydawało się, że świat zmienił się w ciągu jednego dnia. Wydawało nam się, że już wiemy co to znaczy być wolnym, że wszystko jest możliwe, że teraz może być już tylko lepiej.
Wopiści przetrząsając ponad godzinę niewielkiego Nefryta (trochę powyżej 7m) pokazali nam, że niekoniecznie.
Po powrocie, ochłonąwszy już z posierpniowej euforii zaczęliśmy dostrzegać różnice pomiędzy ludźmi z najbliższego otoczenia.
Ku naszemu zdumieniu okazało się, że nie wszyscy zachwycają się tym co się w Polsce stało w ostatnich dniach.
Publicyści, polscy i zagraniczni zachowywali się jak w amoku, ludzie kultury przechodzili nagły kurs antykomunizmu, spod ziemi powychodzili weterani, którzy wcześniej nie przyznawali się do żadnej niepodległościowej walki.
A moi sąsiedzi i tak twierdzili, że „to się źle skończy i lepiej się w nic nie wdawać”.
Trudno było ocenić skalę tego zjawiska, ale z czasem okazywało się ono nie tak wcale odosobnione. Wręcz przeciwnie, mimo istnienia „wolnych związków” – w cudzysłowie, bo były one przecież nie tylko i nie przede wszystkim związkami, istniała naprawdę liczna grupa ludzi, którzy uważali, że lepiej jest siedzieć cicho i „robić swoje”. Państwo, polityka – to był dla nich świat zewnętrzny, nie ich świat, oni mogli mu się przyglądać jak dzikim zwierzętom w cyrku, ale na co dzień musieli zadbać o swój chleb powszedni, a jak się uda to i o omastę. W warunkach takich jakie są, a nie marzyć o takich jakie by się chciało. Marzeniami jeszcze nikt się nie najadł.
Oczywiście – to obraz mocno uproszczony, nie ma tu miejsca na analizowanie wszystkich odcieni, ale istnienie tej grupy długo było pomijane bądź wręcz ostentacyjnie ignorowane przez zaangażowanych w bieżącą politykę ludzi.
A szkoda, bo to właśnie tacy ludzie zdecydowali o powodzeniu wprowadzenia stanu wojennego i – co sam widziałem – wielu po jego wprowadzeniu odetchnęło z ulgą. Naprawdę.
Wiem, to dziś nie są słowa mogące liczyć na popularność, bo dziś wszyscy czują się obalaczami komuny, a przynajmniej większość się za takich podaje, ale to prawda. Wielu odetchnęło z ulgą gdy skończył się karnawał Solidarności.
To nie byli, wbrew pozorom tchórze, jak chciałaby ich dziś widzieć „patriotyczna” młodzież dzielnie walcząca z martwym wrogiem. To byli zwykli ludzie, jakich jest większość w każdym społeczeństwie, w każdym kraju i w każdym momencie historii.
Nie zawsze chcemy przyznać, że jest ich większość, często dotyka ich nasza „wyższościowa” pogarda, często zapominamy, że używając w naszych górnolotnych rozważaniach słowa naród – mówimy właśnie o nich, a nie o jakichś teoretycznych konstrukcjach, które uważamy za słuszne. Jedynie słuszne.
Normalny, przeciętny człowiek żyje i chce żyć. To jest dla niego najwyższa wartość.
Trudno się zresztą dziwić. Powiedzenia, że „lepiej jest być żywym tchórzem, niż martwym bohaterem” słyszałem niejeden raz i to z ust osób, które lubiłem i szanowałem.
Przecież to tacy właśnie ludzie dźwigają na swych barkach ciężar świata i znoszą cierpliwie wszystkie pomysły jakimi komplikują go wielcy myśliciele chcąc zapewnić szczęście mitycznej „ludzkości”.
Ci ludzie przystosują się do każdych warunków, do każdej sytuacji by przetrwać.
Dom, rodzina, najbliżsi – to jest ważne. Codzienne jedzenie, miejsce do spania, chwila spokoju i odrobina radości z drobiazgów nieobecnych w wielkich koncepcjach filozoficznych – to jest życie, którego potrzebują i za osiągnięcie którego gotowi są zapłacić każdą cenę.
Czasem w odruchu niechęci nazywamy ich szmatami; sam tu nie jestem bez winy, słowo „konformista” ma jednoznacznie pogardliwy wydźwięk, ale co z tego?
Oni przetrwają nas, komunę, PiS i demokrację. Muszą przetrwać. Instynkt samozachowawczy jest silniejszy, niż jakikolwiek inny.
Naszły mnie takie myśli po lekturze kolejnych doniesień o przejawach takiego przystosowywania się do obecnej sytuacji, które to przystosowanie postępuje szybciej, niż mogłoby się nam wydawać.
Ot, przykład pierwszy z brzegu.
Łukasz Zbonikowski chce wysłać karetkę z Włocławka do Krakowa. Po co?
Wiadomości
Poseł o naturze czopka to nic nadzwyczajnego w tej szczególnej partii. Natomiast ostrożna, zachowawcza reakcja miejscowych władz na jego pomysł ma swoje źródło w filozofii przetrwania, o której wyżej.
Poseł dziś jest, jutro go nie będzie, a my musimy tu być i załatwiać swoje sprawy.
Czasem przybiera to formy drastyczniejsze.
Zwolnili animatora orlika, bo na boisku grali podczas procesji.
Jestem załamany, sam jestem osobą wierzącą. W regulaminie obiektu nie ma informacji o tym, że nie można z niego korzystać podczas uroczystości religijnych – mówi tvn24.pl zwolniony animator. Chodzi o sytuację z 28 maja, gdy na orliku zarządzanym przez gminę, który od świątyni oddziela jedynie wysoka siatka, grali piłkarze.
Podłe? Z pewnością. Pewnie nic by się nie stało gdyby wójt zapewnił dzierżącego władzę w gminie księdza plebana, że nic takiego więcej się nie powtórzy.
Wolał jednak skrzywdzić człowieka obawiając się, że w przeciwnym wypadku mogłoby spowodować to spadek jego notowań na plebanii i w efekcie niewybranie go na następną kadencję ze szkodą dla wszystkich obywateli (tak przynajmniej wyobrażam sobie tok jego rozumowania).
Wszak chrześcijańskie sumienie proboszcza z niczego nie raduje się tak bardzo jak z kary na bezbożników. Godne to i sprawiedliwe.
Kolejny przykład.
Czy ktoś zmuszał panią dyrektor szkoły do takich zachowań?
Nauczycielka nie może być wychowawczynią, bo nie chodzi do kościoła? Sprawę zbada prokurator
W szkole w Niemczynie w woj. wielkopolskim dyrektorka odmówiła nauczycielce objęcie wychowawstwa. Kobieta twierdzi, że chodzi o powody natury religijnej.
Absolutnie nie. To jej inicjatywa wyjścia przed szereg, a może tylko obawa, że zbrodniczy casus nauczycielki nie będącej wyznawczynią panarydzykową może ktoś zauważyć i skojarzyć z jej dyrektorowaniem, co skutkowałoby przegraną w kolejnym konkursie na to stanowisko (konkursy są co 5 lat), a pensja dyrektora to jednak dla rodziny coś lepszego, niż zwykłego nauczyciela. I dlaczego ma się narażać na jej odebranie dla jakiejś tam nieprzystosowanej społecznie jednostki?
Takie przypadki można mnożyć, a właściwie mnożą się same, rozmawiamy tylko o tych o jakich wiemy.
Kiedy pan Kaczyński mówi, że „suwerenem jest lud” (swoją drogą ciekawe, że już nie naród) to musimy pamiętać: o jakim ludzie on mówi.
No właśnie o takim jak powyżej. I innego nie będzie.
Taki lud przetrwał w skrajnie niesprzyjających warunkach paleolitycznych jaskiń, cesarstwo rzymskie, najazdy Hunów, wynalazek druku i inne historyczne nieszczęścia.
I to dzięki niemu świat trwa po dziś dzień.
Nie jest moim zamiarem szerzenie pesymizmu, wprost przeciwnie. Świat przetrwa, nawet gdy zlikwiduje się demokrację, wszelkie trybunały, przetrwa kiedy mu każą palić książki na publicznych placach i organizować akademie ku czci.
Gdzie w tym wszystkim znajdą dla siebie miejsce tzw. wyższe idee?
Znajdą, spokojna głowa. Natura we wszystkich swoich przejawach znajduje miejsce dla pewnego marginesu odstępstw od normy bez istotnej szkody dla ciągłości trwania.
Ważne jest by pamiętać o tym, co jest tego trwania istotą, a co fanaberią.
Aby nie pozostawiać czytelnika w rozterce, na koniec coś optymistycznego.
ZESPÓŁ MUZYCZNY ORO PRAWICA
Uploaded by Heniek Bojownik on 2016-05-31.
Można? No można, prawda? I coś to zmienia?
Jerzy Łukaszewski



@j.Luk:
Na Nefrycie robiłem sternika w Trzebieży. Nefryt się nie przewracał, bo to był jacht kilowy. Gdyby się przewrócił i nabrał wody, to by Pan nie napisał tego artykułu i wszystkich poprzednich. Tak wiec słowo „wywrotka” wymagało by wyjaśnienia.
@j.Luk
będąc wielbicielem Pana artykułów i zwłaszcza rysunków, zwracam uwagę, ze wyraził Pan te same myśli już wielokrotnie. Ze większość społeczeństwa jest milcząca i się przystosowuje. To wystarczyło powiedzieć raz. No, może kilka razy dla opornych takich jak ja. Zgadzam się bez bicia. No, i co dalej?
Nie wiem czy pływał pan po morzu, ale w telewizji widział pan je na pewno 🙂
Nie ma jachtu, który na morzu się nie wywróci. Na wodach śródlądowych Nefryt na pewno nie, ale fala wywraca wszystko, zaręczam panu. Nie jest to temat tego wpisu, więc oszczędzę sobie wyjaśnień co do nabierania wody, ale opowieść o tej wywrotce jest pasjonująca (szczególnie w wersji tych co ją widzieli z helskiego falochronu 🙂 )
BTW. Nefryt ma bulbkil, on nie stawia takiego oporu bocznego.
Ma pan rację, że kilka już razy piszę to samo. Proszę wybaczyć nudzenie, ale to dlatego, że najwyraźniej nie do wszystkich to jeszcze dociera. W światłych rozważaniach pomijany jest ten „drobny” fakt, że większość społeczeństwa ma do naszych dyskusji stosunek ambiwalentny. Nawet jeśli przyznają nam rację, to nie ma to przełożenia na ich codzienną postawę.
Ale ok, postaram się zmienić temat mojego marudzenia 🙂
opowieść o tej wywrotce jest pasjonująca
Bardzo proszę opowiedzieć. Jestem ciekaw. Na Nefrycie pływałem w porcie w Trzebieży w czasie szkolenia, a potem mieliśmy rejs po zatoce szczecińskiej. Posłali mnie pod pokład do robienia kanapek i po krótkim czasie musiałem sie ewakuować na otwarte powietrze. Od tego czasu wiem, ze morze to nie moja specjalność. Jeśli idzie o wywrotki, to wiele razy leżałem na Finnie, 420, i na Laserze. No, ale jak Pan świetnie wie, to jest inna bajka. Wiec ciekaw jestem, jaka jest Pana opinia o Nefrycie. Proszę się podzielić. Umyślnie pisze „opinia”, bo to jest studio opinii, a nie opowieści. Opowieść nie przejdzie przed pana Redaktora BM, ale opinii Panu nie zdejmą. Co najwyżej skrócą.
@narciarz2 W skrócie: wywrotka (jak każda) pozwoliła na zaobserwowanie zjawisk, o jakich na kursach nie uczą 🙂
Po pierwsze – Nefryt. Nie ma co się rozpisywać, ponieważ nie jest już produkowany, a szkoda, bo kształt kadłuba powodował u niego dużą tzw. dzielność morską. Świetnie trzymał się na fali, nawet w sztormie.
Fala na Bałtyku jest wyjątkowo wredna bo wysoka i krótka. Kiedy zaczyna mocno kołysać robi się jazda jak w parku rozrywki – w górę i w dół, w górę i w dół.
Jego dzielność pozwala na rejsy pełnomorskie, ale ze zmniejszoną załogą, bo trzeba wziąć więcej wyposażenia, tratwę ratunkową zgodnie z przepisami itd. A miejsca na Nefrycie jest niewiele.
Najdalszy rejs na tego typu jachcie poszedł, o ile dobrze pamiętam, na Islandię.
Bulbkil zamiast normalnego kilu daje większą zwrotność, ale z drugiej strony jacht nie opiera się tak mocno wiatrom uderzającym z boku. Szybciej się „kładzie”.
Ta wywrotka była ciekawa z dwóch względów. Pędziliśmy do Helu żeby się schować przed sztormem. Byliśmy już niedaleko, może z milę, gdy uderzył w nas szkwał z zupełnie innego kierunku i Nefrycik, mimo że dzielnie dawał sobie radę z wysoką falą, a sternik przywykłszy do „kursu fali” bez problemu prowadził w wyznaczonym kierunku – po prostu padł na bok plackiem. Nie do góry nogami, ale na bok. Żagle leżą na wodzie, pokład do połowy zanurzony i … no właśnie.
Po pierwsze wysoka fala nie pozwalała dostrzec niczego. My nie widzieliśmy Helu, a oni nie widzieli nas i przez chwilę byli przekonani, że poszliśmy w dół.
Tylko chwilę. Uratowała nas ta sama fala, którą tyle razy klęliśmy za niemiłosierne kołysanie 🙂
Wystarczyło, że podrzuciła nas pod odpowiednim kątem do góry przy kolejnym wznoszeniu, a bulbkil zrobił swoje i poszedł pod wodę. Ciężko bo ciężko, ale Nefryt wstał. Gorzej było z uporządkowaniem żagli bo szoty się poplątały i trzeba było oberżnąć fał grota, żeby zmniejszyć powierzchnię żagla i nie ryzykować ponownej wywrotki.
Ergo: morze nas położyło i morze nas postawiło „na nogi” – praktycznie bez żadnego naszego udziału 🙂 Naszą zasługą był tylko spokój i brak „głupich ruchów” kiedyśmy leżeli na boku. Nerwy były napięte, to fakt. Jeden z kolegów bez komendy omal nie wyskoczył na dziób wstającego jachtu by „poprawić” foka zaplątanego wokół forsztagu, tylko bardzo stanowcza komenda(bardzo stanowcza! ) zatrzymała go na miejscu.
Morze zrobiło wszystko inne. W Helu powitano nas oklaskami i podziwiano za „kunszt i opanowanie” 🙂
To bardzo miłe i bawiliśmy się świetnie, ale prawda jest taka, że nie było w tym ani trochę naszej zasługi. No, ale po co mieliśmy im psuć przyjemność, nie?
Nefryt leżąc bokiem nie nabierze wody (a jeśli to niewiele) ponieważ w czasie sztormu (także deszczu) zamyka się wejście do kabiny, a jeśli jest względnie szczelne to wody nie przedostanie się wiele.
Aby było ciekawiej ten jachcik nosił nazwę „Opałek” 🙂 Jak widać – opały to jego specjalność 🙂
@BM – przepraszam za te żeglarskie opowieści, ale one też mają swój sens. Nawet dramatyczne wydarzenia wspomina się po latach z humorem i widzi w nich niemal same wesołe elementy. To nastraja optymistycznie 🙂 A przecież tego nam dziś potrzeba.
@j.Luk:
Bardzo dziękuje! Pana opowieść mnie zachęca, żeby wrócić do kraju i trochę pożeglować. Dawno tego nie robiłem.
@narciarz2: u wielu specjalistów wysokiej (może nawet: najwyższej możliwej) klasy, zajmujących się jednocześnie tak rozwijaniem jak i propagowaniem nauki (tak dla przykładu, żeby nie by gołonazwiskowym: V. Arnold, G.-C. Rota, H.S. Wilf) często powtarzali, że swoje tezy należy często powtarzać, z wielu przyczyn. Motywacje mieli podobne: ludzie zapominają, ludzie zaczynają przyjmować i przejmować pewne argumenty z oporem, trzeba mu przeciwdziałać wytrwałością, wiele argumentów musi trafić na stosowny moment, by uzyskać akceptację, pojawiają się bezustannie nowi słuchacze, którzy nigdy o tym wcześniej nie słyszeli, itp. itd.
Więc może powinniśmy uznać, że ten autor wie, co robi i warto go zachęcać: pisz nadal, będziemy cię uważnie słuchać, bo nawet jeśli tę bajkę (czy tę horror story) już znamy, to zawsze czegoś nowego możemy się dowiedzieć?
wielu specjalistów… powtarzało… Przepraszam za niewydarzoną polszczyznę, niestety nie ma jako w SO edytować swoich wpisów, a palec od klikania bywa szybszy niż oko korektora.
Opowieść żeglarska pasjonująca. Wywrotka na Bałtyku to rzeczywiście szkoła przetrwania, bo natura fali jest paskudna. Na Morzu Śródziemnym próbowaliśmy się wyciągnąć z wody na linie za wolno płynącym jachtem. Przy szybkości ok. 1 węzła nikomu się to nie udało. Prawda, że dotyczyło to dziadków a nie młodzieży, ale część z tych dziadków jest w niezłej kondycji.
*
Co do milczącej większości, której zawdzięczamy przetrwanie, to jej aktywność polityczna jest umiarkowana w tej części świata z przyczyn empirycznych. Setki lat doświadczeń podpowiadają tej większości, ze aktywność polityczna bywa szkodliwa dla zdrowia. Powtarzając kilka razy fakt istnienia tej większości w różnych kontekstach zastosował pan starą maksymę „repetitio est mater studiorum”. Zdaje się, że fakt istnienia tej części społeczeństwa widać w kolejnych wyborach w Polsce, gdzie frekwencja rzadko przekracza 50% uprawnionych. Marzeniem wielu publicystów, po dowolnej stronie sporu politycznego, jest aktywizacja wyborcza tej „milczącej większości”. Moglibyśmy się wszyscy nieźle zdziwić efektami, gdyby się to komukolwiek udało. Doświadczenia po 1989 r. pokazują, że taki scenariusz jest mało prawdopodobny. Chyba, że skala szaleństwa okaże się dużo większa niż dzisiaj.