Po powrocie z dwutygodniowego pobytu w Izraelu (o kilku sprawach pewnie napiszę w SO bo mnie bardzo poruszyły, ale proszę się nie obawiać — nie dotyczą ani polityki, ani religii) z zaciekawieniem przeczytałem esej o. Ludwika Wiśniewskiego w „Tygodniku Powszechnym”, który diagnozuje sytuację polskiego katolicyzmu w przededniu wizyty papieża Franciszka w naszym kraju.
To nie pierwszy tekst tego dominikanina, który zasługuje na uwagę. W minionym roku miałem okazję dyskutować z ojcem Wiśniewskim na temat jego innego eseju „Blask wolności”, który szczególnie rozsierdził nie tylko dyżurnych publicystów „katolickich”, ale i niektórych teologów. Pisał w nim:
„Jestem przekonany, że przyszłość ludzkości w dużej mierze zależy od tego, czy ludzie różnych kultur, cywilizacji i religii znajdą wspólny język: czy będzie możliwy rzeczywisty dialog między nimi. Moim zdaniem będzie możliwy, kiedy ludzie będą się odwoływać do natury ludzkiej, nie zaś jedynie do kultury czy Objawienia”.
To przekonanie dominikanin dzieli z wieloma innymi ludźmi, wierzącymi i niewierzącymi, którzy szukają dróg przezwyciężenia podziałów politycznych, religijnych i cywilizacyjnych. Ale nie znajduje ono uznania u większości polskich katolików. W tamtym tekście padło też zdanie, które szczególnie przypadło mi do gustu:
„Wierzący – uznający autorytet Kościoła – powinien zapoznać się z Magisterium, ale jeśli jego sumienie nie jest w stanie zobaczyć w nim dobra dla siebie hic et nunc, powinien postąpić wbrew temu nauczaniu. I z szacunku dla Stwórcy, dla Kościoła i dla człowieczeństwa, którym obdarzył do Stwórca”.
Teraz w eseju opublikowanym 10 lipca pod tytułem „Do jakiej Polski przyjedzie papież” Wiśniewski idzie dalej i zdecydowanie piętnuje upolitycznienie Kościoła, a zwłaszcza niektórych hierarchów, jak i wykorzystywanie religii przez rządzącą dzisiejszej w Polsce partię. Nie wiem czy mnie miał na myśli gdy napisał, że „nie ja jeden próbuję wskazać najważniejsze momenty, które tak drastycznie podzieliły nasz naród”, ale faktem jest, że w jego dzisiejszej diagnozie odnajduję wiele z własnych myśli. Nie mam już jednak wątpliwości, że Wiśniewski jest naprawdę „jednym z pierwszych mówiących z wewnątrz Kościoła, którzy nie boją się słów krytycznych pod jego adresem”.
A jakie to słowa? Oczywiste zdawałoby się, ale jednak trzeba właśnie starego mnicha, który naprawdę nie ma już nic do stracenia, by je z taką mocą wypowiedzieć. Oto kilka z nich; przypomnienie oszczerczych słów bpa Wacława Meringa o Okrągłym Stole; obecność ks. Stanisława Małkowskiego na tzw. miesięcznicach, który „ośmiesza i profanuje akty religijne swoimi żałosnymi egzorcyzmami”; dziwaczne kazania w rocznicę smoleńską abpa Marka Jędraszewskiego, abpa Sławoja Leszka Głódzia; osławione już „kazanie radomskie” bpa Antoniego Libery… lista jest długa. Nie sposób jednak nie przypomnieć wystąpień bpa Józefa Wysockiego mówiącego o opatrznościowym wyborze prezydenta Andrzeja Dudy, czy równie pamiętnych wystąpień pierwszomajowych bpa Kazimierza Ryczana. W sukurs hierarchom przyszli „wybitni teologowie”, filary „Naszego Dziennika” ks. prof. Czesław Bartnik, ks. prof. Paweł Bortkiewicz, którzy z rzadką konsekwencją zajęli się zohydzaniem KOD-u.
Swoją drogą jestem ciekaw jak ci eksperci od Boga godzą własną mowę nienawiści z chrześcijańskim przesłaniem miłości, a zwłaszcza miłosierdzia z taką mocą głoszonego przez papieża Franciszka w roku miłosierdzia, który, jeśli się nie mylę ciągle trwa (przypominam: od 8 grudnia 2015 do 20 listopada 2016 r. trwać będzie w Kościele katolickim Rok Święty Miłosierdzia – zapowiedział 13 marca 2015 r. papież Franciszek).
Jednak szczególną ozdobą eseju Wiśniewskiego jest opis „beatyfikacji rządu” przez obecnych na poświęceniu świątyni w Toruniu. Ciekawych odsyłam do źródła dodając, że czeka ich jeszcze część druga, która ukaże się zapewne już naprawdę w przeddzień przyjazdu papieża Franciszka. Sam jestem jej ciekaw. Diagnoza ciekawa i rzeczywiście z wnętrza Kościoła. Jakie środki zaradcze?
Te zaproponowane w zakończeniu części pierwszej mało przekonują. Wiśniewski widzi lekarstwo na zaistniałe szaleństwo w… parlamentarzystach rządzącej partii. Jego zdaniem to grupa „najbardziej upokorzona”. Czyżby? Obserwując ich butne wystąpienia i przekonanie o własnej nieomylności doprawdy nie mam wrażenia, że mam przed sobą ludzi upokorzonych, jeśli już to raczej czerpiących dziwną przyjemność z upokarzania innych.
Osobiście klucz do uporządkowania rosnącego szaleństwa dostrzegam w społeczeństwie obywatelskim, a więc w każdym z nas. Redakcja TP zapowiada drugą cześć tekstu, może w nim znajdę myśli, z którymi będzie mi łatwiej się zgodzić.
Stanisław Obirek



Tekst o. Wiśniewskiego rzeczywiście poruszający, ale niestety, Kościół polski już uodpornił się na tego rodzaju głosy. „Tygodnik Powszechny” nie jest już autorytetem dla polskiego katolika, a wręcz przeciwnie, sam musi walczyć, by nie zostać oficjalnie oskarżony o podkopywanie itp. (choć myślę, że w końcu do tego dojdzie).
Czasami lubię zaglądać do starych roczników „Tygodnika” i patrzeć co się w międzyczasie zmieniło. No i gołym okiem widać, że się zmienia.
Co do „upokorzonych upokarzających” to psychiatria, o ile wiem, zna taki mechanizm. Tylko, że my mamy z nim do czynienia w wymiarze masowym i usankcjonowanym prawem.
Zgoda, ale jeśli dodamy tekst o. Tomasza Dostatniego OP w GW (http://wyborcza.pl/magazyn/1,153404,20373384,rachunek-sumienia-z-wnetrza-kosciola.html) to już nie jest głos odosobniony. Mam nadzieję, że i inni duchowni do tego nowego nurtu dołączą.
Zgadza się. Dwa głosy to nie jest głos odosobniony. To dwa głosy odosobnione.