Jerzy Łukaszewski: Humor z zeszytów…

strawinski2016-08-18. 

… no nie, nie szkolnych, choć jeśli wziąć pod uwagę, że w końcu uczelnia też jest szkołą, to i owszem.

[dropcap]P[/dropcap]onieważ każdy dzień przynosi nam wiadomości dość ponure i nie napawające optymizmem (swoją drogą jak to jest: pawać optymizmem?) w trosce o zdrowie psychiczne naszych czytelników postanowiłem okazać coś, co z jednej strony jest historią (dość szczególnym jej świadectwem), a z drugiej dowodem na to jak to ongiś na uczelniach bywało.

Jako zbieracz rozmaitych dokumentów „odziedziczyłem” po prof. Stefanie Strawińskim

Stefan Mikołaj Strawiński

Strawiński Stefan Mikołaj (1921-1995), zoolog, ekolog, profesor Uniwersytetu Gdańskiego. Ur. 23 VII w Warszawie, był synem Jana Józefa (zob.) i Marii Antoniny z Obuch-Wo…

nieco zapisków z czasów jego obecności na UMK w Toruniu. Zapisków dość nietypowych, bo pokazujących, że szacowne grono profesorskie nie samą tylko nauką żyło.

Humor to czasem dość hermetyczny, na szczęście na kopiach maszynopisów (Pamiętacie państwo te żółtawe, cieniutkie kartki do kopii przy pisaniu na maszynie? Prehistoria, prawda?) profesor porobił odnośniki odręczne, które pozwalają zorientować się o kogo z grona ludzi nauki chodzi.

Na pierwszej stronicy znajduję wierszyk – przestrogę.

„Wiadomo było o pewnym profesorze,
że się obrazić bardzo łatwo może,
że czuły jak kwiat lub motylek
nie znosił szpilek.
Nie znosił szpilek, kiedy kłuły jego
lecz sam je ostrzył, by ukłuć innego.
Więc go nie kłuto. Wśród dymów kadzideł,
hymnów pochwalnych, przymilnych brzęczydeł,
z zawrotem głowy wstąpił w pochlebstw falę –
i jak wieść niesie – nie wypłynął wcale.”

Przydałby się ten wierszyk dziś jako przestroga nie tylko dla profesorskich głów.

Potem mamy coś w rodzaju fraszek adresowanych, zrozumiałych jedynie dla tych, którzy znali osoby opisywane. Np. na temat prof. Michniewicza.

„Już od kolebki był fizjologiem
stymulatory wzrostu zażywał.
A wynik – proszę – popatrzcie sami –
lwia grzywa!”

Mamy w notatkach także uczelniana wersję „la donna e mobile”

„Profesor zmienny jest
różne humory ma
nie dojdziesz kiedy
na jaki trafisz …”

Jest także nieco prozy.

Np. takie ogłoszenie:

„Wydział BiNoZ ogłasza, że następny numer periodyku humorystyczno rozrywkowego pt. „Indywidualny plan zajęć dydaktycznych” ukaże się już wkrótce w zwiększonym formacie”.

Są i ciekawostki z podtekstem.

Taki news z 1955 roku:

Kącik racjonalizatora.

W pewnym zakładzie naukowym UMK kierowniczka zakładu, prof XXX podjęła bardzo cenne zobowiązanie. Mianowicie poza normalnymi obowiązkami podjęła się obsługi centralki telefonicznej. Dzięki temu społecznemu stanowisku państwo zaoszczędzi 52.721 człowiekogodzin. Jak wykazała praktyka, zaoszczędza się również aparatura telefoniczna, gdyż czas trwania rozmów uległ znacznemu skróceniu. Prof. XXX wzywa kierowników innych zakładów do podjęcia współzawodnictwa”.

Do tego komunikatu dołączona jest odręczna notatka prof. Strawińskiego wyjaśniająca wszystko: „Hurynowiczowa podsłuchuje rozmowy”.

Poczucie humoru i to na własny temat – rzecz cenna i nie zawsze spotykana.

Kolejna „produkcja” człowieka o ciekawej przeszłości i wielkim dorobku naukowym.

„W tece redakcyjnej „Folia Zoophytographica Polonica” mamy już następujące manuskrypty:

  1. Seria biologiczna przygotowana przez zakład zoologii.
  2. Jak to się dzieje, że samiczki niektórych chrząszczy (Curculionidae Coleoptera) same sobie radzą, a samców do niczego nie potrzebują.
  3. 100 000 słodyszków rzepakowych i ja jedna…
  4. Praktyczna i tania metoda używania alkoholików zamiast alkoholomierzy.
  5. Wstęgi mułowe, a muły wstęgowe w dorzeczy Prawisły.
  6. Zaplecze gospodarcze baru w Collegium Maius.
  7. Praca regionalna z Pomorza. Tytuł: „Flora okolic Krakowa”.
  8. Ekspertyza odnośnie budowy studni na podwórku kuźni w Pigży (tajne)

itd., itd.

Profesor Strawiński, ornitolog i pionier polskiej ekologii studiował również polonistykę, stąd być może jego zamiłowanie do zabaw słownych.

Na temat swoich koleżanek i kolegów pisał (przy każdej informacji notatka z nazwiskiem).

„Redakcja pertraktuje z dwiema samodzielnymi pracowniczkami nauki z Torunia, które dokonały niezwykle cennego odkrycia, lecz nie mogą się zdecydować na ogłoszenie wyników. Tytuł pracy nie został jeszcze ustalony. Możemy jednak uchylić rąbka tajemnicy: jedna z współautorek znana jest ze sprawności z jaką określa szlachetność kamieni przy pomocy aparatury Rentgena, druga zaś sprowadziła do Torunia prawdziwą amerykańską maszynę do czytania myśli. Z połączenia tych dwóch aparatów powstał przyrząd do badania szlachetności ludzi.

Wyniki są tak niezawodne, że poza pewnym profesorem astronomii i twórczyniami nikt nie chce się poddać badaniom”.

Odbicie miały w tych humoreskach także wydarzenia polityczne, np. rok 1971.

„Przyszedł wiatr i dmuchnął
jest okazja nowa
by mój zakład jeszcze
bardziej rozbudować”

(dopisek: Mikulska)

Ostatnią notatką jest opis uroczystego obchodzenia 40-lecia UMK w 1985 roku.

Ciekawsze fragmenty:

Najpierw opis budynków.

„Największy z nich to biblioteka uniwersytecka, starodawne  budynki fizyki i chemii, urocza harmonijka (budynek o niezwykłej historii – przyp. mój), Collegium Maius. Nowe gmachy zajmują od niedawna geografia, sztuki piękne, wielki dział neurofizjologii z nieodłączną poradnią zdrowia psychicznego”.

i opis wchodzących dostojników:

„ …Oto nadchodzi kandydat nauk Jadwiga Wilkoń, wybitna specjalistka od słonorośli, otoczona jak zwykle rojem męskiej młodzieży studenckiej, pełna wdzięku. (…) a oto przemyka się z dumną miną prof. Juliusz Narębski, słynny alkoholog. Patrząc na jego skupioną twarz odnosi się wrażenie jakby nieustannie węszył od kogo czuć spirytus. Tuż za nim ubrana po męsku idzie jego żona, dziekan wydziału chemii. Tam błyska łysa czaszka redaktora „Głosu uczelni”: profesora Strawińskiego”…

itd., itd.

O tym, że pracownicy naukowi miewają poczucie humoru nie trzeba chyba tutaj nikogo przekonywać. Choćby nasz nieoceniony Hazelhard, autor niezwykle zabawnych wspomnień z czasów „odrabiania służby wojskowej”.

Humor w BiNoZ UMK doczekał się jednak także wersji książkowej w postaci wspomnień Z. Michno-Zatorskiej pt. „Anegdoty, wspomnienia i refleksje z pierwszego ćwierćwiecza UMK”.

Znajdujemy w tej książce także wspomnienia autorki o profesorze Strawińskim, a których wynika, że był człowiekiem lubiącym się pośmiać i pomagającym tym swoim śmiechem innym.

Autorka wspomina swoją obronę pracy doktorskiej, kiedy to zdenerwowaną pan Strawiński uspokoił żartem wskazując na palmy rosnące w wielkiej donicy i „przydzielając” je jej jako palmy męczeństwa.

Książka p. Zatorskiej o tyle mnie ucieszyła, że znalazłem w niej wyjaśnienie czemu służyły wierszyki i inne zapiski profesora cytowane powyżej.

Otóż kadra naukowa wydziału miała zwyczaj spotykać się na tzw. herbatkach karnawałowych i to tam pan Strawiński ku uciesze zgromadzonych odczytywał te teksty. Stąd też ich hermetyczność, zebrani wiedzieli o kogo chodzi.

Znałem profesora w ostatnich latach jego życia, bywałem w jego domu i zawsze  uderzało mnie prawdziwie ludzkie ciepło jakim ten dom się odznaczał. Po kilku minutach człowiek czuł się tam jak u siebie. Mam wrażenie, że to poczucie humoru, które go cechowało, niezwykle delikatne, nie krzywdzące nikogo, miało znaczący wpływ na atmosferę rodzinną i nie tylko. Jego żona, etnograf i psycholog (opowiadałem kiedyś na SO o jej opracowaniu wsi pałuckiej) dawała mi do tłumaczenia rodzinne dokumenty pisane po rosyjsku, niezwykle cenne z historycznego punktu widzenia.

Jeden z nich był sam w sobie mimowolną anegdotą. Pewna pani z Rosji usiłująca dowieść swych koneksji rodzinnych z Igorem Strawińskim próbowała doszukać się wspólnych korzeni z rodziną pana Stefana.

Notatki profesora z „herbatek” to dokument o tyle ciekawy, że na ogół spotykamy się ze wspomnieniami studentów. Każdy z nas to zna. Każdy pamięta z tego okresu coś co sam przeżył lub to co mu opowiadali starsi koledzy, anegdoty bowiem przekazywane były z rocznika na rocznik.

Co do mnie to mój autentyk z Torunia to „sprawa” profesora Zdrójkowskiego z Wydziału Prawa, który miał zwyczaj wieczorami wyprowadzać swego dużego i kudłatego psa na spacer po starówce, gdzie mieszkałem.

Profesor, człowiek niewielkiej postury, nie bywał na ogół widoczny. Przemykał się jak cień partyzanta pod ścianami starych budynków. Pies szedł dumnie środkiem chodnika i nikomu nie ustępował z drogi. Weszło w zwyczaj, że widząc psa kłanialiśmy się mu „– Dobry wieczór, panie profesorze!” Pies milcząco z zadartym nosem przechodził mimo nas, a spod którejś ze ścian kamienic dobiegało „ – Dobry wieczór, panie kolego, dobry wieczór”.

Gdyby tak zebrać wszystkie nasze wspomnienia tego typu powstałby nielicha księga.

A może warto? Dziś kiedy słyszę narzekania studentów na wykładowców, a szczególnie powody tych narzekań i sposoby rozwiązywania uczelnianych problemów myślę, że mieliśmy szczęście rodząc się tak wcześnie.

Starzeję się?

Jerzy Łukaszewski

 

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. hazelhard 2016-08-18
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com