Janusz Dąbrowski: Powrót do PRL – czy do średniowiecza?

2016-09-11.

[dropcap]K[/dropcap]olejną dobrą zmianą, którą chcą nas całkowicie bezinteresownie obdarzyć Rząd do spółki z Sejmem i Solidarnością, jest zamknięcie sklepów w niedziele.

Wprawdzie w Polsce na handlu, ekonomii i medycynie znają się wszyscy, a zwłaszcza politycy, ale mam wrażenie, że podjęcie decyzji w tej sprawie wypadało najpierw poprzedzić zbadaniem opinii społecznej – być może przez referendum – a także zapytać fachowców jakie mogą być ekonomiczne i społeczne skutki tego pomysłu. Tym bardziej, że zebranie 350 czy nawet 500 tysięcy niezweryfikowanych podpisów, czyli niecałych dwu procent obywateli kraju, zupełnie nie świadczy o tym, że suweren (większość), jest za. Mało tego, ze wszystkich aktualnych badań ankietowych w prasie i na portalach internetowych wynika, że większość jest przeciwna ograniczaniu tej bardzo istotnej dla każdego konsumenta usługi, jaką jest całotygodniowy handel.

 

***

Sprawa jednak jest poważna, więc trzeba zacząć od podstaw. Historia polskiego handlu detalicznego i hurtowego stanowi bardzo ważną i ciekawą część polskiej historii gospodarczej. Powszechnie jednak wiadomo, że w żadnym okresie historycznym nie byliśmy Fenicjanami Europy. To nie my podróżowaliśmy z polskimi wyrobami po całej Europie Wschodniej i Zachodniej, lecz raczej do nas przybywali kupcy z dalekich zakątków, a niektórzy z nich osiedlali się na miejscu i tworzyli mieszczaństwo zainteresowane handlem i usługami. Natomiast ani szlachta ani chłopi, umiejętności i talentów handlowych raczej nie mieli, chociaż to właśnie oni znani byli w całej Europie jako wielcy eksporterzy żywności, konkretnie zboża.

Możemy zatem od czasów Mieszka I przejść od razu do 19 wieku i po lekturze Lalki, poznaniu losów słynnego kupca Wokulskiego, oraz pogłębieniu swej wiedzy felietonami Prusa, dowiedzieć się, że w ostatnich stuleciach w polskim handlu dominowały mniejszości narodowe Arystokracja na biznesie się nie znała i sytuacja ta zmieniła się dopiero po II wojnie światowej, z wiadomych powodów. O tym jak wyglądał handel w Polsce w czasie okupacji i bezpośrednio po wojnie – wiemy z piosenek, filmów i przekazu rodzinnego; niektórzy sami pamiętają jak to wyglądało. Mówiąc krótko, wyglądało fatalnie, ale bardzo szybko, bo już w 1945 i 46 roku tzw. inicjatywa prywatna zaczęła odbudowywać skrzyżowanie Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi i tworzyć pierwsze oazy parterowego luksusu handlowego w samym środku zrujnowanej stolicy.

No i wtedy właśnie nasz ówczesny Główny Specjalista od Gospodarki, minister Hilary Minc – pochodzący zresztą ze znanej kupieckiej rodziny, rozpoczął „Bitwę o handel” która trwała przez 3 lata, równolegle z 3 letnim Planem Odbudowy, a więc od 1947 do 1949 roku. Warto sięgnąć do jakiś źródeł lub podręczników, bo nieubłagana walka z prywaciarzami przez nakładanie różnych podatków oraz grzywien zwanych „domiarami”, a także po prostu wsadzanie ludzi handlu do więzienia, została dokładnie opisana. Niektóre z tych pomysłów walki z różnymi „spekulantami” i innymi wrogami ustroju, jak np. drobnymi wytwórcami, hurtownikami i rzemieślnikami dzięki programom sądowym w Polsacie jakoś się nam kojarzą z teraźniejszością, a powszechnie znany i słynny etos instytucji skarbowych którzy przetrwał do dzisiaj, powstał właśnie w tamtych latach.

cedet-1967

CDT – 1967

W wyniku „Bitwy o handel” ze 134 tysięcy prywatnych firm handlowych w roku 1947 w roku 1949 pozostało 78 tysięcy, czyli trochę więcej niż 50 %, ale w zasadzie „Bitwa” została wygrana. Na pobojowisku pozostały głównie upaństwowione sklepiki i warsztaty oraz 22 nowe, duże domy handlowe w większych miastach – pod wspólną nazwą PDT. W Warszawie na rogu Brackiej i Alej zbudowano największy z nich, Centralny Dom Towarowy, inaczej „cedet”, na wzór moskiewskiego GUM (skrót od Gławnyj Uniwersalnyj Magazin), który właśnie odbudowujemy..

Jak wyglądał przez długie lata PRL-u handel w Polsce najlepiej dowiemy się z powieści „Zły” Leopolda Tyrmanda, który opisał w niej zarówno kupowanie samochodów “z ręki do ręki”, jak i nabycie ciuchów na Bazarze Różyckiego oraz zakupy w „cedecie”. Niemniej cały czas państwowy handel jakoś pomału się rozwijał, nawet architektonicznie, czego dowodem był słynny, niezapomniany Supersam na Placu Unii, oraz inne duże supermarkety w całej Polsce.

Ale w porównaniu z najbliższymi sąsiadami z RWPG, a zwłaszcza NRD, byliśmy bardzo ubogimi krewnymi. Dotyczyło to zarówno liczby nowoczesnych sklepów, asortymentu towarów i ich jakości, architektury handlowej oraz różnych usług handlowych. Nic dziwnego, że wyjeżdżając nawet na najbliższe wyprawy zagraniczne Polacy rzucali się do sklepów jak uchodźcy do punktów pomocy socjalnej i szybko zaczęliśmy słynąć ze wspaniałych detalicznych lub półhurtowych interesów na wszystkich azymutach.

Supersam, Warszawa

Supersam, Warszawa

Szczególne sukcesy odnosiliśmy w Turcji i Berlinie Zachodnim, ale dewiza „wycieczka musi się zwrócić” obowiązywała wszystkich, wszędzie i… sprawdzała się za każdym razem.

Okres stanu wojennego to klasyczne sięganie dna kryzysu gospodarczego i handlowego, puste półki, kartki na wódkę, papierosy i buty, kilkudniowe kolejki przed niektórymi sklepami i odhaczanie listy, nocne wyprawy z miast po żywność na wieś i tak dalej, więc właściwie o handlu nie ma co pisać.

Dopiero w 1990 roku zaczyna powstawać w Polsce normalny, zbliżony do europejskich standardów handel detaliczny. Na początku mieliśmy pustki w sklepach i „kraj pchlich targów” gdzie sprzedawano głównie tandetne przemycane towary ze wszystkich możliwych kierunków oraz rozmaitą starzyznę rozłożoną na krzesłach, stolikach, albo na „ręczniaku”. Obok nich rozkwitały słynne „hurtownie”, gdzie na jednym łóżku turystycznym składowano 50 najtańszych magnetowidów z Korei albo Malezji, o których barwnie opowiadali Bagsik i Gąsiorowski.

Państwowe centrale typu exportimport i PDT-y z wielkim trudem, bo bez przydziałów dewiz, zaczęły pozyskiwać barterowo trochę towarów z zagranicy, PSS, MHD i inne sklepy żywnościowe zaczęły zwiększać asortyment krajowy, ale i tak co najmniej połowa zaopatrzenia odbywała się na wolnym rynku, niczym na orientalnych sukach. Pomału likwidowano gigantyczny bazar wokół PKiN, zamiast łóżek i stolików jako lad sklepowych, powstawały coraz większe stragany i „szczęki”.

Ale jednocześnie pojawiły się pierwsze naprawdę nowoczesne zagraniczne stacje benzynowe i pierwsze wybudowane od fundamentów hipermarkety najbardziej znanych handlowych kompanii europejskich, wyposażone w ogromne parkingi, gdzie szalały gangi złodziei samochodów. W ciągu ostatnich lat, ta ewolucyjnie najwyższa forma detalicznego handlu rozprzestrzeniła się po całym kraju.

stadion-dziesieciolecia

Stadion Dziesięciolecia w Warszawie. Ulica z wietnamskimi barami.Foto Maciej Landsberg

Ostatnim bastionem prawdziwego polskiego wolnego rynku był Stadion Dziesięciolecia z przyległymi „dzikimi polami”, ale i on poległ przed Euro 2012.

Powiedzmy sobie jednak szczerze, że po 26 latach kapitalizmu, w dalszym ciągu nie dorównujemy jakością handlu i to zarówno w dziedzinie supergalerii handlowych, jak i zwykłych supermarketów czy dyskontów, ani krajom Europy Zachodniej, ani byłym „demoludom”, gdyż nie walczono w nich na śmierć i życie w czasach „Bitwy o handel” i ocalały tamże kilkusetletnie dobre tradycje. Nadal w PKB na głowę mieszkańca należymy do grupy trzech najuboższych krajów Unii Europejskiej i przy rocznym tempie wzrostu PKB rzędu 3 procent i ogromnych rozpiętościach między biedą i bogactwem, ta sytuacja szybko się nie zmieni. Widać to także w rozwoju handlu.

Dowodem mojej tezy, może być fakt, że po likwidacji „Sezamu” na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, w całym centrum Warszawy mamy nadal stanowczo za mało dużych uniwersalnych domów towarowych. Między Placem Bankowym i Placem Unii Lubelskiej nie mamy ani jednego pełnoasortymentowego hipermarketu żywnościowego, tylko kilka mizernych supermarketów, a cały wielkopowierzchniowy i elegancki handel w tym rejonie to głównie konfekcja. Prawdziwe, duże dobrze zaopatrzone i eleganckie sklepy żywnościowe w stolicy znajdują się na dalekich peryferiach, w Jankach, Markach czy Piasecznie, tak jakby miały zaopatrywać głównie mieszkańców podwarszawskich wiosek i miasteczek. W efekcie zakupy w najbliższych centrum hipermarketach np. w Arkadii czy na Dworcu Wileńskim to pasmo udręczenia w czasochłonnych kolejkach, mimo nieustających prób kierownictwa poprawienia organizacji obsługi klienta. Trzeba jednak przyznać, że we wszystkich działających na terenie Polski organizacjach handlowych, zarówno małych, lecz licznych dyskontach i krajowych sieciówkach oraz w wielkich kompaniach widać ogromny postęp i stałe wprowadzanie różnych ulepszeń oraz powiększanie atrakcyjności asortymentu.

 

***

Tak się jednak nieszczęśliwie składa, że żadna z nadal obecnych w Polsce dużych międzynarodowych kompanii, budujących i eksploatujących wielkie hipermarkety „malle”, centra handlowe i duże galerie, wielkie hurtownie typu cash and carry oraz najbardziej popularne sieci dyskontów, które najsilniej podbiły nasz rynek detaliczny, nie jest firmą polską, więc jako zagraniczny wyzyskiwacz  nie cieszy się sympatią obecnej władzy. Niektórzy politycy przypomnieli sobie zatem dorobek Hilarego Minca z 1947 roku i postanowili potraktować zagranicznych kapitalistów i spekulantów dokładnie takimi samymi metodami, jakimi władze PRL pokonały prywaciarzy w czasie „Bitwy o handel”.

Uznano po prostu, że handel detaliczny jest sektorem strategicznym i podobnie jak sektor bankowy powinien wrócić w polskie ręce. Jednocześnie działacze Solidarności zabrali się do zbierania podpisów za ustawą przeciwko otwieraniu w niedziele zagranicznych hipermarketów, supermarketów i dyskontów, która miała rzucić megahandel na kolana. Jeszcze przed wejściem w życie tej ustawy, władza nałożyła „na wszelki wypadek” na wszystkich handlowców, także krajowych, progresywny (w zależności od obrotów i powierzchni sklepu) tzw. podatek sklepowy, który ma przynieść budżetowi około 1, 6 miliarda złotych rocznie.

Można w tym miejscu dodać, że prawie wszystkie (poza „lumpeksami”) większe hipermarkety i supermarkety, dyskonty oraz większe sklepy firmowe z konfekcją – w Polsce mają zagranicznych właścicieli. Ale nawet gdy firmy te nominalnie są polskie, ich właściciele załatwili sobie płacenie niższych niż w Polsce podatków w Luksemburgu, na Malcie, Cyprze i innych równie pięknych miejscach, zwanych „rajami podatkowymi”, w ramach tak zwanej „optymalizacji podatkowej”.

Urzędy Skarbowe oraz Urzędy Kontroli Skarbowej zostały zatem skierowane na pierwszą linię, do wykrywania wszystkich „usterek podatkowych”, natomiast do zadań specjalnych, szczególnie największych nadużyć i przestępstw związanych z VAT-em, lub handlem paliwami płynnymi oraz płacenia CIT i PIT w rajach podatkowych skierowano najlepsze służby śledcze, podobnie jak w „Bitwie” z lat 1947 –49.

Wyczuwając te nastroje sporo atrakcyjnych i znanych w wielu krajach dużych sieci handlowych już się z Polski wycofało, lub jest w trakcie likwidacji, ale kolejki do kas w pozostałych obiektach nadal rosną.

Oceniając jednak uczciwie problem zagranicznego kapitału handlowego, który zdecydowanie zdominował polski rynek hurtowy i detaliczny, natomiast ogromne zyski z tego procederu albo ukrywa w inwestycjach, albo transmituje do zagranicznych centrali – niechęć władzy jest w dużej mierze uzasadniona. W momencie, gdy polska gospodarka po zapaści lat 80 zaczynała się odbudowywać, nie mieliśmy w kraju ani „know-how”, ani żadnych możliwości kapitałowych, żeby zbudować w pełni nowoczesny handel. Władza gospodarcza w latach 90 uważała, że tylko prywatne firmy powinny istnieć we wszystkich sektorach gospodarki i była skrajnie przeciwna jakiemukolwiek wsparciu państwowych inwestycji handlowych, najchętniej sprzedając je „z wolnej ręki”, jak na przykład wszystkie domy towarowe.

bazar

Bazar pod Pałacem Kultury

Główny Ekonomista publicznie zachwycał się widokiem zapchanego przez składane łóżka i stoliki chodnika na Marszałkowskiej pod Domami Centrum. W tej sytuacji wielki zagraniczny kapitał handlowy wszedł w polski rynek jak nóż w masło i wątpię czy kiedykolwiek się wycofa.

Polacy w swych codziennych zakupach nie ulegają łatwo reklamie, więc najprawdopodobniej wzrost obrotów, zarówno w hipermarketach jak i dyskontach, wynika z korzystnych cen, rosnącego asortymentu i pełnej całotygodniowej dostępności. Polska, co doceniają szczególnie klienci z otaczających nasz kraj państw ościennych, należy bowiem do tych krajów, w których cudzoziemcy swoje zakupy i wizytę u fryzjera lub dentysty, zwłaszcza na pograniczu, mogą załatwić także w niedzielę, a nawet, podobnie jak w licznych sieciach handlowych w USA, przez 7 dni i 24 godziny.

Ponadto, wbrew rozmaitym niedomówieniom lub nachalnej antypropagandzie, Polska jest w wyraźnej większości wśród krajów UE gdy chodzi o handel w niedzielę. Tylko dwa kraje w Europie: Niemcy i Austria, stosują twardy zakaz niedzielnego handlu, natomiast pozostałe jak np. wszyscy nasi pozostali sąsiedzi (a więc byłe kraje socjalistyczne oraz Szwecja, Dania i Finlandia) mają sklepy otwarte cały tydzień. Pozostała część Unii stosuje tylko różne niewielkie ograniczenia, zaś Hiszpania decyzje pozostawia samorządom lokalnym.

Ale nasi specjaliści od upiększania nam życia i formowania właściwego światopoglądu zdecydowali się na wojnę „w słusznej sprawie” aż do całkowitego zwycięstwa. Postanowili wychować konsumentów przez zakazy i szlabany oraz jednoznaczny i twardy, zabezpieczony maksymalnymi grzywnami i odsiadką więzienną, zakaz otwierania obcych nam zagranicznych sieci i franszyz w niedzielę aby dowieść że „tu żartów ni ma i nie będzie”.

Idee te wsparli znani specjaliści od gospodarki, modelu konsumpcji, preferencji konsumenta, efektywności gospodarki, wzrostu i spadku zatrudnienia, jak A. Macierewicz, J. Gowin, A. Fotyga, K. Pawłowicz, M .Błaszczak i Robert Tylus, którzy już dawno, obiema rękami podpisali się pod projektami zakazów. Najbardziej zaangażowani fundamentaliści byli przeciwni otwieraniu w niedzielę nawet aptek i stacji benzynowych, bo przecież każdy może zatankować paliwo do kanistra lub kupić Viagrę i pastylki leczące zgagę, w sobotę na zapas, jednak frakcja liberalna podobno przeforsowała wolny dostęp do farmacji oraz paliw i napojów alkoholowych na stacjach paliw, które są częściowo polskie.

 

* * *

Trudno zrozumieć o co chodzi w nowej „Bitwie o handel”. Nasi politycy wiedzą dobrze, że obecne w Polsce zagraniczne firmy handlowe należą do superelity światowej, są w Polsce dobrze zakotwiczone i nie dadzą się zniszczyć zwykłą konkurencją ze strony krajowych sieci, czy pojedynczych sklepów tym bardziej że kilka z tych najbardziej znanych właśnie upadło, lub jest na skraju bankructwa.

A zatem spytajmy, czy polskie władze chcą pójść na całość i wygnać wszystkie obce nam koncerny z Polski, wysadzić w powietrze ich pawilony i parkingi oraz zaorać ziemię, czy tylko je maksymalnie opodatkować, oskarżyć o nadużycia i spekulację oraz menadżerów wsadzić do więzienia, a potem upaństwowić za „symboliczną złotówkę”, zaś zagraniczne wędliny, owoce, sery i makarony, zwyczajnie spalić na stosie?

Niestety Minc już nie żyje, wiec nie może nam poradzić, która opcja jest bardziej patriotyczna i lepiej wpisywałaby się w narodowe tradycje.

Poza tym generałowie i marszałkowie nowej „Bitwy o handel” chyba nie wiedzą, że wypowiadając wojnę zagranicznym hipermarketom wypowiadają ją także… krajowym konsumentom, którzy przyzwyczajeni przez całe lata do niedzielnych zakupów mogą stworzyć czarny rynek, podziemie handlowe, nielegalne jarmarki wyprzedażowe i otworzyć wszechobecne meliny alkoholowe, oraz różne „giełdy”: ciuchowe, samochodowe, rowerowe, elektroniczne i warzywne.

Przećwiczyliśmy to przez minione dekady.

Na pewno konsumentom nie spodoba się narzucona przez władzę rola zakładników w tej wojnie, bezwzględnie niedopuszczonych do niedzielnych atrakcji w galeriach. No i oczywiście ważna jest odpowiedź na pytanie czy wyroki więzienia i wielotysięczne grzywny będą dotyczyły zarówno sprzedawców jak i kupujących…

 

***

Oczywiście przewodniczący Piotr Duda (który od wielu miesięcy nie wspiera już górników węglowych, lecz występuje w roli głównego lidera dobrej zmiany w handlu i jako dobroczyńca ekspedientek i kasjerek w sklepach) ogłosił, że niedziela musi być dla Boga i rodziny – nie musi znać i rozumieć tak trudnych problemów, jak wzajemne zależności między produkcją i konsumpcją oraz popytem, podażą i wzrostem gospodarczym w nowoczesnej gospodarce.

Mógłby jednak dowiedzieć się choćby z prasy ekonomicznej i programów telewizyjnych, że we współczesnej gospodarce konsumpcja jest ważniejsza od produkcji, gdyż w skali globalnej ta ostatnia nie ma praktycznie żadnych ograniczeń materiałowych, kapitałowych, siły roboczej, natomiast największym problemem jest sprzedanie i skonsumowanie nowych produktów.

vanc-packard

Vance Packard

Nowoczesny handel, czyli dostępny przez cały rok i tydzień rynek konsumenta i stymulowanie realnego wysokiego popytu, jest obecnie uważany za najlepszy sposób na rozwój gospodarczy, zapobieganie kryzysom i bezrobociu. Cały ten mechanizm, zwany przez specjalistów „modelem konsumpcji” odkrył w USA w latach 60. i 70. Vance Packard, autor socjologicznych bestsellerów takich jak „The Hidden Persuaders”, „The Waste Makers” i „The Status Seekers” w których pokazał potęgę handlu marketingu i konsumpcji w bogatych krajach, zbliżających się do nadprodukcji dóbr i usług.

Jego śladem poszła ogromna liczba naukowców i popularyzatorów problemów ekonomiczno społecznych, zresztą często bardzo ostro krytykujących społeczeństwa konsumpcyjne. Niestety niewiele z tych książek przetłumaczono w Polsce, ale jednak trafiły na nasz rynek takie pozycje jak „Macdonaldyzacja społeczeństwa” George Ritzera, „Turysta” Deana M Mac Cannel oraz „Dzihad kontra Mcświat” Beniamina Barbera i wreszcie stosunkowo nowa pozycja Alana Aldridge’a „Konsumpcja”, będąca czymś w rodzaju podręcznika, która swoją potężną bibliografią uświadamia nam z jak poważnym problemem się spotykamy’

Ale jednocześnie z rozwojem konsumpcji, w najbardziej zaawansowanych rozwojowo krajach zmienia się charakter pracy i – jak twierdzi futurolog Alvin Toffler, autor „Trzeciej fali” –, mamy do czynienia z integrowaniem się roli konsumentów i producentów w osobie dostrzeżonego przez autora „prosumenta” który sam decyduje w jakie dni i w jakich godzinach pracuje, lub kiedy zajmuje się różnymi rodzajami konsumpcji.

A zatem coraz więcej ludzi domaga się dostępności do towarów i usług przez 24 godziny na dobę.

Częściowym rozwiązaniem jest oczywiście praca w domu i handel internetowy, ale odbiera on uczestnikowi takiego wariantu całą przyjemność przebywania w „świątyniach konsumpcji”, czyli wielofunkcyjnych galeriach handlowych. Stały się one już od kilkudziesięciu lat w zaawansowanych ośrodkach miejskich głównym centrum przyjemnej, czasami luksusowej rozrywki, połączeniem kina, kręgielni, sal fitnessu i spa, eleganckich kawiarni i restauracji oraz oczywiście najbardziej luksusowych sklepów. Jak do tej pory w Polsce nie ma jeszcze rozszerzenia tych rozrywkowych funkcji o nasze ulubione akwaparki, ale w zamorskich galeriach handlowych do dyspozycji konsumentów zbudowano sztuczne plaże tropikalne, lodowiska i kryte stoki narciarskie.

Nikt nie może nawet przypuścić, że w jakikolwiek dzień tygodnia takie ośrodki konsumpcji można zamykać, więc pracują w nich non-stop ludzie wszystkich specjalności, tym bardziej że np. na wielkich lotniskach, tuż obok hipermarketów, są kościoły wszystkich wyznań.

Okazało się także, iż pod powszechnym wpływem idei spełniania potrzeb konsumentów, dość daleko odeszliśmy, nawet w Moskwie, od czasów kiedy nie można było zjeść w restauracji obiadu między 12 a 16, bo wszechwładny personel miał przerwę obiadową.

 

* * *

Trudno dzisiaj wyobrazić sobie, że jakikolwiek poważny polski ekonomista mógłby stwierdzić że ograniczenia i zakazy w handlu, a więc sektorze bezpośrednio podłączonym do strefy konsumpcji, mogą wpłynąć pozytywnie na wzrost gospodarczy i ogólny dobrobyt. Równie dobrze moglibyśmy ogłosić że zamknięcie 14 procent przychodni, szpitali i gabinetów lekarskich poprawi poziom służby zdrowia i zdrowotność Polaków.

Zapytany jednak onegdaj o skutki wprowadzenia nowej antyhandlowej ustawy zwolennik zakazu i minister finansów Paweł Szałamacha, przedstawił absurdalny pomysł, żeby przez dwa lata wprowadzić zakaz handlu w pierwszą niedzielę miesiąca (czyli 12 dodatkowych dni świątecznych rocznie ) jako eksperyment i potem podjąć decyzję czy zamykać sklepy w pozostałe niedziele. Najwyraźniej widać, że Pan Minister nie orientuje się gdzie można kupić bilet do Budapesztu, żeby poznać osobiście sytuację po właśnie zakończonym całorocznym eksperymencie. Może warto się uczyć na cudzych błędach, a nie własnych.

Jeszcze zabawniejsza była wtorkowa (6.09) wypowiedź wicepremiera Morawieckiego, który zalecił konsumentom, żeby zamiast w niedzielę chleb kupowali w sobotę, zaś buty w piątek. Następnie poinformował „ciemny lud”, że tylko w Polsce „panuje w handlu wolnoamerykanka”, podczas gdy cały świat stosuje niedzielne ograniczenia. Niestety Pan Morawiecki ma jakieś kłopoty z geografią gospodarczą, gdyż sytuacja jest – jak mówiliśmy – dokładnie odwrotna Tak się złożyło, że następnego dnia w Internecie (Onet.biznes. pl) ciemny lud mógł zobaczyć mapę Europy, z dokładnymi informacjami potwierdzającymi wyjątkowość Niemiec i Austrii.

Budowa nawet najbardziej innowacyjnego i kreatywnego przemysłu nie może być sztuką dla sztuki. Jego produkty trzeba sprzedać, a więc cały czas musi rozwijać się nowoczesny handel, bo to on jest główną podporą rozwoju gospodarczego. Dlatego wszelkie bitwy, zakazy i ograniczenia w handlu i konsumpcji, są pozbawione sensu i skazane na porażkę.

Każda rozsądna strategia rozwojowa, zwłaszcza z 25-letnim horyzontem czasowym, musi uwzględniać aktualną wiedzę na temat roli konsumpcji w gospodarce oraz projekcje futurologów na temat zmieniających się preferencji konsumentów i ich celów oraz potrzeb, obecnie i w przyszłości.

 

***

Jak pisałem wyżej, Polska w latach transformacji dzięki inwestycjom zagranicznym zaczęła dość szybko nadrabiać opóźnienia w handlu, ale dość liberalnie podchodziła do kodeksu pracy w tych przedsiębiorstwach — tym bardziej, że rządowe szacunki rozmiarów bezrobocia okazały się bardzo zaniżone, a rzeczywistość mocno przerosła oczekiwania. Na rynku pracy zaistniała wyraźna przewaga przedsiębiorców nad pracownikami i niemal we wszystkich dziedzinach zatrudnienia zarobki były małe, a bezrobocie wręcz rozkwitło. Zaowocowało to bardzo duża emigracja zarobkową nadwyżek siły roboczej kiedy tylko pojawiły się możliwości wyjazdu do krajów unijnych. Nie nastąpił jednak wyraźny wzrost płac, a handel należał do takich sektorów, w których szybko pojawił się siedmiodniowy tydzień pracy narzucony głównie przez duże koncerny i tzw. sieciówki. Jednak nawet w najbardziej ekskluzywnych sektorach wśród bardzo dobrze opłacanych specjalistów istniała cały czas bardzo silna presja na wydłużony dzień pracy który narzucali zatrudnieni jako szefowie „ekspaci” oraz nadgorliwi polscy menadżerowie.

W handlu niestety były i niskie pensje i długotrwała praca, zarówno w skali godzinowej jak i tygodniowej, toteż co pewien czas pojawiały się pomysły całkowitego zamknięcia sklepów w niedziele, zamiast zwiększenia zarobków i wprowadzenia wyższego premiowania godzin nadliczbowych oraz wygodnego dla pracowników systemu dni wolnych od pracy, z wykorzystaniem najlepszych rozwiązań zagranicznych i krajowych.

W całej tej sytuacji „absurdalność skrzeczy” na każdym kroku.

  • Po pierwsze, sytuacja polskiego handlu wymaga jego dalszego rozwoju jakościowego i powierzchniowego a nie ograniczania, gdyż w dalszym ciągu jest on znacznie poniżej poziomu krajów bardziej rozwiniętych, Rozszerzenie działalności czynnego 24 godziny na dobę handlu internetowego przez najbliższe lata nie spowoduje rewolucji i rezygnacji z zakupów w sklepach. Natomiast obecnie zamknięcie handlu w niedzielę jest równoważne z zamknięciem na stałe 14 procent najbardziej nowoczesnych zagranicznych powierzchni handlowych. Potocznie nazywa się to pluciem do własnej zupy, lub strzelaniem we własną stopę.
  • Po drugie, od wielu lat w Polsce przy każdej próbie ograniczenia handlu w niedzielę wyniki badań opinii były temu przeciwne i to samo dotyczy aktualnych sondaży w mediach i w prasie codziennej.
  • Po trzecie, leży na stole i ławach poselskich przykład węgierski, gdzie w kwietniu tego roku, po wprowadzeniu 15 marca 2015 zakazu handlu w niedziele, nie tylko konsumenci, ale także posłowie w parlamencie mieli zupełnie dosyć tej „najgłupszej ustawy” (jak ją określił Antal Rogan, szef kancelarii Orbana) W dniu 11.04 2016 głosowali oni miażdżącą większością 163 głosów za wycofaniem ustawy, tylko 2 było przeciwnych i 11 wstrzymało się od głosu..
  • Po czwarte, od roku jest gotowy znakomity 23-stronnicowy raport autorstwa PricewaterhouseCoopers globalnej firmy ekspercko-doradczej, opublikowany 15 maja 2015 r. w Internecie pt „Rynek handlu detalicznego w Polsce, potencjalne skutki wprowadzenia węgierskich rozwiązań regulacyjnych dla polskich sieci handlowych” (www.pwc.com) . Ekspertyza ta (która nie spotkała się z żadną fachową polemiką) nie tylko wskazuje, że konieczne będzie ograniczenie zatrudnienia w handlu w granicach od 50 do 100 tysięcy osób, ale także ostrzega przed spadkiem obrotów i dochodów do budżetu oraz sygnalizuje negatywne skutki dla dostawców, całej logistyki tego sektora i towarzyszącej mu „obudowy” w postaci gastronomii, rozrywki itp. gdzie również musi nastąpić proporcjonalna redukcja dochodów i zatrudnienia. Trudno także wyobrazić sobie gdzie znajdą pracę osoby zredukowane, gdyż redukcje raczej nie obejmą ludzi o poszukiwanych na rynku wysokich, unikatowych kwalifikacjach, lecz szeregowych pracowników.

 

* * *

Niestety cytowana ekspertyza pominęła frustracje i kłopoty konsumentów, których przez poparty karami więzienia zakaz niedzielnego handlu potraktowano z lekceważeniem i pogardą, jak gdyby ich preferencje, model spędzania i planowania czasu pracy, czasu i miejsca na praktyki religijne,wypoczynku i rozrywek z rodziną, nie miały żadnego znaczenia wobec interesów wypoczynkowych pracowników tylko jednego sektora – handlu detalicznego. Dla konsumentów są to wartości często niemierzalne w gotówce, niemniej stanowią jeden z najważniejszych elementów agregatu jakości życia (podobnie jak np. dobra opieka w służbie zdrowia, niezawodne funkcjonowanie wielu systemów transportu, łączności, straży pożarnej, wodociągów, kanalizacji i dostaw energii). Te wszystkie systemy obsługi obywateli muszą pracować 24 godziny na dobę przez cały rok i dobrowolnie pracują tam (a także w wielu innych miejscach) w niedziele i święta miliony konkretnych ludzi (spoza handlu).

Myślę że działacze Solidarności z handlu powinni jak najszybciej zapomnieć o minionych czasach PRL-u i „ekspedientkach z mięsnego”, które były najważniejszymi osobami w całej dzielnicy lub wiosce. Handel w każdym rozwiniętym państwie i gospodarce to sektor usług, a nie kasta władców. Nie pełni zatem funkcji władczych i nie może dyktować konsumentom w jakie dni mają się ustawiać w ogonkach, lecz powinien zaspokajać potrzeby klientów, grzecznie, z uśmiechem i kompetentnie. W obecnie panującym w Polsce ustroju obowiązuje hasło „klient nasz pan” i to jego interesy mają priorytet, a nie odwrotnie, mimo iż działacze z Solidarności nadal błądzą, sądząc że to oni rządzą krajem i będą decydować o prawach i przywilejach. Tymczasem nie potrafią zadbać choćby o przyzwoite paragrafy kodeksu pracy i zachęcić do działalności związkowej pracowników wielu sektorów oraz prywatnych przedsiębiorstw np. w budownictwie. Jeżeli zaś pracownicy handlu nie mogą się pogodzić z ruchomymi dniami wolnymi od pracy i chcą dłużej wypoczywać w niedzielę wraz z rodziną niż np. pielęgniarki i lekarze w szpitalach, ratownicy pogotowia w górach i nad wodami, czy strażacy w sezonie zagrożenia pożarowego, oraz miliony ludzi którzy pracują poza typowym etatowym czasem pracy, to niech poszukają sobie ciekawszej i lepiej płatnej pracy.

prl 2Konsumentów, którzy mają niezbywalne prawo do najlepszego poziomu usług w ramach swoich budżetów, mamy w Polsce kilkadziesiąt milionów, zaś podpisów zwolenników zakazu niedzielnego handlu (prawdopodobnie handlowców) Solidarność zebrała jedynie 500 tysięcy, czyli słownie: półtora procent. Według danych GUS z 2013 roku, w całym sektorze handlu detalicznego pracowało milion dwieście tysięcy osób, z tego w sklepach 202 tysiące, zaś w największych sieciach 335 tysięcy. Okazuje się więc, że nawet żywotnie zainteresowanych nową ustawą pracowników tego sektora, perspektywa wolnych niedziel jakoś nie kręci. Sądzę, że żadna władza nie ma prawa do zmuszania milionów klientów do „robienia sobotnich zapasów” w gigantycznych kolejkach, które zawsze pojawiają się w dużych sklepach przed dniami wolnymi od pracy i uczyć ich jaki towar mają kupować którego dnia. Nie ma też uprawnień do wypychania konsumentów na niedzielne zakupy w „małych rodzinnych sklepikach” o ograniczonym asortymencie, które uznano w ustawie za jedyny dopuszczalny wyjątek od reguły, jako optymalny i przyszłościowy model handlu detalicznego w Polsce. Pomysł ten można porównać do korzystania w transporcie — zamiast wygodnych tramwajów, autobusów, samolotów i szybkich pociągów — z przymusowej przesiadki do brudnych busów, dorożek lub riksz. Bez wątpienia zamknięcie wszystkich sklepów w niedziele, to bardzo daleko idące naruszenie nabytych w ostatnich latach praw konsumenckich do spokojnych i wygodnych zakupów i myślę, że bardzo silnie sprzeciwić się nowej ustawie powinien zarówno Rzecznik Praw Obywatelskich jak i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Ponadto nie istnieje żadna logiczna sprzeczność pomiędzy robieniem zakupów w niedzielę, a udziałem w praktykach religijnych, gdyż udział we mszy czy modlitwa w domu jest możliwa nie tylko w niedziele, ale także we wszystkie dni w tygodniu, w znacznie szerszym zakresie godzin od rana do wieczora, niż funkcjonowanie wielu sklepów. W mojej rodzinie modlono się rano i wieczorem oraz przed wszystkimi posiłkami, ale wątpię czy wśród pracowników handlu jest to zwyczaj powszechny. Warto też przypomnieć, że w niedzielę praca we własnym domu lub u pracodawcy nie jest grzechem, a robienie zakupów w sklepach przez klientów też nim nie jest, jeżeli to kogokolwiek obchodzi.

Skoro zatem nie istnieją żadne logiczne przesłanki dla rozpętania bitwy z zagranicznymi sklepami, to po co cyniczna obłuda i wyrafinowana hipokryzja, powoływanie się na rodzinę i wolność praktyk religijnych, fikcyjne korzyści dla pracowników i dla gospodarki? Uzasadnienie wprawdzie istnieje, ale jest bardzo wątpliwe. Otóż władza niedawno poinformowała nas, że handel detaliczny jest sektorem strategicznym (podobnie jak przemysł zbrojeniowy), a zatem powinien być w polskich rękach i służyć państwu.

Trudno przewidzieć jakie jeszcze decyzje w ramach „Bitwy o handel 2.0” podejmie Sejm kiedy reformiści zaczną wdrażać realizację „Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”. Na początek przewidywałbym wznowienie zakazu sprzedaży alkoholu przed godzina 13, tym bardziej że większość wytwórni wódki i browarów należy już do zagranicznych koncernów, ale możemy pójść nieco dalej i w niedziele zamknąć także elektrownie węglowe.

Pomogłoby to nam zbilansować zapotrzebowanie energetyczne i po oświetleniu mieszkań przez woskowe świece oraz łuczywa i inne pochodnie, spokojnie powrócić do pamiętnego z lat PRL-u dwudziestego stopnia zasilania.

A potem już pójdzie z górki — prosto do średniowiecza.

Janusz Dąbrowski

 

Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. j.Luk 2016-09-11
  2. Mr E 2016-09-14
  3. j.Luk 2016-09-14
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com