Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł — jesteśmy karykatury i jesteśmy tragiczna nicość i śmiech olbrzymi…
Prorocze to — patrząc na dzisiejsze czasy — słowa Norwida. Przypomniane zostały podczas pogrzebu Andrzeja Wajdy w Krakowie.
Są co prawda w gronie naszych rodaków tacy, którzy pragną wznieść się do lotu. Natychmiast jednak zrywają się kraczące wrony w ludzkiej powłoce. Zakraczą, zatupią. Usta mają pełne ckliwych słów o uzdrawianiu Ojczyzny na narodową modłę — od śniadania do kolacji. Czyny zaś podłe.
Nie tylko w szczecińskim i w innych stronach kraju, także w Warszawie, trwa pisanie życiorysów wbrew faktom. Właśnie zaburczano (zresztą nie po raz pierwszy) przeciwko upamiętnieniu imieniem Władysława Bartoszewskiego, tym razem, jednego ze skwerów na Woli. Uczestnik Powstania Warszawskiego, ps. „Teofil” – pan Władysław, patrzy na to z nieziemskich przestworzy z pełnym zrozumienia politowaniem.
Dla „prawdziwych Polaków” ani Wajda, ani Bartoszewski do wzorów patriotyzmu nie należą. Karłów w naszej Ojczyźnie – pisał Wieszcz Cyprian Kamil Norwid – wielu. Zalewa ich żółć zazdrości, że można być przyzwoitym.
Jerzy Klechta



KIG napisał w 1934 roku („Na pewnego Polaka”):
– Patrz, Kościuszko, na nas z nieba! –
raz Polak skandował
i popatrzył nań Kościuszko,
i się zwymiotował.
Tradycja w narodzie nie ginie…