Wbrew tytułowi nie będę mógł całować nikogo przez miesiąc, bo zrobiły mi się straszne zajady na ustach. Zrobiły, bo się przez godzinę zaśmiewałem po następującej rozmowie:
JA: W Polsce, niezbyt bogatym kraju, nie jesteśmy w stanie finansować wszystkich tematów badawczych. Finansując wszystko po trochu ani nie tworzymy nowych komercyjnych technologii, ani nie robimy badań podstawowych na miarę Nagrody Nobla. Musimy zdecydować się na kilkanaście najbardziej atrakcyjnych kierunków i na nich się skoncentrować organizacyjnie i finansowo.
EXPERT: Dokładnie tak. Po to mamy KIS, czyli Krajowe Inteligentne Specjalizacje.
Zacząłem się śmiać, a że jednocześnie płakałem z rozpaczy, że ktoś może taką rzecz powiedzieć, i zajady się zrobiły.
Jeżeli ktoś ciekawy, to może zajrzeć, co to takiego ten KIS:
Krajowe Inteligentne Specjalizacje – Ministerstwo Rozwoju
Witamy na stronie Ministerstwa Rozwoju. Na naszym serwisie znajdziesz informacje o rozwoju społeczno-gospodarczym Polski oraz funduszach europejskich.
Ja jednak skoncentruję się na jednym z kilkudziesięciu punktów tego 68-stronicowego dokumentu:
„Nowe formy, postaci leków, zarówno jednoskładnikowych jak i wieloskładnikowych.”
Firma farmaceutyczna Pfizer wydaje „w tym temacie” (i tylko w nim) na B+R dwa razy więcej niż cała Polska na wszystkie badania, co pokazuje, że KIS to jedna wielka lipa, i w zasadzie każdy naukowiec w Polsce znajdzie punkt w KIS-ie, który odpowiada tematowi jego badań.Na przykład, w KIS-ie nie ma tranzystorów, ale każdy tranzystor może być sensorem i już wtedy pasuje. Nie wiem, jak ten KIS powstawał (jeszcze za PO+PSL), ale podejrzewam, że przychodzili do Ministra Nauki różni lobbyści nauki i przekonywali Go (a w zasadzie Ją), żeby umieścił na liście ten temat, a nie inny. Pani Minister Kudrycka, a potem pani Minister Kolarska-Bobińska, oczywiście pojęcia nie miały, czy lepiej inwestować w biotechnologię, czy fotowoltaikę, więc na wszelki wypadek wpisywały wszystko jak leci, i w rezultacie dostaliśmy nie KIS, tylko KMIGK (czyli Krajowy Mało-Inteligentny Groch z Kapustą). Wybór tematów, na których polskie badania naukowe powinny się skoncentrować, jest niezwykle trudny. Trzeba mieć na względzie „excellencję” naukowców w danej dziedzinie, przygotowaną infrastrukturę badawczą, a także musimy zgadnąć jak świat będzie wyglądał za 5, 10, 20 lat. Trzeba do tego mieć „łeb nie jak sklep”, tylko jak wielki supermarket. Taki wspaniały łeb potrzebny jest nie tylko po to, żeby wymyślić, w których kierunkach mamy rozwijać naszą naukę, ale i w jaki sposób przekonać partie opozycyjne, naukowców, przedsiębiorców, wyborców, żeby zaakceptowali radykalną reformę świata naszej nauki i technologii.
Do tej pory filozofią finansowania nauki było przeznaczanie na utrzymanie danego laboratorium wystarczająco dużych funduszy, aby nie „zdechło”, ale kilkukrotnie za mało, aby powstała w nim atrakcyjna komercyjnie technologia, czy aby zostały otrzymane wyniki naukowe na miarę Nagrody Nobla. W rezultacie wydaliśmy na B+R przez te 25 lat około 200 mld zł, a zysku w postaci funkcjonowania nowych firm high-tech mamy pewnie na poziomie milionów, a nie miliardów. O Nagrodzie Nobla nie będę wspominał, bo na jedyną, na jaką możemy liczyć w najbliższej przyszłości, to Pokojowa Nagroda Nobla (np. Mateusz Kijowski).
Hazelhard



Nauka polska w tym także MNiSW nie zostały zreformowane po upadku komunizmu. Mimo kilkakrotnych prób nie została zmieniona stalinowska struktura nauki z absurdalnymi habilitacjami i podziałem na samodzielnych i niesamodzielnych pracowników nauki. Uczelnie wyższe finansowane z budżetu państwa, z senatami składającym się z profesorów i takimiż radami wydziałów stanowią jak w Potopie Sienkiewicza udzielne księstwa, które jak rody magnackie starają się z budżetu centralnego wyrwać jak największy kawałek z postawu sukna jakim jest budżet przeznaczony na naukę. To mechanizm przetargu o środki znany z PRL z kompletnie pozamerytorycznymi kryteriami przetargu. Nic dziwnego, że „KIS to jedna wielka lipa” a wydatki na „…B+R przez te 25 lat około 200 mld zł” dające w efekcie zyski na poziomie milionów ilustrują marnotrawstwo systemowe. Jedynym rozwiązaniem, w istniejącym porządku instytucjonalnym jest arbitralność decyzji na jakich kierunkach badań skoncentrować środki. Właściwie ten krótki artykuł wystarczy, żeby przekonać ludzi rozumnych przy czym jeśli chodzi o „…partie opozycyjne, naukowców, przedsiębiorców, wyborców…” to daremny trud bo te środowiska podatne są wyłącznie na argumenty polityczne, a więc także demagogię populistyczną. Nie tędy droga.
* * *
Według mnie należałoby napisać krótkie, 2-3 stronicowe memorandum inwestycyjne na ten fundusz KIS wskazując kilka osób które byłyby w stanie arbitralnie decydować o koncentrowaniu środków funduszu na wybranych badaniach. Dostęp do wiedzy na jakich badaniach koncentrują się w Europie i świecie inni powinien być pomocny przy podejmowaniu decyzji. Memorandum należy przekazać Ministrowi Rozwoju do rąk własnych oraz Ministrowi Nauki i Szkolnictwa Wyższego z podpisami Autorów poświadczonymi notarialnie. W memorandum należy zawrzeć informację, że brak reakcji wskazanych urzędników (np. w ciągu jednego miesiąca) upoważnia Autorów do opublikowania tekstu. Nie chodzi o wymuszanie decyzji na urzędnikach a o prawo upublicznienia informacji niewykorzystanej przez adresatów.
Sławku, Od czasu do czasu uczestniczę w komisji przyznającej granty. Na przykład ze 150 mamy wybrać 30 do finansowania. Zaręczam, że nie jest to łatwe zadanie i wymaga włożenia olbrzymiej pracy, aby zdecydować czy bardziej obiecująca jest nowa farba antybakteryjna, czy nowy sensor amoniaku. Wybór kierunków badań strategicznych to naprawdę zadanie dla Herkulesa.
@ HAZELHARD zdaję sobie sprawę ze skali trudności, ale nawet w arbitralnych decyzjach warto zastosować jakieś kryteria – np. rozwój już istniejących polskich wynalazków, o których ostatnio głośno bo rząd nie pomógł sfinansować wystawy po raz pierwszy od 24 lat. To naturalnie tylko przykład. Może warto się zastanowić wobec szczupłości środków czy nie lepsza byłaby strategia naśladownictwa zamiast strategii innowacji? Nie mam doświadczeń w tego typu komisjach. Jedyne przekłady jakie znam z autopsji to komitety inwestycyjne wielkich funduszy inwestycyjnych. Tam środki dzielone są na zasadzie jakości memorandów informacyjnych w postaci udziałów w przedsięwzięciach. Z nakładów 20% daje zwrot negatywny, 60% udziałów pracuje na zero lub zero z plusem, 19% jest dość dochodowych a 1% wybitnych. Te końcowe (lub pierwsze) 20% łącznie daje zwrot od 150% do 300% w ciągu pięciu lat. Może to jakaś droga? Fundusz rośnie z przychodów inwestycyjnych, bez łaski państwa.
Naśladownictwo zawsze jakieś jest, bo rzadko komu udaje się coś naprawdę przełomowego wymyślić, natomiast produkcja musi być na tyle nowa, żeby się konkurenci nie mogli przyczepić, że łamiemy ich IP (intelectual property). Co do funduszy, to na świecie są VCs (venture capital), który inwestuje w ryzykowne przedsięwzięcia high-tech’owe. Niestety, moje doświadczenie jest takie, że w Polsce można znaleźć chętnych do zainwestowania 1 mln zł, co dla przedsięwzięć niszowych jest potrzebne, ale nie dla większych. Warunek angielskich i amerykańskich VCs jest taki, że technologia musi się znaleźć w USA, lub Anglii, bo do rozwoju potrzebne jest odpowiednie otoczenie, a tego nie ma w Polsce.
Właśnie chodzi mi o to czy wobec szczupłości środków na R+D nie jest lepszym pomysłem zorganizowanie na zasadach komercyjnych funduszu typu venture niż dzisiejszy system dawania kasy na podstawie przetargu o środki z kryteriami co najmniej dyskusyjnymi. Fundusz taki miałby przynajmniej czytelne i jednoznaczne zasady inwestowania. Jeżeli „Wybór kierunków badań strategicznych to naprawdę zadanie dla Herkulesa.” to będziemy mieli w kółko marnotrawstwo środków przez rozpraszanie ich metodami przetargu pozamerytorycznego.
brakuje Ci wiary,
przecież to proste, wystarczy przeczytać kilka raportów towarzystw naukowych z innych krajów, chwilę się zastanowić i wiadomo.
Kolega z Unipressu napisał mi na przykład wczoraj, że będą powstawać w Polsce druty ze stosunkowo nowych nadprzewodników, nie jest to pewnie technologia tak skomplikowana jak towarzysząca układom cienkowarstwowym, którymi Ty się zdaje się zajmujesz, nie mniej jednak cieszy. Moja recepta na nauki ścisłe byłaby jednak tańsza, inwestować wystarczająco dużo środków w ludzi aby zatrudniać personel naukowy z innych krajów, dając im możliwość samodzielności, innymi słowy, istniejąca struktura współzależności w tym środowisku włącza więcej ujemnych niż dodatnich sprzężeń zwrotnych, o czym jestem przekonany.
Andrzejek jest wspaniałym Naukowcem od nadprzewodników, ale działa niemal sam, co, IMHO, skazuje Jego technologie na ciekawostkowość. Ja jestem trybikiem w 60-osobowym zespole półprzewodnikowym (GaN i pochodne), i mam podstawy sądzić, że nasz TopGaN osiągnie spory komercyjny sukces.
Natomiast raporty z innych krajów nic nam nie dadzą. Volkswagen, Sony, Pfizer, GE, i inne koncerny wydają znacznie więcej na B+R niż cała Polska. Działalność akademicka finansowana przez państwo (Niemcy, Japonia, Francja, USA, i in.) jest uzupełnieniem działań badawczych w tych dużych firmach. Przykładowo, Nichia, Sony, Sanyo, Sumitomo, Mitsubishi, Toyota, i in. na badania dotyczące półprzewodników azotkowych (LEDu, lasery tranzystory dużej mocy i częstości) wydają pewnie ze 20 mld USD, co ułatwia decyzję urzędnikom państwowym przeznaczyć 10 mld USD na ten temat z budżetu. U nas nie ma wielkich firm high-tech, stąd decyzje rządu, co finansować, są znacznie trudniejsze do podjęcia.
raporty o których pisze dają wiele, pokazują mianowicie kierunki naukowe, które są jednocześnie i najbardziej aktualne z punktu widzenia wyzwań współczenej nauki i potrzebne innowacyjnym gospodarkom najbardziej rozwiniętych krajów, wskazują także do czego – to wobec zaściankowości polskiej prognostyki (przeczytałem w życiu kilka raportów, interesowałem się kiedyś także zasadami kształtowania polityki badawczej realizowanej przez amerykański DOE, dostrzegam różnice). Pisząc że należy się wtedy chwilę zastanowić mam na myśli porównanie z polskim rynkiem badawczym, niepusta suma tych zbiorów będzie rozwiązaniem, plus oczywiście kilka naszych specjalności, oby były.
Ja nie będę komentował zaawansowania prac nad technologiami nadprzewodzącymi w kraju gdyż się na tym nie znam, znam się jedynie na aspiracjach środowiskowych a tych komentować nie chcę. Stąd także nie niedoceniałbym pomysłu zobowiązywania takich środowisk poprzez ich umiędzynarodowienie.
iloczyn zbiorów , uznamy to za literówkę
@ Sławek and PK.
Dzięki za uwagi.
Co do VC, to zagraniczne fundusze mają dość łatwo, bo mogą konsultować swoje poczynania z wielkim przemysłem high-techowym.
Co do przewidywania kierunków rozwoju, to w nadprzewodniki High-Tc władowano grube miliardy bez rezultatu. W badania nad zimną fuzją też sporo pieniędzy wsadzono. Ryzyko jest zawsze.
jak to bez rezultatu, przecież juź wiemy więcej, potem tylko przykro było patrzeć jak towarzystwo bez rezultatu maltretowało CMRki, paid job
Miałem na myśli rezultaty komercyjne, które były obiecywane, według mnie, zbyt pochopnie. Ale niewątpliwie, sporo nowej ciekawej i ważnej fizyki powstało dzięki temu.
Drogi Hazelu,
A bodajbyś sKISł ! — wygłupiam sie, oczywiście, ale to dlatego, że bardziej niz z obcym słowem „kiss”, nazwa KIS kojarzy mi się ze swojskim „skisł”.
.
Ale chciałem o czymś innym — mianowicie, w jednym z ostatnich tutejszych tekstów napisałeś, że Cię uczono „programowania przy pomocy dziurkowanych kart”, czyli wiedzy dziś już totalnie nieprzydatnej.
.
Otóz, chciałem troche sie do tego przyczepić. Widzisz, ja przez ten sam kurs przeszedłem na Fizyce na UW jeszcze wcześniej od Ciebie — tyle, że nie używaliśmy wtedy kart, tylko dziurkowanej taśmy. Ale i Ciebie i mnie uczono dwóch sztuk:
(a) „Przekladania” matematycznego problemu na język algorytmiczny, zrozumiały dla komputera; oraz (b) zapisywania tego języka na nośniku, który komputer potrafił odczytywać.
.
Tylko ta wiedza w (a) stanowiła „programowanie”. Ta wiedza z (b) miała sie tak do programowania, jak pisanie gesim piórem i inkaustem do tego, co ja w tej chwili pisze.
.
Mój kurs programowania prowadził wtedy młody brodaty magister o nieco mefistofelicznym wygladzie — dziś jest to bardzo zasłużony (autentycznie!) Profesor Madej.
.
Ja tej wiedzy (a) uzyskanej od (wtedy jeszcze) magistra Madeja używalem z pozytkiem w pracy nad moim doktoratem, i jeszcze w innych zadaniach. Kiedy nastał stan wojenny, to mało się ruszałem z domu, tylko wypisałem sobie długaśny program Monte Carlo na symulowanie czegoś, czego wcześniej nie robiłem. Potrzebowałem tylko nieznacznego uzupełnienia wiedzy otrzymanej kilkanascie lat wcześniej od mgr. Madeja.
.
Nie za bardzo na czym miałem puszczać ten program w Polsce stanu wojennego, ale pojechałem do USA do Seattle, zabierając zapisany na dziurkowanych kartach. W Seatt na Wydziale Fizyki też UW (tylko Univ. of Washington) zaraz mi pozwolono ten mój program zapuszczać na ogromnym tamtejszym kompie — tyle, że pewne zaambarasowienie powstało, gdy wyciągnałem ten swój plik kart. Profesor, „własciciel” rzeczonego kompa, zawołal jakiegos asystenta i powiedział mu :”Słuchaj, ty piec lat temu odłaczałes czytnik kart i przenosiłes go gdzieś do `storeroom’ w piwnicy, dałbys radę do znaleźć i na nowo podłaczyć?” — ja wykazałem jednak refleks i powiedziałem, ze ja zawartośc tych 300 kart bez trudu „wstukam ręcznie” z terminala. I tak sie stało. No i ten program stanowił później, że tak powiem, „jądro” programów, uzytych (po znacznym rozbudowaniu) przez trzech moich doktorantów (ostatni obroniony w 2012 roku).
.
Żeby podsumować — ta wiedza, którą uzyskałem od mgr. Madeja, stanowiła „zalązek” — i to bardzo spory — który później tylko uzupełniałem, przechoadząc przez szereg kolejnych jezyków (ALGOL60 -> FORTRAN II -> FORTRAN 77 -> C -> JAVA -> PYTHON. Do dziś tej wiedzy używam, własnie w tej chwili ze studentem zrobilismy (no, to „-my” w cudzysłowie…) program Monte Carlo na obliczanie masy krytycznej Uranu 235 — co ma zostać dalej rozwiniete, by stanowić model reaktora TRIGA i „pracę licencjacką” rzeczonego studenta. Mam też zamiar napisać ksiązke „Wstęp do numerycznego oblicznia orbit planet, księzyców, komet, asteroid i pojazdów kosmicznych” — dla zaawansowanych amatorów i początkujących studentów astronomii — no i te programy, które tam zamierzam umieścić, będą w znacznym stopniu oparte na tej wiedzy, która mi mgr.Madej wtedy wtłoczył do głowy (przyznam się — za pierwszym podejściem do kolokwium zaliczeniowego u Madeja poległem, ale za drugim zaliczyłem juz „with colours flying” (jak mówia Anglicy, lub „with colors flying”, jak mówią Amerytkanie) . No i własnie kiedy uczyłem się do tego poprawkowego, to mnie dopiero olśniło, ze programowanie to zaiste bardzo atrakcyjne zajęcie.
.
Pozdrowienia z krainy deszczów! (dzis wyjątkowo
jest w tym wiele racji, nie sposób jednak przecież znaleźć jednego kryterium efektywności na różnych etapach różnych badań, a zresztą, może jeszcze ktoś coś wymyśli
poniżej takie ..I had a dream.. w języku którego wprawdzie nie rozumiem ale oglądnąć sobie można, topganowi udanego take off i uważajcie w chmurach.