Dariusz Wiśniewski: God Bless AmeriKKKa

2016-12-24.

Polacy w USA: dobrze, że jesteśmy biali

Wiele lat temu, mój nowy szef – człowiek wykształcony i bez wątpienia biały – oprowadzał mnie po firmie, przedstawiając pracownikom. Wymienialiśmy uściski dłoni. Tom z każdym żartował. W sposób swobodny i przyjacielski. Wśród pracowników byli biali, ale również Latynosi oraz Afroamerykanie. Doszliśmy do mojego biurka. Tom uśmiechał się jeszcze, rozbawiony żartem, który przed chwilą z kimś wymienił, ale nagle spoważniał.

–   „Zrobiłem dla ciebie taką szachownicę. Widzisz? W każdym okienku jest nazwisko i zegarowy numer. W ten sposób nigdy ci się nic nie pomyli” – zapewniał. Potem rozejrzał się dyskretnie, czy nie ma nikogo w pobliżu, nachylił się, i wskazując na ostatnią kolumnę, powiedział ściszonym, ale wyraźnym głosem:  „a tu masz samych czarnuchów (all niggers), łatwo zapamiętać”. I uśmiechnął się do mnie serdecznie. Gdyż ja również byłem biały. Tom, jeżeli jeszcze żyje, prawdopodobnie głosował na Trumpa.

Dzięki Bogu jesteśmy biali. My, Polacy. To teraz atut. Zresztą, zawsze był. Miliony młodych Murzynów i Latynosów nigdy nie miało przed sobą takiej przyszłości, jaka się od razu otwierała przed niewykształconym Polakiem, który zaledwie tu przyleciał. „Właściwy” kolor skóry nie gwarantuje od razu sukcesu, ale w Ameryce to dobry start. „Białość” jest lepiej widziana. Przynależność do „właściwej” rasy przynosiła więc zawsze korzyści, ale teraz – po zwycięstwie Trumpa – uzyskaliśmy coś jeszcze, mianowicie przepustkę do moralnej większości.

Oczywiście, mamy pewne wątpliwości, czy taka nobilitacja nam się należy, ale przyjmujemy ją z pokorą gościa; nie kwestionujemy niesprawiedliwości, z której czerpiemy korzyści. To zadanie dla wybitnych jednostek. Żadna grupa społeczna nie rezygnuje dobrowolnie z przywileju, dającego poczucie wyższości nad innymi. Przy czym, aby utrzymać ten przywilej w USA, nie trzeba nawet walczyć. Wystarczy przyłączyć się do większości, do której przecież i tak należymy. Poprzez, chociażby, oddanie głosu na Trumpa.

To postawa cyniczna. Ale też powszechna, a zatem i powszednia. Człowiek najczęściej czuje się dobrze, jeżeli posiada coś, czego nie posiadają inni. Siedzimy więc cicho. Inni biali też. Polacy przybyli do Ameryki w poszukiwaniu lepszej przyszłości dla siebie i swoich dzieci, a nie po to, aby walczyć o równość społeczną. Wśród protestujących na amerykańskich ulicach przeciwko rasistowskim wypowiedziom Trumpa (i jego kontrowersyjnym nominacjom) raczej nie ma Polaków. Ale nie ma też Rosjan, Chorwatów czy Litwinów.

O wygranej  „pomarańczowego faceta” nie przesądzili jednak Polacy, a poor whites z obszarów rust belt ze stanów Ohio, Pennsylvania, Michigan, Kentucky, West Virginia czy Wisconsin. W tej kategorii Trump pobił Clinton w stosunku niemal 4:1. Bezrobocie i bieda wywołane globalizacją doprowadziły te ogromne obszary do gospodarczej zapaści, a mieszkańców do moralnej degradacji. Ludzie, którzy jeszcze pamiętają stalownie, kopalnie czy fabryki samochodów, zajmują się dzisiaj domową produkcją amfetaminy i pędzeniem taniego alkoholu. Pozbawieni pomocy finansowej, aby przenieść się do miast, czy opłacić kursy zawodowe, wegetują w nędzy i beznadziei. Państwo o nich nie pamięta, a społeczeństwo nie chce o nich wiedzieć. Większość z nich nie posiada wykształcenia średniego. Na Donalda Trumpa czekali całe życie.

Z perspektywy amerykańskiej trudno nie dostrzec analogii do narodowego populizmu PiS. W obu przypadkach uderza wrogość wobec liberalizmu, międzynarodowych umów, elit, skłonność do izolacjonizmu, militaryzmu i państwowego protekcjonizmu. W obu też przypadkach jest schlebianie obywatelom, obiecywanie im dodatkowych socjalnych przywilejów (Polska), albo państwowych wydatków na infrastrukturę i cła zaporowe (USA).

Trump chce przywrócić Stanom wielkość i w tym celu nawołuje do solidarności rasowej (co brzmi jak wojskowy apel o jedność przeciwko innym rasom). Hasło  „Make America Great Again” zostało odczytane przez miliony białych Amerykanów jako „Make America White Again”.

Kaczyński postuluje, aby Polska powstała z kolan (a klęczy się najczęściej przed kimś). Co jednak zbliża oba populizmy do faszyzmu, to fakt, że demagodzy Kaczyński i Trump „odcedzają” ludzi, którzy prezentują „mniejszą wartość” dla społeczności. Z małą jednak różnicą. „Pełnowartościowy obywatel” jest w Ameryce Trumpa opisywany w kategoriach rasowych, w Polsce – w religijnych i narodowych.

Ale komunikat jest identyczny: konieczna jest mobilizacja rasowa, religijna czy patriotyczna, aby naród odzyskał siłę i był ponownie wielki.

Najpierw jednak trzeba wskazać tych, którzy stoją nam na drodze. Potem należy ich publicznie zdeprecjonować i wykluczyć, albo chociaż upokorzyć. Jeżeli nie roznoszą nieznanych chorób (Kaczyński), to nie są czyści rasowo (Trump), albo religijnie, czy etnicznie (Trump). There are horrible people and wonderful people – powtarzał wielokrotnie Trump. Ci wonderful to oczywiście biali. Analogicznie, Kaczyński wprowadził kategorie dobrego i gorszego sortu, Polaków „prawdziwych” i „zdrajców”.

Wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA, podobnie, jak w Polsce po wygranej PiS, ożywił organizacje rasistowskie i skrajnie nacjonalistyczne. Przez lata Nazistowska Partia USA czy Ku-Klux-Klan były utrzymywane na marginesie. Teraz sytuacja zmieniła się.

Pierwszy raz od wielu lat pojawiły się antysemickie komentarze, a po 8 listopada zanotowano w całym kraju liczne przypadki werbalnych ataków na mniejszości rasowe, religijne i etniczne. Ku-Klux-Klan planuje wielką fetę na cześć Trumpa, a główny Mag Klanu, David Duke, powiedział, że wybór Trumpa to najszczęśliwszy dzień w jego życiu.

Idą chyba dobre dni dla białych. Na razie więc zostajemy.

Dariusz Wiśniewski

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. Dobek 2016-12-25
  2. Magog 2016-12-25
  3. hazelhard 2016-12-26
  4. Konteksty 2016-12-26
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com