Jerzy Zajadło: Anachronizm pojęcia „imposybilizm prawny”

2016-12-26.

[dropcap]W[/dropcap] polskim języku polityczno-prawnym pojęcie „imposybilizmu prawnego” pojawiło się za pierwszych rządów PiS na przełomie 2005/2006 roku. Za jego autora uchodzi wprawdzie Marek Jurek, ale upowszechnił je głównie Jarosław Kaczyński, i to raczej z jego nazwiskiem było ono od samego początku i jest do dzisiaj kojarzone (B. Machalica, Prawo według PiS, Tygodnik Przegląd z 4 lutego 2007).

Pojęcie to występuje głównie w języku publicystyki politycznej o charakterze propagandowym i według stanu mojej wiedzy nie zostało dotychczas poddane wnikliwej analizie naukowej na gruncie współczesnej teorii i filozofii prawa. W zamierzeniu autorów nadano mu pierwotnie sens zdecydowanie pejoratywny.

W polskim języku polityczno-prawnym był synonimem krępującego i nieracjonalnego formalizmu prawnego, który rzekomo uniemożliwia przyjęcie określonych oraz pożądanych społecznie regulacji i jest hamulcem postępu. W tej zbitce pojęciowej akcent położony został zdecydowanie na pierwszy człon, ponieważ znaczenie drugiego, „prawny” w znaczeniu prawa pozytywnego, nie budziło specjalnych wątpliwości – „imposybilizm” oznaczał więc jakąś wyimaginowaną „niemożność”, „niezdolność”, „nieumiejętność” zmiany stanu prawnego wynikającą albo z braku prawniczych kompetencji, albo z motywowanej politycznie złej woli. Tak czy inaczej, „imposybilizm prawny” jest w sensie semantycznym pewnym populistycznie atrakcyjnym neologizmem językowym stworzonym na potrzeby określonego modelu tworzenia i zmiany porządku prawnego.

W domyśle pozytywnym zaprzeczeniem „imposybilizmu prawnego”, chociaż takiego zwrotu raczej się unika, ma być „omnipotencja prawna” ustawodawcy – ergo, można wszystko, trzeba tylko chcieć i umieć. To „chcieć” i „umieć” dotyczy, w zamyśle autorów pojęcia, nie tylko proceduralnych kwestii formalno-prawnych, które można instrumentalnie przezwyciężyć, lecz także treściowej zawartości tak pojętej zmiany ustawodawczej w sensie materialno-prawnym, którą można kreatywnie i dowolnie kształtować.

Powtórzenie tego zabiegu po ponownym dojściu PiS do władzy w 2015 roku spowodowało dalszą eskalację znaczenia i zakresu krytyki rzekomego „imposybilizmu prawnego” – okazało się bowiem, że można i powinno się go przezwyciężyć także na poziomie konstytucyjnym, co w pierwotnej wersji w latach 2005-2007 jeszcze wyraźnie nie występowało. Więcej nawet, nie występowało jeszcze w takim stopniu, głównie ze względów taktycznych, w programie wyborczym PiS z 2014 roku i w hasłach kampanii wyborczej 2015 roku. Po zwycięskich wyborach natomiast w praktyce przełożyło się na dążenie i zdolność do pozakonstytucyjnej zmiany ustroju – abstrahuje się bowiem nie tylko od przewidzianej w konstytucji formalnej procedury jej zmiany, lecz także, a może przede wszystkim, od jej podstawowych zasad o charakterze materialno-prawnym. Ponieważ główną przeszkodą na froncie walki z „imposybilizmem prawnym” mógł się okazać Trybunał Konstytucyjny, przystąpiono do stopniowego funkcjonalnego paraliżu tego organu, a z czasem do całkowitej zmiany jego charakteru w ramach trójpodziału władzy. Tak przekształcony organ kontroli konstytucyjności prawa może się okazać w przyszłości jedynie listkiem figowym przykrywającym dodatkowo omnipotencję parlamentu – a de facto większości parlamentarnej lub, co gorsza, pozaparlamentarnego tzw. centralnego ośrodka decyzji politycznej.

W sensie filozoficzno-prawnym można by poszukiwać jakiegoś głębszego uzasadnienia dla tak pojętej walki z „imposybilizmem prawnym”, które wykracza poza polityczny instrumentalizm i populistyczne slogany. Na pierwszy rzut pasowałby do tego amerykański pragmatyzm prawniczy, ale są to tylko pozory. W rzeczywistości bowiem ten kierunek koncentrował się bowiem przede wszystkim na sądowym stosowaniu prawa a nie na jego tworzeniu i zmianie, a więc nie na tym o czym myślą w tym kontekście politycy PiS. Nawet amerykańscy pragmatycy otwieraliby szeroko oczy ze zdziwienia, co można rozumieć pod pojęciami „chcieć” i „umieć” w wydaniu PiS. Poza tym mam poważne obawy graniczące z pewnością, że przeciętni politycy PiS nie mają bladego pojęcia o tym, czym jest w swojej istocie anglosaski pragmatyzm prawniczy.

W retoryce komentatorów poszukujących źródeł ideowych inspiracji doraźnych pomysłów polityków PiS pojawia się też czasami decyzjonizm Carla Schmiita. Przy bliższym oglądzie może się jednak okazać, że jego teologia polityczna jest znacznie bardziej wysublimowana i nie do końca pasuje do prostoty, by nie powiedzieć – prymitywizmu, omawianego tutaj hasła „walczmy z imposybilizmem prawnym”. Moja interpretacja prawniczych poglądów Schmitta znacznie odbiega jednak od tego, co narzucili nam konserwatywni filozofowie polityki. Dla Schmitta ustrojodawcza decyzja suwerenna była momentem początkowym, punktem wyjścia, momentem startowym – później naturalnym otoczeniem prawa stawała się normalność, tymczasem politycy PiS próbują nas wprowadzić w stan permanentnej nienormalności, a jednocześnie nie mają wystarczająco dużo siły, pomysłu, odwagi i społecznego poparcia, by zdecydować się na bardziej radykalne „fiat” momentu początkowego w znaczeniu Schmitta. Ten temat wykracza jednak poza granice tego krótkiego felietonu – zainteresowanych czytelników zmuszony więc jestem odesłać do swojej książki „Schmitt” (Wydawnictwo Arche, Sopot 2016).

Powstaje oczywiście pytanie, czy prawnicy do tej pory nie znali czegoś takiego „imposybilizm prawny”? Otóż nawet jeśli nie byli tak „twórczy” jak politycy PiS i nawet jeśli nie posługiwali się wprost takim pojęciem, to nie znaczy, że było im całkowicie obce – tyle tylko, że rozumieli pod nim coś zupełnie odwrotnego. Już prawnicy rzymscy sformułowali np. zasadę impossibilium nulla obligatio (zobowiązanie niemożliwe jest nieważne). W filozofii prawa podobną konstrukcją posłużył się później w amerykańskiej jurysprudencji Lon L. Fuller w ramach tzw. wewnętrznej moralności prawa – jego zdaniem prawo nie może na nas nakładać obowiązków, którym nie jesteśmy w stanie sprostać. Widać więc wyraźnie, że impossibilium nie ma dla prawników znaczenia pejoratywnego. Wręcz przeciwnie, jest czymś co jest wpisane immanentnie w samą naturę prawa, a co za tym idzie także w istotę działalności ustawodawcy. Krótko mówiąc – prawo nie może wszystkiego, a ustawodawca nie jest omnipotentny, a więc dokładnie odwrotnie niż propozycjach PiS w jego walce z rzekomym i fałszywie pojętym „imposybilizmem prawnym”.

Zakwestionowanie idei omnipotencji ustawodawcy było głównym źródłem narodzin idei sądowej kontroli konstytucyjności prawa i uwzględniało np. negatywne doświadczenia republiki weimarskiej. Innymi słowy – po 2. wojnie światowej zrozumiano, że w procesie tworzenia prawa ustawodawcy nie wszystko wolno, ani w sensie formalnym i proceduralnym, ani w sensie materialnym i przedmiotowym. Dlatego właśnie zapisano to wielu powojennych konstytucjach, czasami wprost, czasami w sposób dorozumiany. Ale to właśnie konstytucja i tryb jej zmiany stanowią barierę dla arbitralizmu wszystkich trzech władz – paradoksalnie tworzą więc rodzaj „imposybilizmu prawnego”, ale w kompletnie innym sensie niż to sobie wyobrażają w swoich anachronicznych koncepcjach politycy PiS. Walka PiS z Trybunałem Konstytucyjnym jest więc także walką z naturą samego prawa, ale nie w sensie rzekomo krępującego formalizmu prawnego, lecz raczej w sensie tego wpisanego w proces tworzenia i zmiany prawa właściwie pojętego „imposybilizmu”.

Dokładnie tak Panie i Panowie z PiS – nie możecie wszystkiego, ponieważ samo prawo nie może wszystkiego i nie mydlcie ludziom oczu swoją walką z rzekomym „imposybilizmem prawnym” w waszym rozumieniu.

Jerzy Zajadło

Print Friendly, PDF & Email

6 komentarzy

  1. otoosh 2016-12-27
  2. Jerzy Zajadło 2016-12-27
  3. otoosh 2016-12-27
  4. Jerzy Zajadło 2016-12-27
  5. kolarz 2016-12-27
  6. Zbyszek123 2016-12-27
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com