Kiedy człowiek przemierza ścieżki historii zaskakują go czasami drobne, przynajmniej na pozór, niezgodności z wiedzą wyniesioną ze szkoły. Ta wiedza z oczywistych względów jest dość ogólna, ale bywa, że braki jakie u siebie odkryjemy dotyczą spraw fundamentalnych, na które w czasie nauki nikt nie raczył nam zwrócić uwagi.
Na dodatek kolejne pokolenia autorów podręczników robią wszystko, by niczego nie zmieniać w hierarchii ważności wydarzeń i ich opisie co z czasem powoduje utrwalenie się w umysłach ludzkich poglądów nie mających wiele wspólnego z prawda historyczną.
Jednym z najlepszych przykładów na takie szkodnictwo edukacyjne jest rok 1454 w Polsce.
Średnio rozgarnięty uczeń siedząc nad testem bez trudu rozpozna datę początku wojny 13 letniej, a wezwany by ją opisać, zgodnie z obowiązującym kluczem odpowie, że to czas, w którym Polska po wojnie z Zakonem Krzyżackim przyłączyła do swego terytorium Pomorze Gdańskie, zwane odtąd Prusami Królewskimi.
Gdyby mu powiedzieć, że to nieprawda? To nie Polska przyłączyła Pomorze, ale ono przyłączyło się do Polski. Wzruszyłby ramionami? Zapytał: – A jaka to różnica? Możliwe.
A różnica była na tyle zasadnicza, że w tamtym czasie narobiła szumu w całej Europie. Interwencje cesarza, papieża i wszystkich świętych późnego średniowiecza były tak gwałtowne jakby to im ktoś nóż do gardła przykładał.
Ale tak właśnie było. Oni ten nóż naprawdę poczuli.
Dlaczego?
Panujący i nie mający systemowej konkurencji średniowieczny feudalizm opierał się na kilku nienaruszalnych zasadach. Podstawową były relacje lennik – suweren, która to zasada jest znana osobom grzejącym szkolne ławy i na pozór nie sprawiająca kłopotów interpretacyjnych. A jednak rzadko, stanowczo zbyt rzadko tłumaczy się uczniom, że zasada ta działała w obie strony.
Lennik miał obowiązki wobec suwerena, ale i suweren był do wielu rzeczy zobowiązany wobec lennika. Do najoczywistszych była obrona lennika przed zagrożeniami z zewnątrz oraz nie podejmowanie działań na jego szkodę wewnątrz. Ten oczywisty i logiczny system, jak to w życiu bywa, przechodził czasem przez mniejsze lub większe przeszkody i perturbacje, ale w ogólnym zarysie działał sprawnie. No, chyba że nie działał. A co wtedy?
I tu dochodzimy do clou problemu.
Otóż wg panujących i teoretycznie przez wszystkich uznawanych zasad, jeśli suweren niedostatecznie chronił interesy lennika, lub co gorsza działał na jego szkodę, lennik miał święte prawo wypowiedzieć mu posłuszeństwo.
Zdarzało się to sporadycznie, ponieważ mimo wszystko była to ostateczność, ale jednak się zdarzało. Możnowładcy francuscy znali ten problem, bo u nich zdarzał się statystycznie najczęściej, szczególnie w okresie unifikacji kraju przez kolejnych królów, ale zwykle były to kłopoty o zasięgu lokalnym, prędzej czy później zażegnywane ku zadowoleniu wszystkich.
System trwał.
Wydarzenia tego rodzaju o skali całego regionu nie było nigdzie. Do czasu gdy Pomorzanie wypowiedzieli posłuszeństwo Krzyżakom i na dodatek potrafili swoje postępowanie uzasadnić w świetle obowiązujących zwyczajów i prawa.
Dlaczego to zrobili?
Zakon Krzyżacki miał teoretycznie podstawy, by zorganizować najlepiej funkcjonujące państwo ówczesnej Europy. Położenie geograficzne samo napędzało kasę do skarbca, a wprowadzone prawo magdeburskie, po modyfikacji znane jako chełmińskie, regulowało stosunki społeczne najkorzystniej spośród wszystkich istniejących wówczas państw. Większość miast pomorskich, nawet tych mniejszych, należała do Hanzy (tak przy okazji: wyraz ten niekoniecznie jest niemiecki, Słowianie znali swojskie słowo „chąsa” czyli grupa) co automatycznie stawiało je na wysokim szczeblu w strukturze europejskiego handlu, szczególnie morskiego.
Prawo krzyżackie nie znało przesądów stanowych, co jak na średniowiecze było elementem nieomal rewolucyjnym pozwalającym bogacić się każdemu, kto to potrafił.
No to dlaczego Pomorzanie się zbuntowali?
Odpowiedź jest aż nadto prosta: większość, naprawdę doskonałych zapisów krzyżackiego prawa pozostawała … na papierze.
Niemal każdy z braci, każdy z urzędników nie omijał żadnej okazji, by to prawo łamać.
Dlaczego?
Myślę, że powodem był brak perspektywy czasowej. Krzyżacy jako zakonnicy nie mieli rodzin, a nawet dzieci (oficjalnie) i ich pojmowanie rzeczywistości nie wybiegało poza kres ich własnego żywota.
Urzędnicy nie byli członkami żadnego korpusu służby cywilnej, ale zależeli od kaprysu aktualnego komtura, których to komturów Wielki Mistrz mógł zmieniać dowolnie z dnia na dzień.
Jeśli więc któryś z braci korzystał z pomysłu na zarabianie pieniędzy, to nie obliczał tego na przyszłość, na jakieś lata, ale na dziś, na teraz. Łatwo domyślić się, że nie zwracał uwagi na szkody jakie przy okazji poczyni.
Urzędnik, szczególnie obarczony rodziną musiał szybko „nachapać się”, bo za rok, za dwa mógł już nie być tym urzędnikiem, a dzieci i żona jeść wołały.
Liczba nadużyć i ewidentnych kantów czynionych przez tych ludzi była przeogromna. Skargi zanoszone do Wielkiego Mistrza nie odnosiły skutków spodziewanych, bo potrzebując wszystkich braci i gości zakonnych do urzeczywistniania swojej polityki, musiał patrzeć przez palce na ich postępowanie. Nawiasem mówiąc ta polityka też nie zawsze była w interesie poddanych, bo np. wypowiedzieć wojnę Hanzie znaczyło tyle, co odciąć kupców pomorskich od możliwości zarobkowania. A jeśli kupców to za nimi rzemieślników, rolników itd. A to się przecież zdarzało.
Wbrew obowiązującemu prawu bracia tworzyli przy miastach tzw. jurydyki, w których osadzali partaczy (od: – pars, – partis – część wydzielona), którzy nie należąc do cechu produkowali bez jego nadzoru, niekoniecznie dobrze jakościowo, ale za to dużo taniej. Nieuczciwa konkurencja szkodząca i rzemieślnikom i w ostatecznym rachunku także odbiorcom.
Takich przykładów można by wymieniać bez liku. Dochodziło do takich absurdów jak protest gdańskiego komtura wobec planów budowy nowego krantoru (dziś nazywamy go „żurawiem”) – urządzenia pracującego przy wy- i załadunku dużych jednostek, a także pomocnego w stawianiu masztów nowobudowanych statków. Kto miałby korzyść z zaniechania jego budowy? Nikt na to nie umiał odpowiedzieć. Nie bo nie!
Na dodatek wielcy mistrzowie nie przestrzegali prawa w zakresie konieczności okresowych spotkań z lokalnym samorządem (Stany pruskie), nie mówiąc o wysłuchiwaniu ich opinii w istotnych dla społeczności Pomorza sprawach. Kaprys naczelnego wodza liczył się bardziej, niż prawo, na które przecież on sam składał przysięgę.
W końcu miarka się przebrała, Pomorzanie zaczęli się organizować celem wymuszenia na Zakonie należnych im praw tak swobodnie łamanych przez rządzących. Najpierw Towarzystwo Jaszczurcze, a potem Związek Pruski szybko stały się reprezentantami interesów niemal całego społeczeństwa. Zakon coraz bardziej wyglądał na wyizolowaną grupę, coraz bardziej obcą we własnym teoretycznie kraju.
Kiedy bunt wybuchł, w Europie „zatrzęsła się ziemia”. Tak błyskawicznych i tak gwałtownych, wręcz histerycznych reakcji najwyższych europejskich dostojników kontynent jeszcze nie widział.
Papież jeszcze bez informacji o szczegółach sprawy rzucił klątwę na Pomorze spodziewając się zwyczajowej reakcji, czyli ukorzenia się grzesznika.
Tymczasem Pomorzanie, a co ciekawe – także tutejsze duchowieństwo – ową straszliwą broń po prostu zignorowali, by to tak elegancko ująć.
Czegoś takiego dawno nie przeżył żaden sukcesor apostolski.
Msze odbywały się jak zawsze, księżą nie odmawiali nikomu posługi religijnej, nikt nie zareagował na papieską klątwę.
Dziś możemy wzruszyć ramionami, ale na tamte czasy to był prawdziwy szok.
Jego znaczenie jako „złego przykładu” docenił cesarz, który zwołał sąd, ten zaś wydał kilkadziesiąt wyroków śmierci wobec osób, których nigdy na oczy nie widział.
I znowu nic. „Skazani” chodzili wolni, jeździli gdzie chcieli, nawet Krzyżacy nie ośmielili się ich ruszyć, a jako lepiej zorientowani usiłowali nawet doprowadzić do negocjacji.
Było już jednak za późno.
Kolejną ciekawostką było zachowanie strony polskiej, do której Pomorzanie zwrócili się z propozycją przyłączenia swoich ziem do kraju Kazimierza Jagiellończyka.
Król początkowo starannie unikał spotkania z wysłannikami Związku Pruskiego negocjując z nimi per procura, oficjalnie udając, że o niczym nie wie.
On również zdawał sobie sprawę z wagi tego co się w jego przytomności zaczęło dziać.
Co się zaczęło dziać? Otóż lennik w zgodzie ze świętymi prawami feudalizmu upomniał się o swoje prawa i swoje interesy. Z jednej więc strony wszystko było lege artis, a z drugiej każdy ówczesny władca mając „swoje” za uszami zdawał sobie sprawę czym grozi potraktowanie tego wydarzenia jako „normalnego” i zgodnego z obowiązującym porządkiem.
Przecież w każdej chwili, zachęceni przykładem Pomorzan, mogli wystąpić w obronie swoich praw inni niezadowoleni. Świat średniowieczny mógł lec w gruzach. Jeśli tak ludna i wielka powierzchniowo prowincja może sobie dowolnie wybrać władcę, to dlaczego nie inne?
Polski król miał jeszcze dodatkowy orzech do zgryzienia. Pomorzanie zaproponowali przyłączenie się do jego królestwa, ale na swoich warunkach, których nie zamierzali odpuścić.
Najważniejszym z tych warunków było … zachowanie na terenie Pomorza prawa krzyżackiego, oczywiście z dodatkowym warunkiem – jego ścisłego przestrzegania.
To był twardy orzech, bo polscy możnowładcy jak jeden mąż byli przeciw takiemu obrotowi sprawy dążąc do jak najściślejszej unifikacji kraju pod każdym względem.
Na dodatek duża część Pomorzan, w tym przywódcy buntu to byli Niemcy, Duńczycy, Flamandowie, Szkoci i inne elementy niepolskie na co także wielu patrzało z niechęcią.
Później np. korespondencja króla ze Stanami Pruskimi odbywała się w ten sposób, że król pisał do nich po łacinie, oni odpowiadali po niemiecku, a na zjazdach debatowali w dwóch – trzech językach – po polsku, niemiecku i holendersku na Żuławach.
Dziwactwo, nieprawdaż? Tylko, że to jakoś całkiem nieźle działało ku korzyści wszystkich.
Ile jest warte przestrzeganie prawa? Dla Pomorzan warte było wiele, bardzo wiele. Planując wojnę z Zakonem obliczano jej koszty na 10 mln ówczesnych dukatów. Astronomiczna suma. Połowę wpłacili Pomorzanie, a drugą, którą miał wpłacić polski król, pożyczyli mu … Gdańszczanie. Bez specjalnej nadziei na zwrot.
To pokazuje, że widocznie było warto.
Wiemy wszyscy jak się to skończyło itd.
Kiedy o tym piszę lub mówię, zawsze zastanawia mnie jedno.
We współczesnym świecie relacje władza – obywatel w zasadzie oparte są na identycznej formule. Prawo teoretycznie jest od tego by go przestrzegać (co tak ostro zawarowali sobie Pomorzanie w 1454 roku).
Jeśli więc jakaś władza (czysto teoretycznie, rzecz jasna) notorycznie je łamie, obywatele mają prawo wypowiedzieć jej posłuszeństwo. We własnym dobrze pojętym interesie. Nawet ci, którym w pierwszej chwili brakuje na tyle wyobraźni, by dostrzec, że w ich interesie także.
Histeria władzy w przypadku nawet podejrzenia o obywatelską niezgodę jest zrozumiała i bardzo podobna, której w opisanym przypadku ulegli i papież i cesarz. Nihil novi sub sole.
Pytania zasadnicze to 1) czy społeczeństwo umie zdefiniować swój prawdziwy, nie chwilowy lecz perspektywiczny interes? i 2) czy histeria władzy każąca jej posuwać się do kłamstw, zmyśleń, gróźb wobec obywateli będzie miała taka siłę oddziaływania, że skłoni ich do zaniechania walki o swoje?
Jeśli na pierwsze pytanie odpowiemy sobie przecząco, to zadam trzecie: jak to się stało, że niemal 600 lat temu można było go zdefiniować? Co o tym zdecydowało? Życie wówczas wcale nie było prostsze niż dziś, różne warstwy społeczne miały w dużej mierze odmienne interesy, czasem ze sobą sprzeczne. Element był etnicznie niejednolity.
A jednak się dogadali i zrobili co trzeba.
Jakim cudem?
A może wcale nie cudem?
Jest jeszcze jedna możliwość. Polskie społeczeństwo zdefiniowało także dziś swój interes, jego realizacja przebiega zgodnie z planem, tylko myśmy tego nie zauważyli.
Jerzy Łukaszewski


Jak zwykle, frapująca opowieść. A czy mógłbyś ją uzupełnić informacją, kto w jakim języku mówił w tym 1454 roku na Pomorzu?
Tego nie ustalisz precyzyjnie, ponieważ zależy kto i do kogo mówił. Gdańscy Niemcy do Polaka potrafili mówić po polsku, on do nich po niemiecku. Jest zapis o jednym z bogatych ziemian, który w Elblągu przemawiał do rady miejskiej wyłącznie po łacinie, a oni odpowiadali mu (Niemcy i Holendrzy) po niemiecku lub polsku 🙂 To zależało od konkretnych osób, a robiono tak, by wszystkim było wygodnie. Jeśli byli to ludzie innych narodowości mieszkający na Pomorzu już któreś pokolenie, to z reguły znali ze dwa języki, inaczej mieliby problemy z prowadzeniem działalności gospodarczej.
Co ciekawe stosunkowo szybko spolszczali się Szkoci, po których pozostały m.in. takie nazwiska „kaszubskie” jak Łajming. Po flamandzkich Van Kiddenach kilka pokoleń później został wybitny uczony, ks. Fankidejski. Synowie Vermoellena (wynalazcy goldwassera) mówili i pisali już tylko po polsku. Ale większość mennonitów z Żuław do II wojny pielęgnowała swoją odmianę holenderskiego.
Po II wojnie uznano ich za … Niemców i wysiedlono. To tak w podzięce za wielowiekową meliorację Żuław.
„Polskie społeczeństwo zdefiniowało także dziś swój interes, jego realizacja przebiega zgodnie z planem, tylko myśmy tego nie zauważyli.”
No właśnie.. czyli Historia kołem się toczy..
A tak nawiasem, to wreszcie dowiedziałem się o partaczach skąd to powszechnie używane słówko.
Dziękuję
Historia ta była mi znana w interpretacji działaczy samorządowych i lokalnych dziennikarzy z Torunia, gdzie losy rzuciły mnie służbowo w latach 2005-2007. Częścią tej historii było opowiadanie o tym jak Rada Miejska w Toruniu w lutym 1454 roku po poddaniu zamku mieszczanom natychmiast postanowiła o rozebraniu go aby, nigdy nie stacjonowały w nim wojska krzyżackie.
*
Według relacji tych Torunian w latach 90-tych XX w. Toruń odwiedził Wielki Mistrz Zakonu Szpitala…. w intencji pomocy w odbudowaniu zamku. Zakon miał środki na odbudowę kilku zabytków m.in. w dawnych Prusach Wschodnich. Po sprawdzeniu przez doradców z odbudowy zrezygnowano ponieważ Krzyżacy w umowie z Rada Miejską Torunia zobowiązali się nigdy tego zamku nie odbudowywać.
*
Opisana przez Pana Jerzego historia powstania Stanów Pruskich przeciw Krzyżakom rozpoczęta 6 lutego 1454 r. jest bardzo symptomatyczna dla tego co się może stać z nieznośnymi chamami i prymitywami, którzy uwzięli się zarządzać ludźmi wolnymi, dużo mądrzejszymi od siebie samych w sposób łamiący wszelkie normy, reguły i zasady począwszy od obowiązującego prawa.
Warunek nie odbudowywania żadnego z krzyżackich zamków był częścią umowy z Kazimierzem Jagiellończykiem. Szczególnie chodziło o te w miastach, jak wspomniany przez Pana Toruń czy Gdańsk.
Toruńskie ruiny mieszczą dziś m.in. restaurację, a gdańskie są częścią … apartamentowca 🙂
Ciekawe, ale ta restauracja z lat 60-tych do niedawna była większą ruiną niż zamkowe. Przynajmniej kilka lat temu. Z zamku toruńskiego pozostało „gdanisko” czyli wychodki zamkowe.
*
Krzyżacy się zobowiązali nie odbudowywać, ale Polacy mogą. A gdyby tak za parę lat odbudować choćby ten w Toruniu i zorganizować tam ….muzeum „dobrej zmiany” i pewnego toruńskiego „byznesmena”? Z kolei dziesiątki kilometrów fortów toruńskich świetnie nadają się na lochy polskiej Bastylii. I nie ma ich jak zburzyć!
A ja myślałem, że tam (nadal?) są piwnice win importowanych… 🙂
Piwnice Win może i są ale jeśli nawet to w najlepszym okresie zajmowały mniej niż 1% powierzchni fortów. Zwiedzanie fortów z miejscowymi znawcami, pasjonatami, to wielodniowe wyprawy aby zobaczyć tylko cząstkę z nich.
ad 1. Społeczeństwo jest rozproszone i potrzebuje lidera. Ta część społeczeństwa, która zdefiniowała swój chwilowy interes i jest zadowolona z jego realizacji, ma takiego. Natomiast pozostała część, która ma cel perspektywiczny raczej niezgodny z tym chwilowym, rozpaczliwie potrzebuje przywódcy. Bo niestety osoby pretendujące do tego miana zachowują się jak dzieci i są kompletnie niewiarygodne. W tej sytuacji „bydło na salonach” nie ma żadnego przeciwnika, mimo że summa summarum jest w mniejszości.
A’propos zamków, to czy jest prawdą, że Malbork wybudowali krzyżacy finansując budowę ze skarbów templariuszy wywiezionych z Francji? I drugie a’propos, to polecam: https://pl.wikipedia.org/wiki/Zamek_w_Rynie
Były kiedyś takie sugestie, ale raczej nie ze strony historyków. Nie ma żadnych wskazówek, które mogłyby to uprawdopodobnić. Takie fantazje zaczęły się po „odkryciu”, że Krzyżacy korzystali z architektów templariuszy, w czym przecież nie ma niczego specjalnie dziwnego, tamci po prostu mieli wysoce wykwalifikowaną kadrę techniczną – ci nie. No i sprawa zamordowania W. Mistrza – Wernera von Orseln (podobno poszło właśnie o te kosztowności). To się stało przy wejściu do zamkowego kościoła, dlatego kiedy ktoś zaczyna o tym mówić, wskazuję na figurki umieszczone w portalu i każę wybierać 🙂
(zilustrowana tam jest biblijna przypowieść o pannach mądrych i głupich).
Bliższa prawdy jest za to opowieść o tym, że przez kilkadziesiąt lat budowy Malborka nikt w okolicy nie jadł jajecznicy 🙂
Wszystkie jaja szły do zaprawy murarskiej. U nas to była nowość, dotąd jaj nie stosowano w Polsce jako lepiszcza.
Ryn znam, wypasiony hotel, ale zamek przebudowany lepiej, niż wiele innych w Polsce. Warto zaglądać.
Dla mnie najbardziej interesujące z przeszłości terenów Prus Wschodnich jest los wielonarodowego osadnictwa. Jaka część Magdeburczyków, Węgrów, Szkotów czy Holendrów na Żuławach się spolonizowała a potem zgermanizowała? Czy ziemie, które weszły w skład Polski po 1945 r. zostały przez Polaków skolonizowane od nowa czy zachowane zostały choćby wątłe nici ciągłości cywilizacyjnej?
Po pierwsze trzeba pamiętać, że pozostała tam wcale liczna populacja Prusów. Wbrew powszechnemu mniemaniu nie wymordowano tego narodu. To byłoby nieekonomiczne. Zchrystianizowani dożyli do naszych czasów. Ostatnia osoba mówiąca w języku pruskim zmarła w 1888 roku. Dziś zresztą ten język jest odtwarzany.
A osadnicy? Bardzo różnie. Najdłużej opierali się germanizacji mennonici, ale i tak po wojnie uznano ich za Niemców i wysiedlono. Z innymi to były sprawy indywidualne. Niemcy tez potrafili się spolonizować (von Bayssen – Bażyński – przywódca buntu przeciw Krzyżakom, dziś mamy w licznych miastach ulice „Bażyńskiego”). Na Żuławach i dalej na wschód jest parę cmentarzy, dziś restaurowanych przez zapaleńców, na których są groby dawnych osadników. Pierwszy polski wojewoda pomorski , Jan z Jani, był z pochodzenia Holendrem, potem szlachcicem herbu Ostoja. Itd.itd.
Na temat osadnictwa żuławskiego najbardziej wartościowe prace to prof. Kizika z UG.
Nie znam aktualnych danych, ale przypuszczam, że Prusy Wschodnie liczą sobie ok. 70% świeżego osadnictwa. To się zresztą da sprawdzić.
Bardzo ciekawe! Czy żyją jacyś ludzie poczuwający się do „prusostwa”? Byłem – jak większość – pewien że Prusów wymordowano jako pogan. Ich zasługą, jak sądzić można było, jest dostarczenie Polsce świętego – Wojciecha.
Owszem, żyją, ale zawsze podchodzę z dystansem do takich informacji i bez dokładnego sprawdzenia każdego przypadku nie wierzę. Z zasady.
Powroty stały się modne i trudno od pierwszego wejrzenia ocenić o co chodzi osobie powołującej się na pruska przynależność etniczną. Duża liczba Prusów (bogatszych) weszła w skład polskiego stanu szlacheckiego (herb Prus z trzema odmianami), po innych pozostały toponimy (Tczew), większość została zwyczajnie zapomniana w tyglu jakim były Prusy Wschodnie.
Dziś są prowadzone zarówno poważne badania nad nimi (uniwersytet w Olsztynie) jak nostalgiczne wspominki w stowarzyszeniach.
A temat rzeczywiście jest bardzo ciekawy.
@J.LUK bardzo ciekawe informacje. Jeżeli ciągłość dotyczy ok. 30% mieszkańców, to prawdopodobieństwo ciągłości procesów cywilizacyjnych, np. porządku urbanistycznego, kultury pracy, itp. dość poważnie się zwiększa. Nie wiem jak pracują polscy historycy, ale mając świadomość historii Prus Wschodnich pewnie najwięcej źródeł pisanych o wielu zjawiskach na tych terenach daje się znaleźć w Niemczech. Wiele lat temu tą krainą zainteresowała mnie lektura Wańkowiczowego „Na tropach Smętka”, która pokazywała fascynujące wątki historii tej części Polski.
*
Jako człowiek urodzony i wychowany w Wielkopolsce, spędzając większość dorosłego życia w Łodzi, z pełną świadomością historycznej spuścizny „Kongresówki” z przyjemnością odkrywałem inne części Polski – Galicję, Górny i Dolny Śląsk, Prusy Wschodnie. Dzisiaj jestem zdania, że przyszłość Polski, zwycięstwo demokracji nad tradycją ciemnogrodu i zaścianka „korony” dokona się właśnie dzięki dynamizmowi tych regionów wyżej wymienionych ale też zdecydowanie wyżej cywilizowanych niż „Kongresówka”.
*
Miałem wiele szczęścia w życiu, że prawie w każdej z tych części Polski mogłem jakiś czas mieszkać, rozmawiając z ludźmi pasjonującymi się historią i teraźniejszością, a ponadto zwiedzając w weekendy ciekawe ośrodki miejskie, zabytki i miejsca znaczące dla danych terenów. Ilekroć zastanawiam się nad pojęciem polskości odkrywam zaskakująco wiele różnic np. między Kaszubami a np. Góralami Sądeckimi (Lachami Sądeckimi) a zarazem wiele podobieństw i rzeczy wspólnych. I ten wielki, wieloetniczny a zarazem tak bardzo homogeniczny byt społeczny miałby być zglajszachtowany i zdominowany przez jednego posła nikczemnej postury? Wolne żarty…. Przecież on nie byłby godzien teczki nosić za Jasienicą, Wańkowiczem, Osmańczykiem czy Giedroyciem, żeby wymienić tylko część Wielkich Polaków, że o współczesnych jak Mazowiecki, Gieremek, Kuroń, Michnik, Modzelewski czy Lech Wałęsa nie wspomnę.