Andrzej C. Leszczyński: Prasówka (2)

2017-01-11.

[dropcap]O[/dropcap]to kolejny przegląd publikacji wybranych z czasopism, które nie usiłują nadążać za tym wszystkim, co obserwujemy na co dzień, o czym piszą dzienniki i mówią radiowo-telewizyjni komentatorzy. Zauważyłem, że lektura takich tekstów przynosi mi ulgę podobną do tej, jaką chyba odczuwa człowiek uzależniony od alkoholu, gdy zacznie dostrzegać  coś innego niż butelka.   

„Teatr” nr 12, 2016 r.

[dropcap]A[/dropcap]gata Duda-Gracz w rozmowie z Jolantą Kowalską („Jestem irytująca”) ujawnia artystyczne, światopoglądowe, a także rodzinne (o ojcu, Jerzym Dudzie-Graczu, mówi, że ukształtował jej wyobraźnię i nigdy nie zdoła się z nim pożegnać)  źródła swej twórczości scenicznej. Przed reżyserią ukończyła historię sztuki, stąd we wszystkich jej spektaklach widoczna jest struktura ikoniczna, próba uchwycenia wycinka ludzkiego dramatu poprzez odniesienie go do transcendencji. Jej przedstawienia nie są zamkniętymi historiami, nie mają początku ani końca, chwytają urywek, który pozostałby niewidoczny podczas prezentacji jakiejś pełnej opowieści.

Artystka (sama unika tego określenia, chce być „porządnym rzemieślnikiem”) pokazuje religijność opresyjną, restrykcyjną wobec natury i cielesności. „[…] uznanie przez dogmatykę katolicką aktu miłosnego nieprowadzącego do poczęcia za grzech oraz uświęcanie dziewictwa stawia nas w konflikcie z samym sobą (choć nie przypominam sobie, żeby w Biblii istniało choć jedno zdanie potępiające »seks bez prokreacji«)”. [Najwyraźniej przeoczyła, że ten karygodny brak uzupełnia z pasją ekspert MEN, prof. Urszula Dudziak, dostrzegająca w antykoncepcji źródło wyuzdania, uzależnienia od seksu, uprzedmiotowienia i krzywdy drugiego człowieka].

Agata Duda-Gracz mówi o widocznym w polskiej świadomości rozziewie między Biblią i antykiem. Biblia nakazuje pokorę i nastawianie drugiego policzka – jednak bliższy Polakom jest antyk mówiący o dumie i honorze. Biblijna przestroga „Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie” ignorowana jest na każdym kroku, „Nasze pojęcie patriotyzmu, walki narodowo-wyzwoleńczej, bohaterstwa wynika z filozofii antycznej, nie chrześcijańskiej”.

Gorzkie słowa kieruje pod adresem Kościoła. „Pochodzę z katolickiego domu, w którym nad drzwiami zawsze wisiał krzyż. Wychowana zostałam w przeświadczeniu, że słowa Biblii, takie jak: »Przykazanie nowe daję wam, byście się wzajemnie miłowali«, »Bogu co Boskie, cesarzowi co cesarskie«, »Nie sądźcie, byście nie byli sadzeni«, »Kto zgorszy maluczkich, lepiej aby się nie narodził«, są drogowskazem. Odnoszę wrażenie, że to, co płynie do nas z ambon, jest zaprzeczeniem tych prawd. Pycha pasterzy nie ma nic wspólnego z naukami chrześcijaństwa, z jego pokorą. A ponieważ wychodzę z założenia, często powtarzanego przez moją mamę, że »bez Boga ani do proga«, szukam tego Boga po swojemu i stawiam go w centralnym miejscu każdego przedstawienia. Tylko w polskim kościele jakoś go znaleźć nie mogę… czasem myślę, że się z niego już dawno wyprowadził”.

Poruszyły mnie uwagi na temat stołu, jednego z ważniejszych symboli, jakimi operuje w swych spektaklach. „Czy przykryty obrusem, pusty czy zaśmiecony, stanowi centrum domu – ołtarz, miejsce ostatniej wieczerzy, Wigilii, ofiary, pojednania. Na jego blacie obmywamy ciała zmarłych i stawiamy trumnę ze zwłokami najbliższych. Przy nim łamiemy się chlebem, pijemy wódkę i wylewamy potoki słów. […] Siedząc przy stole, jesteśmy widoczni w takim ujęciu, jak na tzw. ikonach połówkowych, czyli od pasa w górę. Tak jak na przykład Matka Boska Częstochowska”. Poruszyły mnie dlatego, że po raz kolejny uświadamiają brak tego jednoczącego mebla w porozbijanym polskim domu. Przypomniały mi też dyplom dziewczyny z gdańskiej ASP (byłem promotorem jej pracy pisemnej), która odtworzyła rzeźbiarsko i literacko losy kilkudziesięcioletniego stołu swojej rodziny. Jako mała dziewczynka bawiła się pod nim podsłuchując dorosłych, później odrabiała lekcje, uczyła się nakrywać do obiadu, spożywała wspólne posiłki, brała udział w naradach i sporach. Kiedy ktoś miał na dłużej opuścić rodzinę, przed samym wyjazdem siedzieli wszyscy przy stole w milczeniu, żeby wiedział, gdzie ma wrócić.

„Zeszyty Literackie” nr 4 (zima) 2016 r.

[dropcap]N[/dropcap]a okładce zdjęcie Andrzeja Wajdy, któremu poświęcono kilkadziesiąt pierwszych stron kwartalnika. Poza utrzymanymi w apologetycznym tonie wypowiedziami okolicznościowymi są tu teksty interesujące, takie jak opowieść reżysera o jego najważniejszych filmach, czy – bardziej jeszcze – korespondencja Wajdy ze Stanisławem Barańczakiem związana z nowym przekładem „Hamleta” (będzie to „Hamlet” IV, z Teresą Budzisz-Krzyżanowską w tytułowej roli, Stary Teatr 1989).

W dziale „Świadectwa” zamieszczony jest list Józefa Czapskiego do Stanisława Cata-Mackiewicza z kwietnia 1948 roku, będący wspomnieniem Adolfa Bocheńskiego (zginął cztery lata wcześniej pod Ankoną). Czapski, sumitując się z powodu niedyskrecji, przytacza to, co usłyszał o Adolfie (Adziu) od jego brata, Józefa Marii (czyli o. Innocentego), który odwiedził go w szpitalu niedługo przed śmiercią. W którymś momencie znany z dosadnego języka dominikanin wspomniał Broniewskiego, mówiąc, że to bolszewik którego należałoby rozstrzelać. „Adzio wpadł w straszną irytację, tak że Bocheński Ojciec starał się zmienić temat konwersacji. Powiedział Ojcu: »Jaka szkoda, że zrobiłeś się księdzem, nie masz zupełnie zrozumienia ducha chrześcijańskiego, który jest duchem absolutnej amnestii«”.

Jeszcze jedno wspomnienie – Jana Tokarskiego (autora m.in. pracy „Obecność zła. O filozofii Leszka Kołakowskiego”, 2016) o zmarłym pół roku temu Cezarym Wodzińskim. Uczeń Barbary Skargi i Józefa Tischnera, za swego największego mistrza miał jednak Martina Heideggera, postać – pisze Tokarski – „wielką i proporcjonalnie do swej wielkości kłopotliwą. Żaden z polskich filozofów nie przeanalizował w sposób tak dogłębny i wyważony zarazem historii zaangażowania autora »Sein und Zeit« w nazizm. Nikt też nie oświetlił z taką wyrazistością jak Wodziński związku politycznego akcesu Heideggera do narodowego socjalizmu z istotą jego filozofii”. Czyli – dopowiada Tokarski – z uporczywym dążeniem do przezwyciężenia całej europejskiej tradycji metafizycznej.

Nie mogę uwolnić się od wrażenie, że oświetlenia te zaciemniają moralny obraz Heideggera — najpierw nazisty, a potem, po wojnie, tchórzliwie milczącego hipokryty. Kiedy syn filozofa, Arnulf, udostępnił wydawcom prywatne notatki ojca z lat 30. i 40., tzw. „Czarne zeszyty” — okazało się, że jego antysemityzm nie skruszał ani o jotę. Pisze o „charakterze żydowskim” i „żydowskiej nowoczesności”, o powojennych rozliczeniach z nazizmem gorszych od obozów koncentracyjnych itp. Właśnie powojenne milczenie Heideggera – okrutne i zatwardziałe, jak określa je Jean Luc Nancy — na temat obozów zagłady i pogromu Żydów odróżnia go od Rudolfa Carnapa czy Jean-Paul Sartre`a: oni fascynowali się Stalinem z łudzącego dystansu, podczas gdy Heidegger na własne oczy widział zwalnianych z pracy, znikających gdzieś kolegów. Niewiele dobrego można też powiedzieć o życiu prywatnym filozofa. Fryburski romans trzydziestopięcioletniego Martina i dziewiętnastoletniej Hanny Arendt nie był jedynym, jednak wszystkie jego kochanki (poza Hanną m.in. Elisabeth Blochmann i Andrea von Harbou) pozostawały na dalszym planie wobec dociekań filozoficznych. W liście do żony pisze: „I może moim przekleństwem jest to, że mam ów talent filozoficzny, w obliczu którego wszystko inne schodzi na dalszy plan, a ja zaniedbuję wszelkie sprawy życiowe, traktuję je jako nieistotne”. Romanse sprzyjały rozwojowi myśli, Eros służył Logosowi. „Łopot jego [Erosa] skrzydeł – pisze w innym liście — czuję za każdym razem, kiedy robię istotny krok w myśleniu i ważę się na wędrówkę nieuczęszczanymi drogami. […] Kiedy memu istnieniu brak namiętności, milknie głos i wysycha źródło”.     

Z rozproszonych wypowiedzi Wodzińskiego zapamiętałem fragmenty dotyczące języka (o znaczeniu, jakie przywiązywał do języka, wspomina też Jan Tokarski). Zanotowałem m.in. taki fragment: „Język jest mądrzejszy i bardziej przebiegły niż się zdaje tym, którzy z pogardą odrzucają »gierki językowe«. Język jest… grą. I nie oznacza to wcale beztroskiej zabawy, choć nie są językowi obce ironiczne i komiczne podstępy. Język jest grą o poważną stawkę. Być może o bycie właśnie. Grą, której reguły nie są z góry i do końca znane”. Wiąże się z tym inna uwaga, na temat błędu: „»Błąd«, »zbłądzenie«, »pobłądzenie«, również »złudzenie«, »iluzja«… Wszystkie te terminy – podobnie jak pokrewna znaczeniowo rodzina słów: »pomyłka«, »omyłka« itd. – potrafią wprowadzić w błąd. Nie tylko z uwagi na metaforyczność. Przede wszystkim z powodu silnej sugestii, że istnieje jakaś droga, jakiś kierunek, które błędne nie są. Z których można zboczyć, zejść na manowce. Stracić orientację (czyli, ściśle: stracić rachubę, gdzie jest »orient«!, a skoro nie wiadomo, gdzie wschód, to nie wiadomo również, gdzie inne strony świata)”.

Irytowały mnie, muszę przyznać, notki, jakimi opatrywano szkice Cezarego Wodzińskiego drukowane w „Przeglądzie Politycznym” – że książki, jakie napisał, „zjednały mu opinię najwybitniejszego polskiego filozofa”. Czy poza „zjednaną opinią” możliwe są jakieś kryteria (uchwytne np. w sporcie) pozwalające na taką kwalifikację? Wodziński, znawca Martina Heideggera, winien lękać się „zjednanej” opinii, bo, jak wskazywał Heidegger, stanowi ona dyktaturę Się – tego, co bezosobowe.

„Znak”, nr 1, 2017 r.

[dropcap]J[/dropcap]ózefa Hennelowa w comiesięcznym felietonie („Coraz bliżej albo coraz mniej”) potwierdza: tak, coraz mniej. „Przestajemy dostawać zaproszenia. Przestajemy dostawać odpowiedzi na list wysłany. I coraz częściej telefon z jakiejś sondażowni zamienia się w grzeczne podziękowanie po paru słowach wyjaśnienia, w jakim rzeczywiście jesteśmy wieku”. Prof. Mirosław Dłużniewski (kardiolog) mówi, że dla podeszłego wieku  stosuje się określenie „homeostenoza” („stenoza” – zwężenie). Osoba może funkcjonować  normalnie i nie zauważa tego, że droga, którą idzie, robi się coraz węższa. Zauważy to dopiero wtedy, gdy na przykład przewróci się po raz pierwszy.

Przykre, że odstawianie na boczny tor ludzi starych widoczne jest już w grecko – rzymskim antyku: starość jest przekleństwem bogów (wiecznie młodych). Augustyn Aureliusz starzejące się, brzydnące ciało uważał za symbol grzechu, przemijania będącego następstwem utraty Raju. Inaczej jest w Chinach, gdzie dominuje przekonanie, że starzejąc się ludzie stają się mniej ładni, za to bardziej piękni, i gdzie zdanie „Jaka Pani stara” jest wciąż największym komplementem, jakim można obdarzyć kobietę.

Czytając Hennelową przypomniałem sobie – i napisałem o tym do Autorki – co powiedział Jerzy Limon (twórca Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego) po śmierci Wajdy — że umarł młodo. Rzeczywiście, młodo – jeśli młodości nie wiązać za wszelką ceną z wiekiem metrykalnym, lecz pojmować ją tak, jak chce psychologia motywacyjna: future time perspective. Młodość, czytałem gdzieś, zdobywa się z wiekiem (Pablo Picasso mówił, że dopiero na starość dojrzał do tego, by być dzieckiem). Myślę teraz o takich młodzieniaszkach, jak Colas Breugnon z powieści Romain Rollanda, czy Aleksy Zorba z Nikosa Kazandzakisa.

Janusz Poniewierski („Antygona à rebours”) szuka analogii między bohaterami antycznej tragedii i ich dzisiejszymi odpowiednikami. Sofokles przeciwstawiał moralno-religijne racje Antygony (mimo zakazu grzebiącej ciało brata) polityczno-prawnym racjom Kreona. Dzisiejszym polskim Kreonem, pisze Poniewierski, jest Prokuratura Krajowa, natomiast los Antygony uosabiają rodziny sprzeciwiające się nakazowi ekshumacji ofiar katastrofy smoleńskiej. Racje zbiorowej „Antygony” czytelnie wyłożyła, cytowana w tekście, Małgorzata Rybicka (żona Arama), w liście otwartym do rzecznika praw obywatelskich. Pisze tam, że przymusowa ekshumacja narusza podstawowe w naszej kulturze tabu dotyczące szacunku dla ciał umarłych.

Zwrócił mą uwagę tytuł rozmowy Olgi Drendy i Bartłomieja Dobroczyńskiego: „Czyje jest nasze życie i kto o nim decyduje?”. Bardzo podobnie  („Czyje jest moje życie?”) zatytułowałem swą polemikę sprzed lat z Tomaszem Terlikowskim w „Rzepie”. Terlikowski pisał, że człowiek zostaje obdarowany życiem przez Boga. Ja – że skoro mi życie podarował, jest moje. (Słownik wyrazów bliskoznacznych Stanisława Skorupki wyrażenie „dawać” wiąże z własnością, obdarowaniem, ofiarowaniem, odstępowaniem itp. Zaś Słownik etymologiczny języka polskiego Aleksandra Brücknera łączy obdarowanie ze zwrotem „dar-mo”).

W rozmowie Drendy i Dobroczyńskiego poruszony jest problem eutanazji i samobójstwa oraz obłożenie ich anatemą przez kościelną instytucje. Dobroczyński przywołuje przykład ciężko chorej kobiety w ciąży, która odmawia terapii mogącej szkodzić płodowi. Kościół kanonizował włoską lekarkę Joanne Berettę Molle, która tak właśnie uczyniła i zmarła po porodzie. Była to, zdaniem Dobroczyńskiego, postać biernej eutanazji, która domaga się poważnego namysłu, a nie tylko apologetycznego przyklaśnięcia. Lekarka „nie tylko osierociła urodzone dziecko, ale pozbawiła swojej obecności, miłości i wsparcia jego rodzeństwo oraz męża. […] Trudno zaprzeczyć, ze w ten sposób zakwestionowała wszystkie wcześniejsze zobowiązania”. Kanonizacja Molli świadczy o tym, że wartość życia – jakiegokolwiek, niezależnie od jego jakości – jest dla Kościoła wyższa od innych wartości i zobowiązań. „Oznacza to, że w imię obrony samego tylko życia można każdego skazać na dowolne cierpienia, które w tej sytuacji jest traktowane jako całkowicie usprawiedliwione”.

Nie bardzo wiem, jak można pogodzić takie stanowisko – wyraźnie antropocentryczne – z wypowiedzią Jezusa: „Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swojego życia na tym świecie, zachowuje je na życie wieczne (J 12, 25).

Andrzej C. Leszczyński

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Zbyszek123 2017-01-12
    • acleszcz 2017-01-12
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com