Pyta pan kim jestem, zdziwi się pan, jestem oportunistą. Nie, nie w tym sensie w jakim ten termin jest używany w słownikach. Ciekawa sprawa ze słowami, podobnie jak geny ich funkcja może się zmieniać, mają długą historię, z której znamy zaledwie maleńkie fragmenty.
Kiedy mówi pan „oportunista” nie słyszy pan ukrytego w nim słowa port, ale lingwiści twierdzą, że powinniśmy pamiętać o ob portus, o tych, którzy tchórzliwie kierowali statek do portu, by uniknąć sztormu. Po angielsku opportunity to po prostu okazja, ale oczywiście również używają słowa oportunista w tym samym znaczeniu co my, jako określenie karierowicza bez zasad, ludzkiej mendy, która po trupach idzie do celu. Podobno Anglicy przejęli to znaczenie oportunisty od Włochów stosunkowo niedawno, jakieś dwieście, może trzysta lat temu. Pewnie w tym samym okresie przyszło również do nas. Włoska polityka bardzo potrzebowała takiego słowa, a mieli już surowiec w rzymskim dziedzictwie. Dziwi się pan, że reszta Europy rzuciła się na to pojęcie jak cham na sodową wodę?
Potrzeba nam jednak tego, albo podobnego słowa w nieco innym znaczeniu. Tak jak go używają biolodzy. Ostatecznie każdy z nas jest produktem miliardów przypadków. Znamy zaledwie garstkę. Przypadki pozwalały naszym przodkom przetrwać i wydać potomstwo, przypadki decydowały o tym, że nasi przodkowie spotykali się i kojarzyli w pary, przypadkowe mutacje pozwalały im przetrwać lepiej niż innym, przypadkiem w czasach zarazy byli w innym miejscu lub pili wodę z innej studni. Reagowali na przypadki, chroniąc się w porcie przed burzą lub podejmując ryzyko.
Czasem życie ratowała ostrożność, a czasem zdolność podejmowania ryzyka. Podejmujemy decyzje, nie wiedząc, co jest słuszne. A jednak próbujemy być mądrzy. Rozważamy szanse, częściej jednak kierujemy się odruchem, który wypływa z wcześniejszych doświadczeń. Nasz oportunizm to reakcja na przypadki. Prawdopodobnie większość przypadkowych okazji, które mogłyby zmienić nasze życie, pozostaje niezauważona. Zwyczajnie nie wiemy, co by się stało gdybyśmy poszli w prawo, a nie w lewo. Ten nasz oportunizm jest niesłychanie ułomny. Przegapiamy większość okazji, nigdy nie dowiadując się, że były okazjami.
Tak więc, jestem oportunistą, istotą, która reaguje na to, co ją spotyka. Powie pan, że oportunizm jest sprzężony z postawami moralnymi, z naszym stosunkiem do innych, z egoizmem lub, jeśli ktoś woli, z samolubstwem. To prawda, nie możemy lekceważyć powszechnego znaczenia tego terminu. Czy słyszał pan o samolubnym genie? To tylko metafora, po prostu informująca, o tym, że geny dążą do samoreplikacji. Ta metafora samolubnego genu spowodowała mnóstwo nieporozumień. Samolubność to egoizm, a egoizm to świadomy wybór własnego dobra kosztem innych. Oczywiście geny nie są świadome, są oportunistyczne, replikują się w sprzyjających warunkach. Wie pan jak to jest, trzyma pan kostkę drożdży miesiącami w lodówce i nic, ale wystarczy wyjąć je do ciepłego pomieszczenia, rozkruszyć i wrzucić do miski z ciepłą wodą i odrobiną mąki a oszaleją. Ich oportunizm jest oczywisty, widoczny gołym okiem, chociaż sam proces budzenia się do życia w sprzyjających okolicznościach jest nieco bardziej skomplikowany.
Kiedy mówimy samolubny gen, mamy wrażenie, jakby każdy z nich walczył o lepsze z wszystkimi innymi. Ludzie czasem myśleli, że jak samolubny gen, to samolubny organizm, samolubna natura, samolubny człowiek. To nie o to chodziło w tej metaforze. Oportunizm genów nie wyklucza współpracy.
To ciekawa historia. Darwin pisał, że natura jest księgą diabła. Dostrzegał w niej nieustanną walkę, bezwzględne okrucieństwo, morze cierpienia. Kropotkin odwrotnie. Kropotkin nie był biologiem, był księciem, anarchistą, skazańcem i obserwatorem zafascynowanym przyrodą. Ale on w przyrodzie dostrzegał współpracę i oczywiście też miał rację, bo w naturze jest mnóstwo współpracy i to na wszystkich poziomach.
Te obserwacje doprowadziły Kropotkina do wniosku, że państwo jest samolubne, a bez państwa oportunizm skłania ludzi do spontanicznej współpracy. Czy zastanawiał się pan nad pytaniem, dlaczego anarchizm zrodził się w Rosji? Państwo wszędzie jest samolubne, ale czasem jest bardziej samolubne, a czasem mniej.
Tam gdzie banda łajdaków powtarza od rano do nocy – państwo to ja, łatwo dojść do wniosku, że wszystko lepsze niż samowola władców. Anarchizm jest naiwną ideą zrozpaczonych, przekonanych, że pozbycie się samolubów wyłoni ład, ale tak nie jest, anarchia jest prawem silniejszego i dość rzadko wyłania się z niej współpraca.
Dura lex, sed lex, pod warunkiem, że prawo jest prawem, a nie samowolą. Nie bez powodu znamy to przysłowie po łacinie. To w Atenach, a potem w Rzymie zaczęto przymuszać władców do przestrzegania prawa, a nie tylko do jego stanowienia z pejczem w ręku. Ale zmuszanie władców do przestrzegania prawa to jest syzyfowa praca i wymaga ogromnej umiejętności współpracy, tu samo narzekanie nie wystarczy, konieczna jest praca od podstaw i zdolność korzystania z okazji.
Czy wyobraża pan sobie polityka, który otwarcie mówi na wiecu – nie kocham was, nawet nie jestem przekonany, że was lubię, ale jestem oportunistą, chciałbym namówić was, żebyśmy się bogacili razem, a nie jeden kosztem drugiego, bo to w końcu daje lepsze zyski? Pewnie wzbudziłby śmiech. Ludzie wolą słuchać o miłości i wpadają w pułapki zastawiane przez oszustów. Tyrani i księża zalewają nas miłością, wielu im pomaga, orientując się po niewczasie, że zostali nabrani. Nie zawsze, skazani przez Stalina na rozstrzelanie często stojąc pod murem wykrzykiwali przed śmiercią „Niech żyje Stalin”, wcześniej przemycali do niego listy, w głębokim przekonaniu, że gdyby wiedział, to przecież nigdy nie dopuściłby do takiej niesprawiedliwości.
Odszedłem od tematu, bo miałem opowiedzieć panu o moim oportunizmie. Wie pan, kilka dni temu dostałem mail od młodego człowieka, który opisywał mi swoją wielogodzinną dyskusję z przyjacielem. Zastanawiali się przy winie, czy altruizm w ogóle istnieje. Jego przyjaciel przekonywał go, że istnieje tylko egoizm, bo nawet jeśli robimy coś dla innych, to zyskujemy nagrody w postaci wdzięczności, liczymy na wzajemność, albo na ciepłe uczucia, albo mamy satysfakcję, nierzadko połączoną z poczuciem wyższości. Roześmiałem się czytając ten list, bo przypomniały mi się dyskusje w gronie przyjaciół grubo ponad pół wieku temu. Ta dyskusja toczy się od pokoleń, widzimy jej ślady w literaturze.
Moja nauczycielka w szkole mówiła nam o mądrym egoizmie. Właściwie mówiła to samo, co przyjaciel mojego młodego przyjaciela. Tak, nasz altruizm daje nam nagrody, nawet wtedy kiedy dyktuje go instynkt. W malarstwie powraca motyw młodej kobiety karmiącej piersią niemowlę. Ten motyw powraca, bo sam widok karmiącej matki nas rozczula.
Tego poświęcenia matki dla dziecka nie uważamy za altruizm, jest w sposób oczywisty podyktowane przez biologię i oburza nas niedostateczna troska matki o dziecko. Altruizm to odruch pomocy wobec ludzi obcych, bez oczekiwania na wzajemność, czasem sięgający narażenia własnego życia. Kiedy ktoś skoczy do rzeki, żeby ratować dziecko, czy psa, to dla mediów jest gratka. Lekarz, czy pielęgniarka pracująca na oddziale chorób zakaźnych wydaje się być pracą jak każda inna, ale oni całkiem świadomie narażają się na ryzyko i czasem płacą cenę najwyższą.
Oczywiście, że egoizm i altruizm to rodzeństwo. Tak, altruizm daje nagrody, chociaż bywa również powodem kłopotów. Życzliwość wobec obcych ułatwia życie, a co więcej, poprawia atmosferę. Nie brakuje rzecz jasna łajdaków polujących na jelenia. Nawet wampiry wiedzą, że pasażerom na gapę trzeba dać po łapach. Jakie wampiry? Nietoperze wampiry. Nie każdej nocy udaje im się upuścić komuś krwi, a wampir bez krwi długo nie pociągnie, więc one się dzielą, ale takiemu, który miał pełen brzuch i się nie podzielił, kiedy sam jest w potrzebie, pokazują figę.
Pomaganie i współpraca jest okazją, ale i ryzykiem. Warto być oportunistą, ale nie idiotą. A to, proszę pana, wcale nie jest takie proste.
Więc jestem oportunistą i muszę panu powiedzieć, że nie wyszedłem na tym źle. Jasne, przegapiłem mnóstwo okazji, nie w tym rzecz, miałem dużo szczęścia, często mogłem robić to, co lubiłem robić.
Pyta pan, jakie okazje ceniłem najbardziej? Poznawanie ciekawych ludzi. Nie jestem zbyt mądry, jestem wiecznym ignorantem, więc ciekawi ludzie to skarb. Nie ma ich mało, właściwie każdy człowiek jest na swój sposób ciekawy, ale są ludzie, którzy fascynują. Oczywiście ma pan rację, pytanie kto i dla kogo jest fascynujący. Tu może być jakiś imprinting, coś czego uczymy się zanim zaczynamy rozumieć, co się wokół nas dzieje. Potem nazywamy to intuicją, albo wydaje nam się, że kierujemy się czystym rozumem. Czystego rozumu nie ma, rozum jest zawsze obarczony zaszłościami, o których zazwyczaj nie mamy pojęcia. Tak czy inaczej, starałem się zawsze szukać ciekawych ludzi, tych żywych i tych martwych, więc był to oportunizm aktywny, przynajmniej na tym polu.
Nie wiem, czy pan wierzy w Boga? Ja nie wierzę, więc to moje życie to tylko tu i teraz, jednorazowa okazja, czasem przekleństwo. Starzy ludzie lubią mówić o marności życia. Stara tradycja, można powiedzieć biblijna, ale mnie to trochę denerwuje. Filozof, który miał na mnie duży wpływ w młodości, ciągle powtarzał przed śmiercią, że życie jest porażką. To są, proszę pana, puste słowa, to nic nie znaczy. On nie powiedział, kiedy byłoby sukcesem, albo co musiałoby się stać, żeby życie nie było porażką. Mam wrażenie, że on po prostu bał się śmierci i zaczął tęsknić do wiary w bajki. Mnie, proszę pana, śmierć nie przeraża. Przypadkiem zaistniałem i miałem dużo szczęścia, że to życie nie było najgorsze, nawet przeciwnie, z wyjątkiem wczesnego dzieciństwa nie żyłem w czasach wojny, nie musiałem zabijać, ani bać się, że mnie za chwilę zabiją, czasem chroniłem się w porcie przed sztormem, czasem ciekawość, albo złość brała górę i decydowałem się na ryzyko. Nie powiem, że te moje decyzje były dobrze przemyślane, jeśli kończyły się dobrze, pomagał łut szczęścia, rozwój zdarzeń, których nie mogłem przewidzieć. Nie w tym rzecz, proszę pana, życie nie jest porażką, życie jest, a jak już jest, to warto być oportunistą, starając się nie być mendą, i cieszyć się innymi. A że się kończy? Powiem panu prawdę, to też jest okazja, życie wieczne byłoby kompletną porażką.
Widzi pan te oszronione brzozy, czekają na okazję, żeby znowu pokryć się zielenią.


Mamy wiek XXI, a jak w gronie szacownych profesorów wspominam, że jednym z najważniejszych przedmiotów szkolnych powinna być socjobiologia połączona z etyką i filozofia, to słyszę pytanie, a co to jest ta socjobiologia. Wydawałoby się, że każdy człowiek ze średnim wykształceniem powinien rozumieć „samolubność genów”, ale tak nie jest. Dlaczego ludzie się tym nie interesują? Odpowiedź na to pytanie pozwoli odpowiedzieć na wiele innych pytać niezwykle istotnych w obecnej sytuacji w Polsce i na świecie.
HAZELHARD
Co Twoim zdaniem powinien wiedzieć człowiek ze średnim wykształceniem? Oczywiście wziąwszy pod uwagę obecny poziom wiedzy, np. taki http://maturatobzdura.tv/odkrycia-wynalazki-odc-150/
Chcesz się podenerwować? Proszę
http://idzpodprad.pl/index.php/pl/component/k2/item/124-jaki-jest-wiek-ziemi
I takich stron jest mnóstwo.
trudno oprzeć się wrażeniu, że tem felieton jest osadzony w przestrzeni polityki szukając nieprawomocnych uogólnień co do ludzkiej natury, wychyla się z niego jednak percepcja osobistej lub grupowej krzywdy, takich uogólnień proszę pana nie ma, także może się pan spokojnie zazieleniać na wiosnę, a jak ktoś będzie opowiadał bzdury o ludzkim samolubstwie proszę się zastanowić nad Korczakiem, i wystarczy.
@PIRS. Jestem wrogiem tego rodzaju programów, bo uważam, że jeżeli pokazuje się cudze wypowiedzi, to powinno się poprosić o zgodę. Ci rozmówcy porażają nie swoją ignorancją, tylko brak zainteresowania, czy ich odpowiedzi będą opublikowane w internecie. Jeżeli mnie spyta dziennikarz o fizykę półprzewodników, to zgodzę się wypowiedzieć. Jeżeli spyta o historię Jagiellonów odmówię.
@Luk. Czas płynie różnie dla obserwatorów poruszających się z różną prędkością. Dlatego kilka tysięcy lat i kilka miliardów lat mogą oznaczać to samo. Autor artykułu, co prawda, tego wątku nie porusza, ale pewnie jest on oczywisty dla niego :-).
@PK Chyba nie zrozumiałeś tekstu. Problem w tym, ze wiele wyrazów jest słabo zdefiniowanych i mają w percepcji emocjonalne zabarwienie- stąd niewłaściwy odbiór takich tekstów, jak powyższy. Gdyby AK zdefiniował każdy używany wyraz, spokojnie byś się z tezami artykułu zgodził. Problem w tym, że taki artykuł byłby 50 razy dłuższy i nikt by go nie przeczytał.
aż 50 razy ? no to żeś mnie ocenił.. sprawdziłem swoje wyczucie angielskiego i nie jest jednak takie złe:
rzeczownik „opportunist” ma jednoznaczne konotacje negatywne:
1. a person who dexterously and expediently changes or adopts opinions
synonimy: chameleon, chancer [British], acrobat, temporizer, timeserver, trimmer, weathercock
slowa powiązane: egoist, egotist, self-seeker; conniver, machinator, plotter, schemer
2. one who does things only for his own benefit and with little regard for right and wrong
synonimy: bottom-feeder, chancer [British], self-seeker, temporizer
słowa powiązane: egocentric, egoist, egotist; conniver, machinator, plotter, schemer; barracuda, shark; hanger-on, leech
przymiotnik „opportune” zaś takich jednoznacznych konotacji nie ma, rzecz bowiem w samej chęci wykorzystania, która cechuje oportunistę:
1. suitable or convenient for a particular occurrence
2. occurring at an appropriate time
rzeczownik „opporunity” ma natomiast konotacje pozytywne:
a favorable combination of circumstances, time, and place
Słownik PWNu daje definicję jednoznaczną – oportunista:
człowiek bez zasad, przystosowujący się do okoliczności dla doraźnych osobistych korzyści.
Wracając do felietonu wypada mi rozumieć, że tym razem autor nie miał na myśli polskiej „dobrej zmiany”, rzecz jednak to przyznasz na łamach SO raczej rzadka.
A propos wieloznaczności możemy się chyba zgodzić, że tam gdzie znajdują dla nich miejsce, ludzie przypisują im z reguły znaczenia na które mają ochotę, w znaczeniu obiegowym byliby może wtedy uważani za oportunistów, jako ci którzy wykorzystują możliwość, w znaczeniu poprawnym jednak już nie. Dlaczego ? gdyż nie robią z reguły wiele więcej niż przypisując znaczenia w zgodzie ze swoim rozumieniem kontekstu, cech rozmówcy, sytuacji etc.
Jako, że mam się za człowieka z reguły wesołego opowiem Ci historię o dość powszechnie spotykającej mnie antycypacji wieloznaczności u moich rozmówców i wynikającym z tego klopsie interpretacyjnym, ta wydarzyła mi się niedawno kiedy wpadłem sobie do kawiarni jednego z wydawnictw literackich, nie minęło wiele czasu kiedy podszedł, wydaje mi się, że pracownik, obciągnął nieco nerwowo sweterek i powiedział:
– zauważyłem, że pan tu przegląda książki
– przeglądałem „Pomosty” (zastanawiałem się gdzie wysłać do oceny kilka swoich wierszy, oczywiście mu tego nie mówiłem)
– a wie pan, my tu mamy wiele książek, niektóre są na górnych półkach…
– dziękuję
– a czym się pan interesuje ?
– a wie pan ja się interesuje w zasadzie tylko jednym (lekko już poirytowany intruzem i jego „górnymi półkami”)
– rozumiem: jedzeniem (zarechotał)
– miałem na myśli filozofię..
– a co to jest proszę pana filozofia ?
– wie pan.., jestem z wykształcenia fizykiem i co mniej skromni z nich uważają, że fizyka to matematyka + filozofia , no to.. filozofia to byłaby wtedy fizyka – matematyka
– rozumiem, czyli fizyka to to co materialne a matematyka to to co nie
– niekoniecznie proszę pana, obie dziedziny zajmują się opisem, matematyka opiera się na logicznym konkludowaniu z przyjętych zbiorów aksjomatów określających także zasady derywacji, zaś fizyka dotyczy opisu praw przyrody
– teraz rozumiem, to ja mam tu takie książeczki, proszę przeglądnąć
– dziękuję (przeglądam już z zaciekawieniem, zbiory zdaje się taoistycznych cytatów)
– no i jak to mówią rosjanie, pogawarili..
PS. czy jednak nawet poruszający się ze znaczną prędkością Einstein, odnosząc się do siebie, ma szanse zauważyć różnice w upływie czasu ? Największe zaciekawienie rozmówców Einstein zdaje się wzbudzał rozważając z nimi w windzie przypadek spadającej windy, był to oczywiście przypadek ogólny (nie daje mi spokoju te 50 razy, no to pomyślałem, że się trochę postaram..).
HAZELHARD
A więc wiedza o tym kiedy wynaleziono koło jest tak specjalistyczna że absolwent szkoły nie powinien się wypowiadać w tej materii? Czy pytanie „Kto udowodnił że Słońce jest okrągłe” jest pytaniem zbyt intymnym? A to że Einstein wynalazł pierwiastek uczono w szkole?
Faktem jest że ludzie zaczepieni na ulicy przez kogoś z mikrofonem odpowiedzą na każde pytanie i nie martwią się tym że dadzą plamę.
Ponieważ leżę z wysoką gorączką, więc lepiej, żebym nie wdawał się w dyskusje.
Ja tam nie od wczoraj wiem, że tego AK warto czytać i nawet zastanowić się, gdy z czymś, co powie, w pierwszym odruchu się nie zgadzam. Wszelako krytykować, gdy tylko się da!