Andrzej C. Leszczyński: Prasówka (3)

2017-01-28.

Logofagia („zjadanie słów”) – coś, od czego nie potrafię się uwolnić.

Staram się, by spożywane słowa i teksty były choć pożywne intelektualnie, co nie jest dziś takie proste. Na półkach w szanującym się kiedyś empiku przeważa kolorowe barachło z ciekawostkami z życia gwiazd i celebrytów. A wśród wydawnictw przeznaczonych dla ludzi myślących zaczęły dominować tytuły klerykalno-narodowe, również trudno strawne.

„Etos” (nr 114, 04-06, 2016 r.)

poświęcony jest w całości wizerunkowi, w tym także kontrowersyjnemu w teologii problemowi Jezusa jako wizerunku Boga. Redakcja przypomina homilię wygłoszoną w kwietniu 1994 roku przez Jana Pawła II podczas odsłonięcia po renowacji „Sądu Ostatecznego” Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej. Papież nawiązał do starotestamentowego zakazu przedstawiania Boga (drugie przykazanie Dekalogu: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu…”), by w dalszym wywodzie uznać jednak prawo (a nawet obowiązek) Kościoła do akceptowania takich wyobrażeń, gdy wychodzą spod rąk wielkiego artysty. By uwiarygodnić swa opinię, przywołuje fenomen ikony, co wydaje się w tej sytuacji niezbyt zręczne. Prawosławie – respektując Boży zakaz – dopuszcza ikonę, która jest obrazem  szczególnym. Jest pozbawiona perspektywy (przestrzenności) – czyli atrybutu materii, którego nie sposób pogodzić z niematerialnością Boga. Pisała o ikonie Joanna Pollak: „Nie można namalować świętości – tego, co niedosiężne, nie objęte ludzką wyobraźnią. Ale można namalować zasłonę i namalować ją tak, by przerastająca ludzką zdolność pojmowania obecność sanctum była za tą zasłoną przeczuwalna”. Tymczasem sykstyński fresk z tak rozumianą ikoną niewiele ma wspólnego, pokazuje Boga w sposób całkowicie realistyczny.

Czy wcielenie („Kto widzi Mnie, widzi również Ojca”) może być uzasadnieniem takiego realizmu, rzecz to dla wielu bardzo wątpliwa. Jezus jest symbolem, nie wizerunkiem. A symbol zawsze reprezentuje coś większego od tego, czym sam jest.

Swe wątpliwości związane z wizualizacją Boga przedstawia autorka tekstu drukowanego we wrocławskiej „Odrze”.

„Odra” (nr 1, 2017 r.).

Dorota Betlewska-Gutowska („Wojna duchowa”) nie przebiera w słowach. Wykreślenie z Dekalogu drugiego przykazania (pozostało w Księdze Wyjścia, ale nie ma go w katechizmach ani w innych tekstach) nazywa najbardziej szokującym fałszerstwem na świecie. „Trzeba mieć wyjątkowy tupet, aby poprawiać boże przykazania. Nie dziwiłabym się, gdyby to robili ateiści. Ale wierzący? Duchowni uczą, że Bóg coś chce, choć On żąda odwrotnie. Wielki sukces demonów! Gdzie się więc modlić? Na łące? W lesie?”.

Co zaś tyczy się samego Michała Anioła: „Wyróżniał się gwałtownym charakterem. I nienawiścią do bliźnich. Utalentowany. Na stropie Kaplicy Sykstyńskiej namalował siebie jako Boga Ojca. A swego kochanka, pięknego Tomka, jako Jezusa. […] Możemy być pewni, że diabeł uwielbia Kaplicę Sykstyńską. Bywa tam często. Śmieje się do rozpuku”.

„Twórczość” (nr 1, 2017 r.).

Jedna rzecz zwróciła moją szczególną uwagę, listy Edwarda Stachury do Wincentego Różańskiego. Znakomicie opracowane przez Jakuba Beczeka –czytałem je, wracając do czasu ostatecznie, jak sądziłem, pozostawionego za sobą. Może dlatego, że – w listach, i we wszystkim, co napisał – nie ma ani jednej linijki poświęconej społecznej czy politycznej przyziemności? Mój tamten czas wypełniony był Stachurą niczym poduszka gęsim pierzem. Imitujące dżins broszurowe okładki z pięciotomowego wydania (Czytelnik, 1984) oprawiłem w prawdziwy dżins. Jeździłem (jako juror i jako słuchacz) na niezliczone poświęcone Stachurze konkursy i przeglądy. Z grupką warszawskich studentów odbyliśmy rowerową ekskursję z Ciechocinka, przez Odolion i Stawki, do Łazieńca w Aleksandrowie Kujawskim, gdzie imię poety nosi główna ulica, jest tablica z fotografią i dom odziedziczony po dziadku przez jego matkę, Jadwigę Stachurową. A potem mi przeszło. Bez emocji czytałem drukowane w „Akcencie” listy Stachury do Janusza Kuklińskiego („Drogi Amigo”, „Kochany Bracie”), oraz szkic Ziemowita Fedeckiego, w którym pisał o poecie: „Łatwy debiut w najpoważniejszych czasopismach, szybki sukces, uznanie krytyki, poklask czytelników, autorytet wśród kolegów, nagrody i stypendia”. Mówiono, że miał więcej świata w głowie niż go było na zewnątrz, ale i o ten zewnętrzny potrafił zadbać. Jadwiga Stachurowa wspomina, że nawet mieszkanie otrzymał szybko i w drodze wyjątku, po napisaniu listu do Edwarda Gierka.

Listy do Różańskiego utrzymane są w tonie czułym i jednocześnie rzeczowym w sprawach literackich („Przysyłaj dalej wszystko, co masz. Lecisz w »Twórczości« wkrótce”). Pisze Stachura z zagranicy (Meksyk) i z knajp („siedzę w »Ornawie«, taka knajpa w Tyliczu. Piję »Albatrosa« – okropny trunek, który tylko powiększa frasunek”). O delikatności poety wspominają właściwie wszyscy, z którymi się zetknął.

Różański, najbliższy przyjaciel Steda – to Witek z „Całej jaskrawości”. Opisuje Stachura, jak razem czyścili stawy w Ciechocinku („Staw był dwuczęściowy. Dwubasenowy. Dwukołowy jak cyfra osiem”), mieszkali na poddaszu u siostry matki, Marii Potęgowej, osoby prostej i serdecznej („Chłopoki. Na piecu zupa jesta. Podgrzyjta i zjydzta. My idzim na pustom noc do Sutygo. Siedźta i sprawujta sie. Jakbyśta spać szli na góre, zamknijta drzwi ze dworu na kłódkę i klucz zostawta na oknie”).

„Tygiel Kultury” (nr 1 [229] 2016 r.)

to czasopismo o nieokreślonej częstotliwości ukazywania się (ostatnio to chyba rocznik). Dziwna rzecz – niezależnie od poruszanej problematyki, głównie europejskiej, od pierwszych numerów przesiąknięty jest duchem Łodzi, w której jest wydawany. No i tytuł, mówiący o tyglu w kraju najbardziej dziś czystym etnicznie i kulturowo w Europie.

Najnowszy, prawie trzystustronicowy zeszyt podzielony jest na dwie części. Pierwsza, obszerna, przypomina najważniejsze teksty drukowane w ciągu dwudziestu lat istnienia pisma. W drugiej – nowe wiersze, opowiadania i eseje. Także poruszający wywiad z Kamilem Turowskim, autorem opracowania pierwszego w języku polskim pełnego wydania „Dziennika” Dawida Sierakowiaka (najpierw ukazał się w USA, potem w Anglii i wielu innych krajach zyskując status ważnego źródła mówiącego o zagładzie łódzkiego getta).

Autorem „Dziennika” jest  kilkunastoletni chłopak (ma 14 lat, gdy zaczyna pisać), członek podziemnego ruchu oporu w getcie, lewicowy idealista. Już przed wojną raziły go nierówności społeczne. Jeszcze bardziej rażą w getcie, w którym żydowska administracja skupiona wokół Chaima Rumkowskiego (nazywa go sadystą i kretynem) korzysta z chwilowych koneksji z Niemcami. Zapisuje 31 grudnia 1942 roku: „W getcie znów panoszy się głód, a warstwy możniejsze bawią się w najlepsze. Także wyżsi urzędnicy naszego biura urządzają sobie dziś solidna wyżerkę. Będzie wódka, zupa, babki, sałatka i kiełbasa! […] Z jednej strony bogactwo, swawola i sytość, z drugiej nędza, głód i śmierć”.

Dawid, mówi Turowski, w literaturze znajdował ucieczką przed głodem i poczuciem beznadziejności. Traci matkę wywiezioną na śmierć, jest świadkiem śmierci ojca. Kilka miesięcy po ostatnim zapisie umiera.

Z pierwszej, wspomnieniowej części chcę przywołać pouczający tekst Wojciecha Góreckiego z 2008 roku, zatytułowany „Ikona”. Autor opisuje podróż do Gori, 60-tysięcznego miasta leżącego między Batumi i Tbilisi, w którym urodził się Józef Stalin. Prezydent Eduard Szewardnadze powołał tu Centrum Naukowo-Badawcze Studiów nad Fenomenem J.W. Stalina (w swej autobiografii pt. „Przyszłość należy do wolności” napisał, że destalinizacja Chruszczowa była ciosem dla miłości własnej Gruzji i Gruzinów). Mzija Naoczawili, historyk pracujący w Centrum, koryguje taką lokalność: „Naród gruziński ma wielu bohaterów, ale badania nad fenomenem Stalina pomijają aspekt narodowy. To nie jest bohater narodowy. Postać Stalina jest osiągnięciem całej ludzkości”. Jednak tylko w Gruzji spotkać można tak wiele pomników „bohatera”, z których największy góruje nad Gori. Kaukaski góral, pisano w jednym z opracowań, rządził państwem niczym rodzinnym klanem. Zgodnie z kaukaskim kodeksem mordował politycznych przeciwników tak, jakby byli wrogami z sąsiedniej doliny.

Badania prowadzone w Centrum (próbuję nie ulegać pokusie szukania podobieństw z Instytutem Pamięci Narodowej…) pokazują, że Stalin nie pochwalał kultu własnej osoby, pisał: „Uczciwie mówiąc, towarzysze, nie zasłużyłem nawet na połowę tych pochwał…”.

Z aktualnego (2016) komentarza dowiadujemy się, że w Gori nie ma już pomnika, pozostało muzeum, kult przybrał formę folkloru.

I jeszcze jeden tekst tego samego autora, sięgający za wschodnią granicę, do Wałdaju, niewielkiej (ok. 18 tys. mieszkańców) miejscowości w obwodzie nowogrodzkim („Trzeci Rzym, drugi Zachód. Notatki z Wałdaju”). Klubem wandejskim nazwano odbywające się tu międzynarodowe spotkania zajmujących się Rosją badaczy. W jednym ze spotkań (2013) wziął udział Władimir Putin, przedstawiając Rosję jako strażnika tradycyjnych, gubionych przez Zachód, wartości europejskich. Czuło sie w tym wystąpieniu nawiązanie do koncepcji Moskwy, która po upadku Rzymu i Bizancjum przewodzi chrześcijaństwu („trzeci Rzym”).

Oto słowa Putina: „Obserwujemy, jak wiele krajów euroatlantyckich poszło faktycznie drogą odżegnania się od swoich korzeni, w tym także wartości chrześcijańskich, stanowiących podstawę zachodniej cywilizacji. Odrzucane są zasady moralne i wszelka tradycyjna tożsamość: narodowa, kulturalna, religijna, a nawet płciowa. Prowadzona jest polityka, zrównująca ze sobą rodzinę wielodzietną i jednopłciowy związek partnerski, wiarę w Boga czy wiarę w szatana. […] I model ten próbuje się narzucić wszystkim, całemu światu”.

W dalszym ciągu przemówienia Putin nawiązywał do Kongresu Wiedeńskiego i Jałty mówiąc, że obydwa porozumienia zapewniły światu długie lata pokoju. Widać, że chciałby nowego podziału wpływów.

„Opcje” (nr 3, 2016 r.).

Dominującym tematem śląskiego kwartalnika jest gościnność. Próbując czytać niektóre teksty zatęskniłem do stylu esejów Zygmunta Baumana, zwyczajności jego języka, zrozumiałości, bogactwa metafor i obrazów. Jedynym chyba tekstem, w którym można odnaleźć podobne cechy, jest otwierające numer krótkie oświadczenie Michela Foucaulta, napisane kilka minut przed odczytaniem podczas konferencji prasowej zorganizowanej przez Médicins du Monde (Lekarze świata) i Terre des Hommes (Ziemia ludzi) 19 czerwca 1981 roku. Francuski filozof  oparł swą myśl na trzech założeniach. Przytoczę pierwsze i większą część trzeciego, dają bowiem do myślenia.

„1. Istnieje coś takiego jak międzynarodowe obywatelstwo regulowane prawami i obowiązkami, które nakazuje przeciwstawiać się wszystkim formom nadużycia władzy, niezależnie od tego, kto się go dopuszcza i kto jest jego ofiarą. Ostatecznie wszystkimi nami się zarządza i to wspólne doświadczenie jest podstawą naszej solidarności.

3. Musimy zakwestionować podział pracy, który tak często się nam proponuje: jednostkom pozwala się na oburzenie i przemówienia, podczas gdy władzom przypada przemyślane i zamierzone działanie. To fakt, że władze kierujące się dobrymi intencjami doceniają uświęcone oburzenie rządzonych, sprawiając, że pozostaje ono nieledwie liryczne. Myślę jednak, że musimy być świadomi, iż bardzo często ci, którzy rządzą i przemawiają, potrafią tylko mówić – albo chcą tylko mówić. Doświadczenie podpowiada, że możemy i musimy sprzeciwić się teatralnej roli protestu, którą to formę chcieliby nam zaoferować. […] Wola indywiduów musi być obecna i wyrażona w porządku rzeczywistości, który władze próbowały zmonopolizować. Krok po kroku, dzień po dniu ich rzekomy monopol będzie ograniczany”.

Andrzej C. Leszczyński

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Zbyszek123 2017-01-29
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com