Ernest Skalski: Prawda i kult

2017-02-25.

[dropcap]N[/dropcap]a przełomie stycznia i lutego 1946 roku w powiecie Bielsk Podlaski oddział Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego – dowódca kapitan Romuald Rajs „Bury”, zastępca porucznik Kazimierz Chmielewski „Rekin” – wykorzystał w charakterze furmanów kilkudziesięciu miejscowych chłopów, Białorusinów, a następnie trzydziestu rozstrzelał. Towarzyszyła temu masakra ludności białoruskiej w kilku wioskach.

Nie był to izolowany incydent, tyle że ten akurat jest dobrze udokumentowany. Oddział wykonywał otrzymany 20 września 1945 roku rozkaz Komendanta Okręgu NZW Białystok, majora Jana Szklarka, „Kotwicz”, nakazujący pacyfikację części powiatu bielskiego, mającą mieć charakter „odwetu na wrogiej ludności do sprawy konspiracyjnej”. W czasie kilku miesięcy od otrzymania tego rozkazu do masakry „furmanów” (tak się ją określa) dokonywano więcej takich akcji. Palono domy z żywymi ludźmi, ci którym udało się wyrwać ginęli od kul. Kryterium: Białorusini, prawosławni. Oddział kpt. Rajsa nie był zapewne jedynym, którego dotyczył ten rozkaz. (Edmund Dmitrów: ”Polsko-białoruski konflikt pamięci wokół tzw. sprawy furmanów”, część większej całości pt. ”Wiek Nienawiści”, publikacja Instytutu Historii PAN i IPN, Warszawa 2014)

„Bury” doczekał się oficjalnego kultu dopiero przy dobrej zmianie. Zaczęto ostatnio o nim pisać i mówić w związku z marszem – prowokacją, jaki w prawosławnej Hajnówce zaplanowały skrajne nacjonalistyczne bojówki. Jego zbrodnie wciąż ciążą w zakątku Polski. Opis w książce Katarzyny Bondy „Okularnik” pokazuje jak było i jak to ciąży współczesnym. O „Burym” i innych pisała „Gazeta Bałtycka”, 29.02.2016, autor Piotr Sobolewski:

„To właśnie oddział PAS-NZW dowodzony przez kpt. Romualda Rajsa w dniach 29,31.01 1946 oraz 02.02.1946 spalił pięć wsi byłego powiatu Bielsk Podlaski (Zanie, Zaleszany, Końcowizna, Szpaki, Wólka Wyganowska) zabijając w okrutny sposób 82 osoby w tym kobiety, dzieci i starców, które spalono w zamkniętych budynkach.

Także w styczniu 1946 roku, oddział „Burego” zatrzymał we wsi Łozice 40 chłopów wysłanych przez sołtysów na tzw. „szarwark” czyli roboty na rzecz gminy. Zatrzymanych wraz z podwodami i końmi zmuszono, by zawieźli oddział „Burego” do Hajnówki a następnie do Zaleszan, gdzie mieszkańców stłoczono w jednym domu, a następnie podpalono go. Po wykonaniu zadania pozostałych 30 furmanów zamordowano w miejscowości Puchały Stare.

Dla oszczędności amunicji mordowano nieszczęśników obuchami siekier, strzelając wyłącznie do uciekających lub dobijając rannych. Dodać należy, że jedyną „winą” ofiar było to, że wszyscy oni byli prawosławni (jak większość zamieszkujących tamte tereny) i w znaczącej części narodowości białoruskiej.

Prowadzący w tej sprawie śledztwo białostocki IPN, zakończył je 30 czerwca 2005 roku uznaniem „Burego” winnym zbrodni ludobójstwa, który to wyrok podtrzymał orzeczeniem z dnia 18.11.2005 Sąd Okręgowy z Białymstoku.

Jak się okazuje – nie stanowiło to przeszkody dla inicjatorów wniosku o nadanie jednemu ze zjazdów z autostrady A4 imienia Romualda Rajsa „Burego”, zaś Kancelaria Prezydenta RP dosłownie cudem uniknęła kompromitacji, wycofując się w ostatniej chwili z obietnicy patronatu nad … marszem, przebiegającym dosłownie szlakiem grobów pomordowanych przez „Burego” ofiar. Naturalnie „Bury” nie był jedyny. Oto krótka lista dokonań innych tzw. „żołnierzy wyklętych”:

  • 23.06.1944 oddział Zygmunta Szendzielarza ps. „Łupaszka” wymordował we wsi Dubinki 27 osób w tym kobiety i dzieci. Ofiarą zbrodniarzy padła między innymi Anna Górska z 4 letnim synem.
  • 13.04.1945 w miejscowości Horeszkowice oddział NSZ „Sokoła” wymordował 8 przesiedleńców, w tym ciężarną kobietę, którą zakopano żywcem.
  • 11.05.1945 oddział Zygmunta Błażejewicza ps. „Zygmunt” spalił wieś Wiluki
  • 27.05.45 w Przedborzu oddział NSZ Władysława Kołacińskiego ps. „Żbik” zamordował 9 ocalałych Żydów w tym kobietę i dziecko.
  • 08.06.1945 oddział NSZ „Szarego” w miejscowości Wierzchowiny wymordował 194 osoby w tym 45 mężczyzn, 84 kobiety i 65 dzieci poniżej 11 lat. Najstarsza ofiara miała 92 lata, najmłodsza 2 tygodnie.
  • 08.07.45 w Opocznie zamordowano 3 Żydów, w tym jednego ocalałego z Auschwitz.

Tą listę zbrodni można by jeszcze długo kontynuować, ale nawet te nieliczne podane przykłady wystarczająco – jak się wydaje – „uzasadniają” wniosek, o nadanie autostradzie A4 imienia „żołnierzy wyklętych”. A może by tak nadać jej imię ich Ofiar ?!

Osobną kartę stanowić może powojenna „działalność” na Podhalu, Józefa Kurasia ps. „Ogień” oraz dowodzonego przez niego „oddziału”. Oto daleko niepełna lista przestępstw jakich dopuścił się ten – kreowany dziś na bohatera narodowego – zbrodniarz :

  • 23.06.1945 w miejscowości Maniowa koło Nowego Targu zamordowano 4 osoby narodowości żydowskiej
  • 10.12.1945 w Ostrowsku na słupie telegraficznym powieszono ciężarną Katarzynę Kościelną z d. Remierz za to, że w rozmowie z sąsiadką nazwała „Ognia” bandytą
  • 30.12.1945 w miejscowości Gronków w powiecie nowotarskim zamordowano 6 osób
  • Józef Kuraś zgwałcił wezwaną z Waksmundu matkę dwójki dzieci – Czubiakową. Odprowadzający ją jego podwładny również ją zgwałcił, a następnie zastrzelił
  • 21.01.1946 w Trybszu zamordowano właściciela młyna Pawła Bizuba oraz jego syna – Jakuba. Obaj byli Słowakami.
  • 28.01.1946 w Nowym Targu zamordowano Żyda Rudolfa Ozorowskiego
  • 30.01.1946 w Porębie Wielkiej powiat Limanowa zamordowano repatrianta ze wschodu – Władysława Godfryda
  • 10.02.1946 zamordowano wójta Gminy Żydowskiej na terenie powiatu Nowy Targ – Dawida Grazgerina
  • 29.02.1946 w Zakopanem zamordowano kierownika Towarzystwa Tatrzańskiego – Żyda
  • 2/3.05.1946 w okolicy Krościenka obrabowano a następnie zamordowano 12 osób narodowości żydowskiej. 7 osób zostało rannych.
  • 15..08.1946 zamordowano w Rabce kierownika tamtejszej Straży Pożarnej – Stanisława Mankiewicza
  • 25.08.1946 ze szpitala św. Łazarza w Krakowie porwano Tadeusza Urmanskiego i Eugeniusza Kadrysa. W trakcie napadu zastrzelona została pielęgniarka, Barbara Kowala

To zaledwie niewielki wycinek zbrodni, które miał na sumieniu „Ogień” – doliczmy też „zwykłe” napady rabunkowe na ludność cywilną, jakich w latach 1945-1947 dokonał 120!

Trudno powiedzieć, czy wszystkie te dane znane były Ministrowi Obrony Narodowej – Antoniemu Macierewiczowi – gdy uczestniczył On 20.02.2016 w Waksmundzie w rocznicowych obchodach śmierci „Ognia”, ale nie przypuszczam, by ich znajomość Mu w czymkolwiek przeszkadzała. Nie wiadomo także czy to TEN dorobek miał On na myśli, gdy na wspomnianych uroczystościach mówił : „Dziś wraca polska tradycja, wracają polskie wartości, wraca możliwość odbudowy wielkiej Rzeczpospolitej…”

Te zbrodnie tylko skalą różnią się od ludobójstwa dokonywanego przez UPA. Taki sam cel; pozbycie się, tam Polaków, tu w pewnych rejonach – Białorusinów. Takie same metody. Czy w ramach kolejnego Dnia Żołnierzy Wyklętych ktokolwiek wspomni „Burego” inaczej niż jako bohatera, rycerza bez skazy i zmazy? Ewentualnie z pomniejszaniem i pokrętnym wytłumaczeniem tego co zrobił. I czy tak trudno zrozumieć Ukraińców z kultem Bandery i UPA? My mamy tysiąc lat historii z tłumem bohaterów do wyboru, podczas gdy Ukraińcy, choć wywodzący się z tysiącletniej Rusi, rozpoczęli stawanie się świadomym, odrębnym narodem na przełomie XIX i XX wieku i dopiero teraz się ten proces zamyka. Nie maja wielu wzorców i bohaterów, a potrzebują.

Ani wyznawcy kultu UPA, ani czczący Żołnierzy Wyklętych nie uważają chyba, że należało mordować jak leci i palić. Jedni i drudzy albo nie wiedzą jak było naprawdę i nie dopuszczają myśli, że mogło być inaczej niż się im podaje do wierzenia, albo wypierają tę wiedzę ze świadomości. A jak już nie idzie nie wiedzieć to mówią o sporadycznych incydentach, które przecież wszędzie się mogą zdarzyć. I Wyklęci i ci z UPA stają się ikonami, przedstawianymi według ustalonego szablonu, przedmiotem kultu, który ma co prawda jakiś związek z minioną rzeczywistością, lecz luźny i wypaczony.

Tyle słów wstępu. Temat powtarzam od kilku lat w okolicy Dnia Żołnierzy Wyklętych. W tym roku dołączyłem listę zbrodni za „Gazetą Bałtycką”, żeby pokazać, że nie chodzi o przypadkowe incydenty. Powtarzam, bo nie wszyscy czytają wszystko i nie wszyscy muszą wszystko pamiętać. Czasem wychodzą na jaw nowe fakty, zmienia się interpretacja. Przeważnie w zależności od aktualnych potrzeb.

A więc…

Straszne czasy

[dropcap]O[/dropcap]d ściany do ściany. Wpierw kilkadziesiąt lat oszczerstw i kłamstw. Nic tylko „reakcyjne podziemie” i „bandy leśne”. Najmniejszej próby zrozumienia tych ludzi i kłamstwo ciążące na wielu przez wiele lat po ich śmierci, przeważnie tragicznej. Ale nie jest też prawdą obecna odwrócona klisza peerelowskiej propagandy. Nic tylko ”Żołnierze wyklęci” i nadal niechęć zrozumienia i dowiedzenia się jak było naprawdę.

Raczej więc nie było to „antykomunistyczne powstanie – 1944-1963 (sic !)” – lansowane aktualnie przez politykę historyczną. Czy też historię upolitycznioną, bo to na jedno wychodzi. Powstanie, a mieliśmy ich niemało, musi mieć jakiś cel, plan działania, jakieś kierownictwo i podporządkowaną mu strukturę. A generał Leopold Okulicki, „Niedźwiadek”, ostatni mianowany przez rząd RP na emigracji, komendant Armii Krajowej, rozwiązał ją. Nie przewidywał dalszej walki. Kolejne podziemne struktury; NIE oraz Ruch Oporu Bez Wojny i Dywersji Wolność i Niezawisłość (to była pełna i wiele znacząca nazwa struktury rozpoznawanej jako WIN) miały na celu pracę, powiedzmy formacyjną, kształtowanie świadomości i początkowo naiwną kalkulację na polityczny sukces. WIN przejął jednak oddziały podlegające rozwiązanej Delegaturze Sił Zbrojnych na Kraj. Nie obejmował całości podziemia, w którym ważne miejsce zajmował odrębny nurt narodowy – NSZ i nie tylko on. Coraz liczniejsze stawały się też samodzielne oddziały, działające z inicjatywy swoich dowódców.

Nie była to również, jak głosiła – nie cały czas – propaganda PRL, wojna domowa. Z tych samych powodów. Cel, plan, kierownictwo i strukturę w pełnym wymiarze miała tylko jedna strona, władza, nazywająca siebie ludową. A do wojny potrzeba dwóch. Ruch partyzancki wydaje się najtrafniejszym określeniem. Ono nie wartościuje. Nie pasowało do „reakcyjnych band” i nie mieści się w obowiązującym dzisiaj kanonie Żołnierzy Wyklętych, cokolwiek by ten dwuznaczny termin miał znaczyć. Żaden z tych dwóch terminów – wytrychów nie sprzyja spokojnemu opisowi dramatycznych wydarzeń pod koniec wojny i w ciągu kilku lat po niej.

Dojrzewa już trzecie pokolenie urodzone po wojnie. I nie dziwi, że dla większości ludzi, którzy jej nie pamiętają, jest ona schematem kształtowanym przez aktualne nasilenie propagandy polityczno–historycznej. Propagandę tę jednak prowadzą politycy, historycy, dziennikarze, których obowiązek jest wiedzieć, a którzy nie wiedzą, czy nie chcą korzystać z wiedzy o tym jak było naprawdę. Ich oceny wyglądają tak jakby nie zdawali sobie sprawy, że armia sowiecka wkraczała do Polski walcząc z Niemcami, którzy przez długie miesiące do stycznia 1945 jeszcze mordowali w Auschwitz, a już od lipca 1944 nie mordowali na Majdanku. A Piotr Zychowicz, ten od historii alternatywnej, pisze o tym okresie, że… nie należało pomagać Stalinowi. Niewiedza, głupota, zła wola.

W trzydziestym dziewiątym Armia Czerwona po prostu najechała Polskę, działając wspólnie i w porozumieniu z Niemcami. W latach 1944 i 1945 armia ta zniewalała Polaków, lecz jednocześnie ratowała przed Niemcami. „Ocaliliście, ale nie wyzwoliliście” – formuła Jerzego Pomianowskiego najlepiej oddaje charakter ówczesnej sytuacji.

Żywotnym i realnym – co ważne – interesem Polaków było jak najszybsze zwycięskie zakończenie wojny z Niemcami. Każdy jej dzień oznaczał nowe ofiary. A Stalin już się tak bardzo nie śpieszył. Swój przydział w Niemczech miał już umówiony z zachodnimi sojusznikami, a po drodze realizował podporządkowanie sobie Polski i innych krajów. Dlatego nie wykorzystał Powstania Warszawskiego dla przyspieszenia marszu na zachód. Dlatego rozprawiał się z partyzantami AK na Wileńszczyźnie i na Wołyniu, którzy zamierzali być i już bywali – choćby w Wilnie – sojusznikami w walce przeciwko Niemcom. Polacy w wielu miejscach nawiązywali stosunki, czy nawet krótkotrwałe współdziałanie z sowieckim wojskiem, lecz napadani, bronili się, unikając nierównej walki gdzie mogli, Ale też kiedy mogli atakowali. W dawnym ZSRR ciągle nie rozumieją dlaczego niewdzięczni Polacy zabijali swoich wyzwolicieli.

Pierwsza Dywizja imienia Tadeusza Kościuszki, Pierwszy Korpus, a na terenach podległych PKWN była to już Pierwsza Armia. Znalazło się w niej i walczyło sporo akowców, choć niebezpieczeństwo groziło im nie tylko ze strony Niemców lecz również kontrwywiadu polskiego i sowieckiego. Formowano Drugą Armię i planowano sformowanie też trzeciej. Nie wyszło na skutek kolosalnej dezercji. Wielka część dezerterów znalazła się w lesie. Można ich zrozumieć, mają teraz swe święto. A co z tymi, którzy zostali, przełamywali Wał Pomorski, forsowali Odrę i Nysę, zdobywali Berlin?

Już wkrótce jakaś ich część, wcielona do Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i pozostająca w szeregach WP walczyła ze swymi niedoszłymi towarzyszami broni.

Belka w oku własnym oczywiście jest niewidoczna. Lewicowy „Przegląd” pisał parę lat temu o Leśnych jakby był organem ZBOWID-u. Rozumiem, że gromka i zaślepiona apoteoza Żołnierzy Wyklętych wywołuje odruch sprzeciwu. Dla apologetów to oczywiście rycerze bez skazy i zmazy. Ale od mądrego felietonisty ”Przeglądu”, Bronisława Łagowskiego, którego zdanie szanuję nawet kiedy się z nim nie zgadzam, można było oczekiwać, że potępiając podziemie, zastanowi się nad tym co tych ludzi spychało do lasu.

Otóż wielu z nich nie widziało innego wyjścia, a niektórzy go naprawdę nie mieli. Władza wielu zmuszała do tego kroku. Z głupoty i bezmyślności, ale też w ramach rozmyślnej prowokacji. By ich w lasach wyłapać i wybić, bo tym się musiało skończyć. Niedawni żołnierze podziemia z lat okupacji nie byli w Polsce bezpieczni. Groziło im więzienie, tortury, śmierć. Ucieczka do lasu bywała ratunkiem na jakiś czas. Były amnestie i większość z nich korzystała. Ale i one nie gwarantowały spokoju. Władza każdego mogła oskarżyć, że znów konspiruje i niejednokrotnie robiła to.

Chciejstwo

[dropcap]A[/dropcap] na co liczyli leśni ? Jakie robili plany, kiedy partyzantka wydawała się im jeszcze nie tylko aktem rozpaczy?

Z jedenastu polskich powstań, od Konfederacji Barskiej do Warszawskiego tylko jedno, Wielkopolskie, odniosło zamierzony sukces. W pozostałych nie sprawdziły się kalkulacje, ale za każdym razem ktoś coś myślał, planował, kalkulował z większa czy mniejszą – przeważnie mniejszą – dozą realizmu. Opartego na tym, że była jakaś siła, którą mógł rozporządzać. Powstanie Warszawskie okazało się błędem, lecz było pomyślane jako element trwającej wojny światowej, w której klęska Niemiec była już przesądzona. Polska ze swym legalnym rządem i ze swymi siłami zbrojnymi, których częścią była Armia Krajowa, stanowiła jakiś element sił sojuszniczych i chciała zająć mocną pozycję w obozie zwycięzców.

Nie udało się, bo nie mogło się udać, lecz można zrozumieć władze cywilne i wojskowe RP, które wtedy nie były o tym przekonane, widziały jakaś szansę i chciały ją wykorzystać. Ale już w parę miesięcy później, ci którzy reprezentowali polską myśl polityczną powinni sobie zdawać sprawę, że walka zbrojna z nowym zaborcą i jego krajowym reżimem nie ma żadnej przyszłości. Oficerowie, którzy szli ze swymi oddziałami do lasu też musieli sobie zdawać sprawę, że nie pobiją armii ZSRR i sił reżimowych. Na co zatem liczyli? Bo przecież nie na to, że wywołają narodowe powstanie, które po pierwsze – było zupełnie nierealne, a gdyby nawet wybuchło, zostałoby utopione we krwi. Liczyli na III wojnę światową. Na to, że Zachód, uzbrojony w bombę atomową, rozpocznie wyzwolicielską wojnę przeciw Sowietom, bo przecież nas nie zostawi w ich władzy, no a my wszak musimy wziąć udział. A co by zostało z Polski po takiej wojnie jakoś nikomu nie zaprzątało głowy.

Można się spierać o sens Powstania Warszawskiego, czy też o politykę Becka, ale mówimy o błędach ówczesnych decydentów, nie kwestionując ich patriotyzmu. W przypadku Wyklętych w ogóle nie było decydentów poza lokalnymi dowódcami. Wszyscy się zgodzą w uznaniu dla walczących żołnierzy Września i powstańców. Bo walczyli przeciw zewnętrznemu wrogowi. Wyklęci, cokolwiek by o nich sądzić, podjęli walkę bratobójczą. I jeśli nie opieramy się na schematach; PRL-owskim i PIS-owskim, to trudno jest gloryfikować którąś ze stron. A była to tragedia, której w ówczesnych warunkach nie można było uniknąć. Tam gdzie potrzebne jest zrozumienie i żałobne skupienie, mamy kolejno skrajne uproszczenie na przekór faktom – czy to robi PRL czy PIS – prowadzące do apoteozy jednej ze stron. Teraz w bezmyślny chłopackim stylu; jak to na wojence ładnie.

Często się powołuję na Hiszpanię, która miała bez porównania straszniejszy problem wojny domowej i po latach potrafiła sobie poradzić z dramatycznym podziałem w narodzie. Próbę odwoływania się do tradycji konfliktu podejmował premier Zapatero, wnuk rozstrzelanego przez frankistów. Bez większego odzewu, bo Hiszpanie bali się wydobycia i odnowienia tego podziału, tkwiącego przecież w pamięci międzypokoleniowej. To jest wszędzie możliwe. Kiedy w 2006 roku prezydent Kaczyński odsłaniał pomnik Józefa Kurasia „Ognia”, na Podhalu, Orawie i Spiszu odnowił się stary konflikt. Oburzały się nie tylko dzieci i wnuki jego ofiar. Opinia o Kurasiu jako okrutnym i wiarołomnym bandycie jest tam dosyć powszechna, podobnie jak i uznanie dla niego. Teraz to samo mamy w Hajnówce i okolicach,

To prezydent Komorowski – skądinąd go popierałem – wprowadził do kalendarza dzień Wyklętych. Historyk, a jakoś się nie zainteresował realiami i nie zdał sobie sprawy, że może obudzić upiory. PIS przemilczał tę rolę trefnego prezydenta, ale pomysł podchwycił i rozwinął. Ten kult może sprawić, że w społeczeństwie powstanie i utrwali się na długo schematyczny i fałszywy obraz ważnego okresu naszych dziejów. A jeśli odżywają stare waśnie, to jakoś mieszczą się w sposobie prowadzenia polityki Kaczyńskiego.

Liczy się, że żyjemy

[dropcap]M[/dropcap]iałem dziesięć lat gdy skończyła się wojna. Byłem chłopcem, nie powiem – inteligentnym, ale ciekawskim, jeśli chodzi o wojnę, politykę etc. Czytałem gazety, słuchałem radia odkąd się pojawiło po Niemcach, którzy nie pozwalali je mieć, wsłuchiwałem się w rozmowy dorosłych. Czasem nawet usiłowałem się wtrącać. Pamiętam tamte czasy i ich atmosferę. No a potem, jako historyk z wykształcenia i dziennikarz od 1958 roku, nie zmieniłem zainteresowań.

Zostałem harcerzem i w krakowskim Lasku Wolskim ćwiczyliśmy tak zwane podchody, szykując się do wojny o wyzwolenie Lwowa i Wilna. W tym czasie jeszcze nie bano się mówić. Zdawałem więc sobie sprawę jak powszechna jest niechęć do nowych władz. Jaka pogarda otacza „demokratów”. Bo władza przedstawiała się nawet nie jako lewicowa, lecz właśnie demokratyczna. I to wystarczyło, by zohydzić słowo „demokratyczny”. A jednocześnie pamiętam wybuch entuzjazmu na wiadomość o zakończeniu wojny, które przecież nie było już zaskoczeniem. Szaleńcza kanonada, rakiety i świetlne pociski.

Poza Laskiem Wolskim, już nas nie obchodzili sowieci, Z własnej chłopackiej inicjatywy, odgrywało się długo jeszcze wojnę z Niemcami, z którymi nie zdążyliśmy powalczyć. Ale starsi wówczas patrzyli na wszystko inaczej.

Władza z mandatu Sowietów, choć niechciana i wredna, była jednak polska i następowała po latach okupacji niemieckiej. Że chociaż podczas okupacji była Delegatura Rządu RP i była Armia Krajowa, to jednak realną władzę decydującą o życiu i – jak najdosłowniej – o śmierci, sprawowali Niemcy. Dominującym uczuciem przy końcu wojny była pomimo wszystko – ulga. Terror nowej władzy nie był powszechny, nie stwarzał, w przeciwieństwie do okupacji niemieckiej, zagrożenia – nieraz przypadkowego; łapanka – wolności i życia dla wszystkich.

Dla jasności pozwolę sobie powtórzyć to co pisałem wielokrotnie w wielu miejscach; w skali historii i w skali świata, jeśli mierzyć czasem trwania, zasięgiem, liczbą ofiar i tworzeniem utopii społecznej i gospodarczej, cywilizacji gorszego sortu, komunizm był/jest o wiele większym nieszczęściem od nazizmu. Polska była ofiarą obu totalitaryzmów, ale dla nas akurat niemiecka okupacja w ciągu sześciu lat okazała się większym – jeszcze większym? a tak! – nieszczęściem niż prawie pół wieku sowieckiej dominacji i rodzimy realny socjalizm. W momencie zakończenia wojny było nas na dawnych i nowych ziemiach polskich, od Zbrucza do Odry o 9 milionów mniej niż w Drugiej Rzeczpospolitej, z czego dwie trzecie straciło życie. Jedna trzecia majątku narodowego była w ruinie, a gospodarka i życie społeczne znajdowały się w stanie prawie całkowitej dezorganizacji.

Reakcja narodu była taka sama jak po najeździe tatarskim, rajdach husytów, Potopie, oraz zniszczeniach i przemieszczeniach I wojny światowej i wojny z bolszewikami. Nadrzędnym imperatywem stała się odbudowa mniej więcej normalnej egzystencji, niezależnie od tego, co myślano i mówiono o nowej władzy. Tylko ona mogła zorganizować odbudowę kolejnictwa i wszelkiej infrastruktury, aparatu oświaty, służby zdrowia i… wymiaru sprawiedliwości. A owszem! Była rozbuchana przestępczość kryminalna, były ogromne zaległości w sprawach cywilnych. I do tego realnie sprawowana władza musiała zorganizować zagospodarowywanie Ziem Odzyskanych – takie było przez lata nazewnictwo – a w tym masowe przesiedlenia. Na tym odcinku struktury podziemne akceptowały współpracę z władzą i nie przypadkowo szef PPR, wicepremier Władysław Gomułka zrobił się jednocześnie ministrem ziem odzyskanych, licząc na jakieś poparcie z tego tytułu.

Miliony ludzi przemieszczały się w różnych kierunkach. Ruch z Kresów na Ziemie Odzyskane, a z nich Niemców do Niemiec nie był jedyny. Wracały tłumy. Z emigracji, z obozów niemieckich i sowieckich, z frontów, które nie były porównywalne z obecnymi misjami w Iraku i w Afganistanie. I jakoś nikt nie leczył „urazów stresu bojowego” – jest taki oddział w szpitalu MON, na Szaserów w Warszawie – ani traumy poobozowej. Trzeba było na nowo urządzać się w życiu, nadrabiać stracone lata. W kraju, nieraz na listach rozstrzelanych, a także za granicą, szukali się – i znajdowali lub nie – członkowie rodzin. Łączyły się – lub nie – rozdzielone związki, ale też powstawały nowe. W maksymalnie nieraz trudnych warunkach rodziły się liczne „zaległe” dzieci.

Wojna i jej zakończenie to wtedy była dominanta w życiu. Dzisiaj to brzmi jak herezja, ale lecz chyba dla większości ważniejsze było, że już nie ma wojny niż to, że z jej zakończeniem nastała niechciana władza. Z tego, że będzie zupełnie inny system daleko nie wszyscy sobie zdawali sprawę. Powszechna niechęć do władzy nie przejawiała się w powszechnej chęci dawania jej zbrojnego oporu. Wojowania już było dosyć. A bardzo szybko zaczęli się pojawiać beneficjenci nowego systemu. I to na masową skalę. Każda władza zawsze znajduje chętnych do uczestnictwa i udziału w jej beneficjach. Ale nie tylko o takich chodziło.

Brali, nie kwitując

[dropcap]P[/dropcap]amiętam, że symbolem statusu pozostawał czas jakiś po wojnie, nawet znoszony, przedwojenny garnitur z bielskiej, a jeszcze lepiej z angielskiej, wełny, lecz dla milionów ludzi sytuacja życiowa stawała się lepsza nie tylko w porównaniu z okupacyjną, lecz również z tą sprzed trzydziestego dziewiątego roku.

Inteligencja wyszła z wojny zdziesiątkowana. Mordowali ją celowo obaj – Palmiry, Katyń – okupanci, ginęła na frontach i w podziemiu, a po wojnie wielka jej część nie chciała i nie mogła wrócić do kraju. Ktoś musiał zastąpić tych ludzi i była to droga szybkiego awansu dla tych, którzy nie widzieli dla siebie takiej perspektywy przed wojną.

Tu dygresja, wydaje się, nieodzowna. Możemy, nie popełniając błędu, w skrócie, jednym zdaniem powiedzieć, że w latach 1795 – 1918 Polska nie miała swojego państwa i była rządzona przez zaborców. A przecież były znaczące obszary jakiejś państwowości i autonomii; Księstwo Warszawskie, Królestwo Kongresowe, Galicja. Zapewne więc kiedyś i okres 1944 – 1989 da się opisać jednym ogólnym zdaniem. Jednakże nie naruszając ogólnej w sumie negatywnej oceny tego okresu, należy w nim wydzielić różne podokresy, przy czy czym różnice między nimi były dla wielu ludzi różnicą miedzy życiem i śmiercią. W roku 1956 i nieco wcześniej – dosłownie.

Otóż w tym pierwszym okresie, do 1947 roku włącznie, była to dyktatura okrutna i bezwzględna, lecz jeszcze nie totalitarna. Nie było mowy o komunizmie, nie wymuszano ideowych deklaracji, nie było kultu Stalina, nie słyszano jeszcze o realizmie socjalistycznym, nie atakowano otwarcie Kościoła, raczej nawet kokietowano go, zapowiadano, że kołchozów w Polsce ma nie być, prywatną inicjatywę zachęcano i jednocześnie prześladowano w ramach walki ze spekulacją, lecz nie było jeszcze niszczącej ją programowo bitwy o handel.

W takich warunkach nawet przedwojenni inteligenci biorąc się do – koniecznej wszak – pracy jeszcze mogli uważać, że tylko odbudowują kraj, a nie deklarują się politycznie i nie budują nowego ustroju. Nie pracowali dla władzy, której nadal nie szanowali i nie lubili, ale dla kraju. Zaczadzenie ideologiczne, osławione „ukąszenie heglowskie” u jednych i zwykły oportunizm u innych, następowało po 1947 roku, gdy było jasne, że już klamka zapadła. Trzeba też pamiętać o licznych rzeszach awansujących we wszystkich dziedzinach. Ci ludzie też mogli nowej władzy nie lubić, lecz wiedzieli, że jej zawdzięczają swój awans.

Przedwojenna Polska była krajem ogromnego strukturalnego bezrobocia w mieście i na wsi oraz biedy na niewyobrażalną dziś skalę. Przy końcu wojny bieda była per saldo większa, lecz szybko zaczęło się okazywać, że nie ma bezrobocia. Przedwojenna klasa robotnicza też była zdziesiątkowana przez wojnę, a nowy ustrój degradował ją przy programowej apoteozie. W pierwszych latach broniła się, wybuchały strajki, później starannie przemilczane. Lecz szybko została ona zdominowana przez napływ pracowników z przeludnionych wsi i przez tych miastowych, którzy dawniej nie mogli liczyć na stałe zajęcie. Nie wydaje się by wszyscy ci ludzie kiedykolwiek – jeśli nie liczyć tak zwanego aktywu robotniczego, czyli wszelkich działaczy – stali się entuzjastami nowego systemu. Nie byli jednak oparciem dla zbrojnego podziemia.

Jego obecność była powszechnie odczuwalna. Wywoływała bardzo różne uczucia. Nienawiść, strach, irytację, zrozumienie, sympatię. Lecz nawet ona nie przekładała się na czynne poparcie leśnych, a tym bardziej na napływ ochotników do lasu. Po straszliwej wojnie, serii klęsk, po stratach i cierpieniach brakowało chętnych na udział w beznadziejnym przedsięwzięciu, nawet jeśli skądinąd uważało się je za słuszne. Coraz mniej jednak tak uważało. Również w lasach.

Jedna bomba atomowa…

[dropcap]…[/dropcap]i wrócimy wnet do Lwowa. Co ta bomba przy okazji rozwali jakby nikogo nie obchodziło. Dziś się może wydawać, że to już wtedy był gorzki żart i figura retoryczna. Ale byli tacy, którzy wierzyli. Szczególnie w lasach.

Początek zimnej wojny datuje się od przemówienia Winstona Churchilla w Fulton, w USA, 5 marca 1946 roku, kiedy wprowadził pojęcie żelaznej kurtyny, rozciągniętej od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem. Ale to był dopiero opis podziału Europy. Natomiast rozgrywka Wschód – Zachód zaczęła się parę miesięcy później.

W roku 1946 Stalin podobno miał wylew i Wiaczesław Mołotow przejawił inicjatywę. Podział Niemiec na dwa państwa nie był jeszcze do końca przesądzony i Mołotow dał do zrozumienia, że nie jest też przesądzona granica na Odrze i Nysie, i że można by ją zrewidować na korzyść Niemiec, lecz tylko proradzieckich, rzecz jasna. W odpowiedzi amerykański sekretarz stanu James F. Byrnes wygłosił 6 września przemówienie w Stuttgarcie, w którym z grubsza powiedział to samo, odwracając sytuację. Pozycję miał o tyle słabszą, że Zachód miał swoje strefy okupacyjne na zachodzie Niemiec i był oddzielony od obiektu przetargu – granicy polsko-niemieckiej, a linia Odry i Nysy była kontrolowana przez ZSRR. Bać trzeba się więc było protektora, który dopuszczał możliwość przehandlowania naszych granic, ale w Polsce nagłośniono przemówienie Byrnesa. Pamiętam jakiś wiec protestacyjny, gdzieś na Dolnym Śląsku i wrzeszczącego na nim generała. Chyba nazywał się Zawadzki, ale nie Aleksander, lecz jakiś inny. Władza dostała do dyspozycji straszak niemiecki, którym posługiwała się do drugiego upadku Gomułki. A jeszcze nawet w stanie wojennym.

Z punktu widzenia tzw. obozu londyńskiego, podziemia w kraju i harcerzy z Lasku Wolskiego napięcie między niedawnymi sojusznikami miało doprowadzić do kolejnej wojny ludów, takiej jak ta, o którą modlił się Mickiewicz i która przyniosła Polsce wolność w roku 1918. Jej perspektywa uzasadniałaby prowadzenie walki partyzanckiej gdyby wybuch miał nastąpić niebawem. W dłuższej perspektywie jednak praktyczne by były raczej przygotowania w ścisłej konspiracji i praca wywiadowcza na rzecz zachodnich sojuszników. Do tej taktyki usiłowano przystąpić w kraju i na Zachodzie, kiedy ruch partyzancki był już rozgromiony, lecz pozostała po nim konspiracja była infiltrowana i wręcz prowadzona przez bezpiekę. Skończyła ona tę grę, inscenizując spektakularną wpadkę tej konspiracji, kompromitację części emigracji politycznej oraz wywiadów USA i Wielkiej Brytanii. Ale to był późniejszy skutek, w roku 1953 – tzw. afera Bergu.

Zaraz po wojnie dość sprawnie jeszcze funkcjonował „Londyn” przez co należy rozumieć ówczesną emigrację polityczną. Ministrowie, generałowie zdążyli już byli poznać Zachód od strony politycznej i możliwości wojskowych. Mogli i powinni byli wiedzieć, że Zachód też łapał oddech po morderczej wojnie, cieszył się pokojem, bezpieczeństwem, liczył poniesione straty i martwił się o przyszłość. W dodatku wąsaty uncle Joe, jego Russia i Red Army (już zresztą w tym momencie Sowiecka a nie Czerwona) cieszyli się jeszcze dość powszechną sympatią, jako niedawni sojusznicy. Komuniści współrządzili w Francji, byli wielką siłą polityczną we Włoszech. Pomysł, że demokratyczne rządy Zachodu podejmą wyniszczającą wojnę ze swoim wielkim i potężnym sojusznikiem w interesie małego, kłopotliwego sojusznika był czystą abstrakcją.

Już w przemówieniu w Fulton Churchill powiedział, że sowiecki ekspansjonizm nie znaczy, że Moskwa chce wojny. Amerykańska, a potem natowska strategia zawarta została w słowie cointaiment – powstrzymywanie, odpychanie. Wojna Wschód – Zachód w Europie, na podobieństwo obu wojen światowych, stawała się możliwa raczej na skutek błędu, wypadku przy pracy. Obóz niepodległościowy jednakże przewidywał jej wyzwolicielski charakter, ale nie chciał brać pod uwagę niszczycielskich skutków jej przebiegu dla Polski i tego, że główną stawką w tej rozgrywce mogła być nie Polska a Niemcy.

W lasach nad Narwią partyzanci mogli sobie takie rozważania darować. Lecz ministrowie i generałowie ? Może myśleli, że zbrojne podziemie w Polsce, którym przecież nie kierowali, jakoś podbudowuje ich pozycje, czy zachęca Zachód do interwencji. Generał Anders wybuch powstania w Warszawie uznał nawet nie za błąd, ale za zbrodnię. Realistycznie oceniał jego szanse. A po wojnie, kiedy to miał wrócić na białym koniu, nie wzywał by zaprzestać przelewania polskiej krwi w beznadziejnej walce. Liczył na trzecią światową. Zwrócił się do Waszyngtonu z propozycją odbudowy polskiej armii na Zachodzie, mającej brać udział w trzeciej wojnie światowej, na którą liczył. Ale to było w roku 1950 kiedy zbrojne podziemie w Polsce praktycznie nie istniało już od dwóch lat.

Klęska

[dropcap]A[/dropcap]leksander Fadiejew, sowiecki pisarz i działacz na odcinku kultury, zostawił po sobie jedną naprawdę dobrą książkę. To „Klęska”, z której po latach zapamiętałem tę jedną scenę. Wojna domowa, Daleki Wschód czy Syberia. Czerwoni partyzanci, padający z głodu i ze zmęczenia, lokują się w obejściu chłopa, Koreańczyka. Szukają pożywienia i znajdują przemyślnie schowane prosię. Gospodarz, jego żona i dzieci, zrozpaczeni i przerażeni, błagają dowódcę by je zostawił. To jest jedyne ich pożywienie na zimę. Dowódca jest przybity. Święcie wierzy w szlachetne cele rewolucji. Jest przekonany, że walczy o lepsze życie dla takich właśnie ludzi. Wie, że nie mają oni niczego innego do jedzenia i jednocześnie wie, że za chwilę każe zaszlachtować prosiaka. Jego ludzie zjedzą jeden posiłek i będą w stanie przemaszerować jeszcze kawałek.

Realista oceniający ten opis zapewne uznałby za mało realną jedynie rozterkę dowódcy.

Tyle się pisało, pisze i będzie pisać o partyzantce, o wszelkich aspektach jej działania, stosunkowo niewiele uwagi poświęcając jej czynnościom kwatermistrzowskim. Partyzanci przede wszystkim stale potrzebują jedzenia. Potrzebny im bywa transport; konie i wozy. Muszą nieraz uzupełnić garderobę i obuwie. Czasem przenocować w jakimś obejściu. Zapewnić w nim bezpieczeństwo rannym i chorym. To wszystko może im zapewnić jedynie teren, na którym akurat działają. Czyli praktycznie chłopi.

Polska wieś przy końcu wojny znajdowała się w dość specyficznej sytuacji. Z jednej strony, żywność była, niekiedy dosłownie, na wagę złota. Może dlatego, że brakowało jej również na wsi. Mężczyźni poszli do wojska w trzydziestym dziewiątym i daleko nie wszyscy jeszcze wrócili. Młodzież płci obojga była wywożona na roboty do Reichu. Przez Polskę w okresie kilku lat dwukrotnie przewalił się front z milionowymi armiami. Różnie się to nazywało, przeważnie kontyngenty, lecz ściągała je bezwzględnie władza niemiecka, a po niej i polska. Wieś była ograbiona, pozbawiona środków produkcji i nie bardzo miał kto produkować.

I na tym tle należy rozpatrywać zaopatrywanie partyzantek, bo było ich kilka. Armia Krajowa, Narodowe Siły Zbrojne, Bataliony Chłopskie. To te większe znane i uznane. Do tego wiele różnych lokalnych i wędrujących oddziałów, z różnie nazywających się organizacji podziemnych. Samodzielne grupy uciekinierów z gett i z obozów dla jeńców sowieckich. Z czasem pojawiała się Gwardia, potem Armia Ludowa. W miarę zbliżania się frontu nadchodziły oddziały partyzantki sowieckiej. Już później, w południowo wschodnich rejonach zjawiły się wypierane z Ukrainy oddziały UPA.

Działania partyzantów powodowały wysyłanie oddziałów karnych Wehrmachtu, wszelakich sił policyjnych, pacyfikacje. Wszystkie te siły wymuszały informacje, powoływały szpiegów i szukały szpiegów przeciwnika. Karano za udzielanie informacji i wszelakiej pomocy to Niemcom, to partyzantom, to nowym władzom. Postępowanie było przyśpieszone, kary okrutne i natychmiastowe. Pobicia, zabójstwa, gwałty. Konfiskaty, czyli rabunki. Do tego nieraz na jednym terenie pojawiały się partyzantki walczące przeciw sobie nawzajem. Plagą też były liczne bandy rabunkowe, programowo bardzo brutalne. Niekiedy podszywały się pod znane struktury. Te, dopóki były centralnie dowodzone, starały się niezbyt skutecznie utrzymywać jakiś porządek. Było to trudne. Skład osobowy wielu terenowych oddziałów niekoniecznie przypominał ideową młodzież z warszawskiej AK.

Chłopi też nie byli zwolennikami nowej władzy. Reforma rolna nie dotyczyła wszystkich, raczej bezrolnych i robotników rolnych niż gospodarzy. Nie budziła na wsi powszechnego entuzjazmu. Ale też niekoniecznie budziła entuzjazm kontynuacja partyzantki już po odejściu Niemców, kiedy wymęczona wieś najbardziej liczyła na dawno oczekiwany spokój. Chłop publicznie wybatożony za wzięcie ziemi z reformy nie stawał się zwolennikiem leśnych.

Partyzantka tego okresu stawała się coraz bardziej wędrowna. Na autentyczne poparcie łatwiej może liczyć partyzantka lokalna. Nie bytuje ona w lasach, czy w górach, lecz składa się z miejscowych, którzy w dzień robią w swych gospodarstwach, a od czasu do czasu skrzykują się, wygrzebują ukrytą broń i ruszają na akcję. Taka przetrwała na zachodniej Ukrainie do lat pięćdziesiątych. – Automaty tam dadzą czy brać swoje ? – pytali w popularnej sowieckiej anegdocie tamtejsi rekruci na zebraniu informacyjnym. Ale oddział, który przychodził z Wileńszczyzny na Mazowsze, czy z Wołynia w Lubelskie trafiał na spore problemy. Chłopi powszechnie mieli już dosyć utrzymywania kolejnych leśnych i nie bardzo mieli co dawać. Brano więc siłą.

Lokalna władza nie składała się z przysłanych z Moskwy emisariuszy. To miejscowi szli do lokalnej milicji czy nawet powiatowego UB, zajmowali stanowiska w urzędzie gminnym. Krewni, sąsiedzi traktowali ich nieraz jako swojaków na urzędzie, co to mogą ostrzec, pomóc, czy przymknąć oczy. Dla przybyłych partyzantów byli to zdrajcy wysługujący się sowietom, członkowie komunistycznej władzy, których należy likwidować. Tym słowem się określało zabójstwo.

Nurt narodowy w partyzantce za wrogów uznawał nie tylko przedstawicieli władz lecz również mniejszości narodowe. Zabijał więc Białorusinów – patrz wstęp – i Żydów. Nie tylko tych z UB i z PPR, ale jak leci, choćby wyciąganych z zatrzymywanych pociągów. Nagłaśniane są dzisiaj spektakularne akcje; uwalnianie więźniów, ataki na komendy i posterunki. Ale działalność zbrojna polegała w większości przypadków na zabijaniu poszczególnych osób. Jeden z nielicznych już ”wyklętych” opowiadał w rozmowie z dziennikarzem z okazji nowego święta, że trudno mu było strzelać do polskich żołnierzy, ale nie miał żadnych oporów jeśli chodziło o ubeków i ruskich.

Leśni w większości mieli za sobą lata podziemnej egzystencji, walkę i stałe zagrożenie. Z czasem docierało zrozumienie, że ich walka nie przynosi skutków, Władza się umacnia; Jałta, sfałszowane referendum w 1946 roku i sfałszowane wybory w roku 1947, klęska PSL i Mikołajczyka. Ludzie jakoś się urządzają w powojennej rzeczywistości.

A leśni wokół czują brak zrozumienia, niechęć i zdradę. W coraz większym stopniu zdawali sobie sprawę, że są już zwierzyną łowną, a nie stroną konfliktu. W takich warunkach w ludziach rodzi się brak współczucia dla innych, zaciekłość i okrucieństwo.

Były to czasy kiedy łatwo się zabijało.

Ernest Skalski

 

Print Friendly, PDF & Email

23 komentarze

  1. j.Luk 2017-02-25
  2. J.S. 2017-02-25
    • aquinus 2017-02-26
    • Lego 2017-02-27
  3. Obirek 2017-02-25
  4. StanStupkiewicz sr 2017-02-26
  5. Zbyszek123 2017-02-26
  6. wejszyc 2017-02-26
    • j.Luk 2017-02-26
      • wejszyc 2017-02-27
  7. aquinus 2017-02-26
    • Sir Jarek 2017-02-27
  8. Art63 2017-02-26
  9. al 2017-02-26
  10. JaWa 2017-02-27
  11. Magdalena 2017-02-28
  12. Magog 2017-03-01
    • j.Luk 2017-03-02
      • J.S. 2017-03-02
        • j.Luk 2017-03-04
  13. J.S. 2017-03-01
  14. al 2017-03-01
  15. wejszyc 2017-03-03
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com