Jacek Żakowski proponuje jak obejść nowe prawo o zgromadzeniach, które w praktyce uniemożliwia utworzenie kontrdemonstracji np. w przypadku tzw. miesięcznic smoleńskich. Dodatkowo wojewoda może odmówić zgody na demonstrację i nie ma od tego odwołania do sądu (!). A więc ci, którzy protestują przeciwko miesięcznicom, nie będą mogli zbliżyć się do Kaczyńskiego i świty żeby wyrazić swój protest. Żakowski proponuje, aby dołączyć do członków obchodu miesięcznicy i tam zademonstrować swoje poglądy.
Mam inną propozycję. Te miesięcznice są zdumiewającym przykładem odchylenia od rozumu – demonstruje się przed ostatnim miejscem pracy Lecha Kaczyńskiego, a nie przy jego grobie. Byłbym za powszechnym urządzaniem miesięcznic przed ostatnimi miejscami pracy swoich bliskich. Wybrałbym na miejsca okazywania żałoby budynki państwowe w centrum Warszawy, ale akcja jest warta rozpowszechnienia także w innych miastach. Tylko przez ośmieszenie tego obłędu można będzie go zlikwidować.
* * *
Z okazji 47 rocznicy działalności Uniwersytetu Gdańskiego prezydent przyznał odznaczenia pracownikom uczelni. Wykładowca, dr Piotr Kuropatwiński, odmówił przyjęcia odznaczenia.
Decyduję się na odmowę przyjęcia tego odznaczenia w imię dążenia do zachowania spójności moich zachowań z moimi poglądami na temat istoty postawy obywatelskiej. Odmawiam przyjęcia odznaczenia od prezydenta, który zobowiązał się stać na straży konstytucji, ale zachowuje się jak przedstawiciel narzuconej z zewnątrz władzy – władzy, która »nie obala od razu praw i instytucji cywilnych, ale je powoli ukazami podkopuje i roztacza«. Przyjęcie przyznanego mi odznaczenia byłoby przekreśleniem sensu moich wysiłków na rzecz tworzenia społeczeństwa obywatelskiego – złożonego z osób odróżniających myślenie od racjonalizowania – pokrętnego uzasadniania decyzji podejmowanych przez ludzi cieszących się wyłącznie formalnym autorytetem.
* * *
Jeszcze nie mamy euro, ale już upodabniamy się do Grecji. Tam rozpieprzono budżet dając premie za punktualne przychodzenie do pracy i za inne tego rodzaju działania. Moim ulubionym przykładem jest pewien grecki szpital, który miał mały ogródek i zatrudniał tam 13 ogrodników.
Obecna władza idzie tą drogą. Przyznaje się premie w ministerstwach za dyscyplinę, za przestrzeganie ustalonego czasu pracy, za samodzielność realizacji zadań, jednym słowem za wykonywanie swoich obowiązków. W resorcie rozwoju i finansów premie wynoszą 50-60% pensji i czasem dyrektorzy biur i departamentów czy szefowie gabinetów politycznych zarabiają więcej od ministrów, a departamentów w ministerstwie są dziesiątki.
* * *
Prof. Marek Grela, dyplomata, ekonomista (Przegląd):
Czy Unia ma pomysł na Polskę, skoro jesteśmy jej największym kłopotem?
Dlaczego jesteśmy kłopotem? Otóż ten rząd nas wyprowadza z Unii – choć formalnie deklaruje wolę kontynuacji członkostwa. Podważa podstawowe zobowiązania wynikające z traktatu akcesyjnego. Doprowadził do napięcia w relacjach z Komisją Europejską i obrócił przeciw sobie państwa członkowskie UE. Wynik 27:1 w końcu coś mówi. Członkostwo w Unii Europejskiej nie polega na tym, że my sobie dyskutujemy, jakie mają być zasady. Kiedyś premier Szydło użyła nawet określenia: „nie na taką Unię się umawialiśmy”.
Było inaczej?
Akcesja do Unii jest kwestią jednostronną. Przystępujesz do klubu, gdy spełniasz wszystkie warunki. Przede wszystkim traktatowe „warunki wspólne” – o poszanowaniu zasad demokracji i państwa prawnego. A po co są negocjacje? Po to, żeby w różnych sprawach mieć okresy przejściowe. W ochronie środowiska, w restrukturyzacji gospodarki… Ale wszystkie zasady funkcjonowania trzeba przyjąć. A jeśli któraś się nie podoba, jeśli się ją kwestionuje? Odpowiedź brzmi: dziękujemy za współpracę, do widzenia. (…)
PiS tłumaczy, że jego działania w sprawach sędziów czy mediów to przejaw buntu przeciwko starym układom, establishmentowi.
To nie jest żaden bunt przeciwko establishmentowi. To bunt przeciw zasadom demokracji. Kwestionowanie rządów prawa, swobód obywatelskich, dyskredytuje nas w oczach Zachodu. I takie jest wrażenie Europy.
Że z Polską coś nie tak?
Że z Polską jest bardzo źle. Do tego dochodzą inne zdziwienia. Że Polska nie potrafi rozmawiać. Że u nas nikt nie rozumie kultury konsensusu. A obecna władza w szczególności, skoro nie umie rozmawiać z opozycją, tylko ją obraża, krzyczy, straszy i robi swoje… Kolejne zaskoczenie – obecny styl prowadzenia polityki, także zagranicznej. Poza tym – zaskakująco niski poziom profesjonalny. Niekiedy odnosi się wrażenie, że rząd nie wie, jak Unia funkcjonuje! Teraz, po Brukseli, udaje się przed polską publicznością, że to Beata Szydło była zwycięzcą, że to Unia złamała zasady. Tymczasem niczego nie złamano. (…)
I czwarta rzecz – nic tak nie drażni jak arogancja. Parę dni temu pani premier mówiła w Pułtusku, jak to broni nas przed tym Francuzem, który chce zabrać Polsce unijne pieniądze. I zaraz dodała, że to nie są takie znowu wielkie pieniądze, bo my też płacimy składki. A to, co dostajemy, Zachód odbiera sobie w formie zamówień i różnych danin. (…) To jest język przeciwników naszego członkostwa w Unii: że my płacimy, ponosimy koszty, że na nas zarabiają. Takie słowa są obrazą nie tylko zachodnich rządów, ale przede wszystkim tamtejszych podatników, którzy dawali swoje pieniądze, mając nadzieję, że Polska staje się krajem normalnym jak inne, stabilnym i demokratycznym. (…)
Jeden z wielkich dzienników niemieckich, „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, napisał, że Polską rządzą ludzie oderwani od rzeczywistości. „Czy Warszawa jest poczytalna?”, pytał i cytował Orbana, który wyraził wątpliwość co do poczytalności polskich przywódców. Mocne słowa. Oni na Zachodzie tego wszystkiego nie są w stanie pojąć. Polska wygląda w ich oczach jak z Orwella, u którego ministerstwo propagandy nazywało się ministerstwem prawdy, a ministerstwo wojny – ministerstwem pokoju. Przecież do ostatniej chwili Niemcy starali się, żeby w Brukseli nie nastąpił blamaż polskiego rządu. Czego jednak można się spodziewać, gdy ma się za ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego, który o być może o przyszłym kanclerzu Niemiec mówi, że to niedouczony lewak?
To jak teraz w Brukseli będą postępować z Polską?
Wbrew przekonaniu, że nic nam nie mogą zrobić, zrobią nam sporo. Przy okazji Brexitu Unia będzie musiała zmodyfikować budżet. Mogą zostać wprowadzone inne zasady podziału. Może być mniej pieniędzy. Ten ruch przyjdzie zachodnim płatnikom netto do budżetu Unii tym łatwiej, im więcej będzie z naszej strony wypowiedzi typu: „Polska do Unii dopłaca”. No, skoro dopłaca…
Te ewentualne zmiany Polska będzie oprotestowywać.
I tyle. Bo jakie ma instrumenty żeby je zatrzymać? (…)
W Unii nikt nie chce Polski krzywdzić ani robić jej afrontów. Unia nie będzie nikogo obrażać, straszyć, tylko zrobi swoje w rękawiczkach. Takie „sankcje mimochodem”. A możliwości ma wiele.
No to chyba w Brukseli są zadowoleni, że Polska dostała prztyczka w nos?
Nie! Unia jest projektem, w którym poszukuje się rozwiązań. I nikt nikomu nie chce koniecznie ucierać nosa. A co do szczytu w Brukseli, oni powiedzieli: dość. Polski rząd nie będzie tak z Unią Europejską rozmawiał. Powiedzieli solidarnie. Zwróćmy uwagę na zachowanie Theresy May – mogła wstrzymać się od głosu, przecież to było jej ostatnie głosowanie! A co chciała pokazać? Że ona wie, po której stronie stanąć. Że Polska nie jest jej do niczego potrzebna.
Jako pośrednik…
Nasze oferty, że możemy pośredniczyć czy pomagać, mogą mieć znaczenie raczej symboliczne. Dlatego że to wszystko, co Wielka Brytania chce forsować, może załatwić z Unią Europejską. Poza tym są takie sprawy, w których interes brytyjski często rozmija się z polskim. (…)
Europa dwóch prędkości? Najwyraźniej prezes Kaczyński zakłada, że to musiałoby zostać uregulowane traktatowo. Wtedy moglibyśmy się nie zgodzić na nowy traktat. Ale nie będzie żadnego nowego traktatu unijnego. Będą moim zdaniem uzupełnienia do już istniejącego, w formie umów międzyrządowych, o ściślejszej współpracy w gronie zainteresowanych państw. Zostaną one zawarte, nikt tego nie zabroni. A używanie argumentów: nie pozwolimy, nie dopuścimy, budzi zdziwienie. Nie można zabronić innym państwom pogłębiania integracji w swoim gronie. I Polska zostanie na lodzie…
* * *
Kościół katolicki już dawno zwrócił uwagę, że niedziela jest przeznaczona na duchowe skupienie się, w czym przeszkadzają otwarte sklepy. Teraz kolejna próba zamknięcia sklepów w niedzielę. Wyjątek mają stanowić małe sklepy rodzinne, „ukarane” mają być duże sieci, szczególnie należące do zagranicznych firm. Już przedtem wymuszono na wielu dużych sklepach, aby wydzielić tam kaplice. Jeżeli kogoś przyprze chęć modlitwy to uda się do kaplicy.
Wielu handlowców zwraca uwagę, że takie ograniczenia spowodują straty nie tylko sklepów, ale i odbiją się na pracownikach tych sklepów, bo z powodu mniejszych obrotów zostaną oni zwolnieni.
Mam pomysł jak pogodzić obie te tendencje: zamiast otwierać kaplice przy sklepach trzeba otworzyć sklepy przy kościołach. Sama obecność kościoła zmniejszy grzech, bo chcąc nie chcąc ludzie będą myśleć o świątyni.
* * *
Ciągle słychać głosy, jak opozycja powinna trafić do zwolenników PiS, aby zmienić ich poglądy i nastawienie. Wydaje mi się to niepotrzebnym wysiłkiem. Opozycja powinna trafić do swoich zwolenników i przekonać ich do siebie. Tych wyborców jest więcej niż pisowskich i łatwiej do nich trafić rozsądnymi argumentami. A jeśli wyborcy PiS zobaczą, że większość ludzi popiera mądre zmiany, to może część z nich zmieni zdanie.
* * *
Dr Magdalena Nowicka:
Demonstracje dają poczucie wspólnoty, które jest bardzo ważne w radzeniu sobie z lękiem, i służą rozładowaniu negatywnych emocji. Ci, którzy wychodzą na ulice, to nie są ludzie bezradni.
* * *
Rozmowa o euro z prof. Clemensem Fuestem, dyrektorem niemieckiego instytutu gospodarczego IFO (Polityka):
Na pewno euro jest dużym rozczarowaniem. Z tą walutą wiązano przecież wielkie nadzieje. Miała nie tylko wzmocnić gospodarczo Europę, ale także jeszcze ściślej połączyć Europejczyków. Miała stworzyć nierozerwalną unię. Tymczasem stała się rzecz odwrotna. Euro spowodowało, że stosunki między państwami członkowskimi się pogorszyły, zamiast polepszyć. Zaczęły się wzajemne oskarżenia i wyrzuty. O ile sama Unia Europejska jest według mnie wielkim sukcesem, to już euro, niestety, nie.(…)
Na pewno samo istnienie euro jest dziś zagrożone. I to mimo że euro wcale nie jest głównym winowajcą wszystkich gospodarczych problemów na naszym kontynencie. Ale to wygodny symbol, który można obwiniać za różne niepowodzenia. W ten sposób euro stało się kozłem ofiarnym. Obiecując wyborcom lepsze czasy, wystarczy po prostu nawoływać do likwidacji euro. Ma to być cudowny lek na wszelkie bolączki.(…)
Jeśli Marine Le Pen wygra wybory i zrealizuje swoje obietnice, euro tego nie przetrwa. Różne kraje mogą wychodzić ze strefy wspólnej waluty, ale dwa muszą w niej pozostać. To Niemcy i Francja. Bez nich euro traci sens. Można sobie wyobrazić euro bez Grecji, a nawet i bez Włoch. Ale nie bez Francji.
A jeśli jednak Marine Le Pen nie wygra, to co się stanie z euro?
Zapewne przetrwa, ale raczej z powodu strachu polityków przed tym, co mogłoby się stać w razie likwidacji wspólnej waluty.
[Państwa strefy euro powinny się przywiązać] do przestrzegania reguł zapisanych w traktatach. Chodzi o to, żeby jedno państwo swoją nierozważną polityką i zadłużaniem się ponad miarę nie ciągnęło na dno innych. (…) Przez lata wszyscy żyliśmy iluzją. Założyliśmy, że poszczególne państwa będą się stosować do Paktu Stabilności i Wzrostu, który podpisały. Zakazywał on deficytów budżetowych przekraczających 3 proc. PKB. Ten pakt został złamany 168 razy! (…)
Proponujemy wzmocnić kilka mechanizmów w strefie euro, które są ponadnarodowe. Mamy Europejski Bank Centralny, całkowicie niezależny od polityków. Dba on o stabilność cen i niech robi to dalej. Potrzebujemy jednak równie silnego i niezależnego, odrębnego od EBC, Europejskiego Nadzoru Bankowego. A trzecią nogą musi być Europejski Mechanizm Stabilizacyjny, który powstał w ostatnich latach. Te trzy ponadnarodowe instytucje mają rozwiązywać problemy , gdy te się pojawią. Ale najpierw musimy położyć kres nadmiernemu zadłużaniu się. (…)
Potrzebujemy dwóch typów obligacji. Kto w dobrych czasach zadłuża się rozsądnie, powiedzmy do granicy 0,5% PKB rocznie, ten może emitować takie obligacje jak dotychczas. Europejski Bank Centralny ma prawo nadal je kupować. Ale kto planuje się bardziej zadłużać, ten ma sprzedawać inne obligacje. EBC już by ich nie mógł kupować. (…) Te obligacje jako mniej bezpieczne, miałyby wyższe oprocentowanie, czyli państwom mniej opłacałoby się je emitować.(…) W ten sposób możemy dojść do sytuacji, w której każdy będzie płacił za siebie, a nie jedni za drugich, jak teraz. Jeśli ktoś chce mieć dalej wysoki deficyt, proszę bardzo. Ale niech płaci za to z własnej kieszeni, a nie liczy, że jego obligacje skupi zaraz Europejski Bank Centralny, więc będzie mógł dalej pożyczać prawie za darmo. (…)
A co my powinniśmy, według pana, zrobić? Nie weszliśmy dotąd do strefy euro.
I bardzo dobrze zrobiliście! Przyszłość wspólnej waluty jest niepewna, a sama strefa euro niestabilna. Polska, jako członek tej strefy, musiałaby teraz brać odpowiedzialność za ogromną finansową pomoc dla innych państw. Z tego Polacy na pewno nie byliby zadowoleni.
PIRS


„Mam pomysł jak pogodzić obie te tendencje: zamiast otwierać kaplice przy sklepach trzeba otworzyć sklepy przy kościołach. ” – Genialne ! To jest TO !
Nie chodzę do kościołów, ale podobno przy niektórych z nich są zupełnie przyzwoite centra dzieł religijnych. Mogą nie zezwolić na konkurencję.