Jerzy Łukaszewski: Parasolki moją nadzieją8 min czytania

()

2017-06-01. 

Być może to oznaka słabości, miękkiego charakteru, a nawet społecznego nieprzystosowania, ale czasem odczuwam nieprzepartą potrzebę porozmawiania z kimś normalnym.

Niestety, nie zaspokajają tej potrzeby moje kotki – Hesia i Mela, z których ta pierwsza, kiedy tylko usiłuję wejść na tematy polityczne natychmiast przypomina mi pewne znamienne wydarzenie z olimpiady w Moskwie.

Ta dziwaczna potrzeba nasila się w miarę wysłuchiwania kolejnych „dyskusji” w naszych mediach i wszystko wskazuje na to, że ani nie przygaśnie, ani nie zostanie zaspokojona.

Coraz bardziej jestem pewien, że w przewidywalnej przyszłości nasze społeczeństwo nie posunie się ani centymetra do przodu jeśli chodzi o rozwój cywilizacyjny i nie załatwi żadnej istotnej dla siebie sprawy niezależnie od tego, którą stronę owej sprawy reprezentuje.

Kulturę rozmowy zastąpiła kultura krzyku, kultura hejtu, a w takich warunkach trudno nawet o uzgodnienie gatunku wódki, która – jak to się dziś zwykło elegancko mawiać – miałaby nas sponiewierać.

Z tym większą radością poczytałem sobie fragmenty tekstów z przedwojennego pisma dla kobiet o nazwie „Kobieta współczesna”, ponieważ kolejny raz zauważyłem, że przy poruszaniu tematów trudnych Panie potrafią wykazać się większym spokojem i rozsądkiem niż my. To nie czczy komplement, to tylko stwierdzony fakt.

Po I wojnie światowej trudnych społecznie tematów nie brakowało. Wojna zmieniła wszystko, przewróciła świat do góry nogami. Nie bez podstaw historycy są zdania, że wiek XIX skończył się w roku 1918.

Także relacje damsko męskie uległy zasadniczym zmianom. Za mało mówi się o tym, że przez tamte cztery lata to kobieta dźwigała na swych barkach świat.

Gdyby nie zastąpiła mężczyzny przy pracy każde państwo padłoby po kilku miesiącach na wznak i machało bezradnie nóżkami, a zaraz potem umarłoby z głodu.

Ta kobieta po wojnie nie miała zamiaru wracać do starej, przypisanej jej tradycją roli „kwiatka” w rodzinnym wazonie. Trudno się zresztą dziwić.

Polska przyznała kobiecie prawa wyborcze w 1918 roku (USA w 1920, niech się od nas uczą jeść widelcem!) , co sprawiło, że oprócz kobiet głosujących pojawiły się również kandydatki do sejmu i senatu. Kobieta i polityka – rewolucja w domu i w zagrodzie!

Efekty były gorzej, niż skromne. W pierwszym sejmie niepodległej Polski na 513 przewidzianych miejsc panie zdobyły 7.

Wspomniane pismo kobiece analizowało te i kolejne wybory szukając przyczyn klęski.

I teraz niespodzianka. Po pierwsze – nazywały to klęską, nie bawiąc się w udawanie „sukcesu”  (np. „Pierwsze kobiety w sejmie – niebywały sukces!”) i nie wykręcając kota ogonem jak to często dziś widzimy.

Po drugie – szukając przyczyn tej klęski nie obwiniały za nią mężczyzn, co jest przypadłością wielu dzisiejszych feministek.

Zaczęły od szukania winy po swojej stronie. Skrupulatnie wyliczały wszystkie błędy jakie popełniły w czasie kampanii wyborczej, wskazywały jej elementy, które w przyszłości trzeba naprawić.

Może to niezbyt odkrywcze, ale myślę, że tylko w ten  sposób osiąga się sukces.

I one pracowały na niego nad wyraz rzetelnie.

W roku 1930, a więc na długo przed urodzeniem się ministra Radziwiłła rozpoczęły publiczną dyskusję nad problemem przerywania ciąży.

Data jest istotna, bo czasem komuś może się wydawać, że problem ma lat zaledwie kilka i jesteśmy na początku drogi. Nic podobnego – rok 1930.

I teraz ciekawostka dla nam współczesnych. Panie generalnie były przeciw przerywaniu ciąży, ale …

Były przeciw z wielu wymienianych w dyskusji powodów, od zdrowotnych po społeczne, ale równocześnie były zdecydowanie przeciw karaniu kobiet, które na to przerwanie się zdecydowały.

Niekonsekwencja? Tylko pozorna.

Należy dodać, że niemal we wszystkich ówczesnych krajach przerywanie ciąży było karane. Czasem bardzo surowo, najbardziej chyba w Niemczech, gdzie wysokość kary nie była określona kodeksem, lecz pozostawiona do dyspozycji sędziego, co w niektórych przypadkach groziło nadużyciami.

Na dodatek, co „Kobieta Współczesna” ukazywała jako niesprawiedliwość, karana była jedynie kobieta, choć do zajścia w ciążę na ogół potrzebny jest partner ponieważ niepokalane poczęcie zdarza się, nomen omen,  stosunkowo rzadko.

Kolejna ciekawostka – jedynym państwem, w którym odpowiedzialność za aborcję spadała na obie płcie była … Turcja.

Redaktorki „Kobiety Współczesnej” wypowiadały się przeciw aborcji argumentując w sposób dla siebie charakterystyczny, że człowiek powinien brać odpowiedzialność za to robi. I z kim. Opowiadały się jednak za powszechną dostępnością środków antykoncepcyjnych.

Dygresja: nie wszyscy może wiedzą, że jeszcze nasze babcie prezerwatywą nazywały … pelerynkę przeciwdeszczową.

Rozumiały jednak – co dziś wydaje się niezwykle rzadkie, szczególnie u polityków – że przyczyny decyzji o przerwaniu ciąży są bardzo złożone i zależą od tylu czynników, że nigdy i nigdzie żaden prawnik nie będzie w stanie ich uwzględnić konstruując przepis.

Dlatego właśnie opowiadały się przeciw karalności argumentując, że w ten sposób wyrządza się kobiecie kolejna krzywdę oprócz tej jaką jest sama aborcja.

Bardzo rzeczowo roztrząsały argumenty swoich przeciwników, co wprawiło mnie wręcz w zachwyt. Zero wrzasku, zero agresji, żadnego spotwarzania i oskarżeń. Nie szermowały też w stylu posła Pięty bzdurami o „powszechnej wiedzy”, nie zasłaniały się jak pseudolekarz Radziwiłł  „klauzulą sumienia”, która objawiła się u niego całkiem niedawno, będąc nieobecna kiedy za nasze podatki odbierał medyczne wykształcenie, ale staranie wyważały „za” i przeciw” nie odrzucając z góry niczego, zanim ostatecznie nie rozstrzygnęły sprawy zgodnie z najlepszą wolą i wiedzą, której zasięgały u wielu ówczesnych autorytetów a kilku dziedzin.

Nie będę zanudzał czytelnika szczegółami, ale analizy kodeksów karnych poszczególnych państw i dziś wprawiają w zdumienie i wywołują podziw.

Dość ciekawa była prezentacja prawa radzieckiego, ponieważ było to z kolei jedyne państwo, które za aborcję nie karało. Panie z „Kobiety Współczesnej” zwróciły uwagę na sposób przedstawienia problemu w radzieckim dekrecie z 1920 roku, w którym uznano wprawdzie aborcję za niepożądaną ze względów społecznych, ale winę za jej dokonanie …. częściowo wzięło na siebie państwo!

W jaki sposób? W bardzo bliski rozumowaniu „Kobiety Współczesnej”. Dekret wyrażał mianowicie nadzieję, że problem sam zniknie, a przynajmniej się zmniejszy w chwili gdy państwo będzie potrafiło roztoczyć właściwą i wystarczającą opiekę nad matka i dzieckiem, czego obecnie nie jest w stanie jeszcze zrobić w stopniu pożądanym.

Taka argumentacja korespondowała z przekonaniami redaktorek polskiego pisma o złożoności przyczyn, na co nawet dziś niewielu zwraca uwagę.

W roku 1930 nie twierdzono, że kobieta decyduje się na aborcję ot, tak dla rozrywki, co dziś z pełną powagą i marsem na średnio inteligentnych buźkach potrafią powiedzieć do kamer niektóre posłanki.

„Kobieta Współczesna” zgodnie ze swymi zasadami nie uciekała od podnoszonego i dziś problemu, czy usuniecie z kodeksu karnego kar za aborcję nie wpłynie na obniżenie się poziomu moralnego społeczeństwa. Nie podzielały tych obaw, ale ponieważ problem podnoszono, zajęły się nim poważnie, bez obrzucania autorów takich sugestii inwektywami.

Punkt po punkcie, zdanie po zdaniu omawiały kwestię moralności dochodząc ostatecznie do wniosku, że większym zagrożeniem dla owej moralności jest utrzymywanie „podziemia aborcyjnego” i wzajemne oszukiwanie się, ze kodeks karny zlikwidował jakiś problem. Uznały, że jest to szkodliwe także dla autorytetu państwa.

Może warto to czasem komuś podpowiedzieć?

I tak dalej i tak dalej.

Czytałem to i nie wierzyłem własnym oczom. Da się rozmawiać normalnie? No da się. A przynajmniej kiedyś się dało.

Argumenty były w tej rozmowie tak oczywiste, że trudno znaleźć coś przeciw. Np. konstatacja, że prawo może zmienić się na korzyść kobiet tylko wtedy gdy one same powszechnie wezmą się za  politykę. Niby oczywiste, a wciąż niedostępne wielu współczesnym umysłom. I to nie tylko z Krucjaty Różańcowej, niestety.

Kilka miesięcy temu polskie kobiety pokazały znów, że coś potrafią. Zorganizowały najskuteczniejszy dotychczas protest przeciw temu, co w naszym narodzie najgorsze, a co zbiegiem okoliczności okupuje teraz państwo kierując je ku przepaści.

Jeśli jeszcze usłyszę z ich strony głosy podobne do tych, jakimi przemawiały redaktorki „Kobiety Współczesnej”,  zdychająca jak bawół na pustyni nadzieja na lepsze jutro pociągnie łyk wody i stanie na równe nogi.

Bardzo, ale to bardzo na to czekam. I myślę, że nie tylko ja.

Jerzy Łukaszewski

PS. Było to pismo dla kobiecej inteligencji, tygodnik wydawany przez Emilię Grocholską, a redagowany początkowo przez Wandę Pełczyńską.

Publikowały w nim takie panie jak Zofia Nałkowska, Maria Dąbrowska i Maria Kuncewiczowa.

Pismo nie dla wszystkich, ale zacne.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

14 komentarzy

  1. hazelhard 01.06.2017
  2. Magdalena 02.06.2017
  3. Obirek 02.06.2017
  4. Mr E 02.06.2017
  5. koraszewski 03.06.2017
  6. slawek 04.06.2017
    • j.Luk 05.06.2017
  7. Magdalena 04.06.2017
    • j.Luk 05.06.2017
  8. Magdalena 05.06.2017
    • j.Luk 05.06.2017
  9. slawek 05.06.2017
    • j.Luk 06.06.2017
  10. slawek 06.06.2017