Lato się zbliża, wyjmujemy letnie stroje i… chcemy zgubić to i owo nagromadzone przez zimę w różnych częściach ciała. Szczęśliwie robi się coraz cieplej. Posiłki niskokaloryczne i mało zapychające są więc nawet pożądane. Zawsze pożyteczne i lubiane są sałatki. Miły to posiłek, zwłaszcza w dzień słoneczny i ciepły. Tygodniowa dieta sałatkowa – ale w wersji warzywno-białkowej – pomaga stopniowo schodzić z wagi i gubić kilka centymetrów w talii. Bez szkody dla zdrowia.
Proponuję na początek sałatkę podaną razem ze smażoną rybą. Będzie to halibut, morska ryba o dużej zawartości białka i zdrowym tłuszczu, zawierającym dobre dla organizmu kwasy omega. Podobno łagodzi on sztywność i bóle stawów. Wysoka zawartość witaminy D, fosforu i wapnia dopełniają walorów. A także jod. Kupujemy halibuty ze zrównoważonych połowów, najlepiej świeże. Nie są najtańsze, ale przecież nie kupujemy ich codziennie.
Zdrowia przyda nam też sałatka. Podamy ją z jogurtowym dressingiem, który będzie pasował i do warzyw, i do smażonego halibuta. W sałatce króluje awokado. Wiem, wiem, że kaloryczne. Jego tłuszcz jednak jest zdrowy: redukuje poziom złego cholesterolu. Zawarty w nim potas korzystnie działa na pracę serca.
Sałatka i dressing z awokado po mojemu
- mała sałata rzymska (baby)
- awokado
- kilka małych pomidorków gałązkowych
- cebula de Roscoff
- 2 ząbki czosnku
- sok z cytryny
- jogurt grecki lub bałkański
- rzeżucha lub/i tymianek
- sól, pieprz
Sałatę umyć, listki podzielić, osuszyć. Pomidory pokroić na połówki. Z awokado wyciąć kulki, najlepiej specjalną łyżeczką. Zioła i czosnek posiekać. Cebulę pokroić w kosteczkę.
Pozostały miąższ awokado zeskrobać ze skórki, wrzucić do malaksera, dodać sok z cytryny, świeże zioła, sól i pieprz oraz jogurt. Zmiksować na dość gęsty sos, spróbować, doprawić do smaku.
Salaterkę wyłożyć liśćmi sałaty. Rozłożyć na niej pomidorki, kulki awokado. Posypać kostkami cebuli, czosnkiem i ziołami. Skropić sokiem z cytryny, posolić i popieprzyć.
Zanim zabraliśmy się za sałatkę, przygotowaliśmy do smażenia rybę. Zaczniemy ją smażyć, gdy gotowa sałatka będzie nabierać smaku, a dressing nieco się schłodzi w lodówce. Przyprawienie ryby nie jest trudne, potrzeba na nie minuty, no, dwóch (gdzie postawiłam przyprawę?!).
Halibut smażony po mojemu
- filet halibuta
- przyprawa gotowa Black Cajun (sól morska, czosnek w płatkach, cebula w proszku, chili w
płatkach, suszony tymianek) - olej rzepakowy pomidorowo-bazyliowo-czosnkowy
- sok z cytryny
- szczypiorek
- olej do smażenia
Rybę natrzeć przyprawami i skropić olejem smakowym. Odstawić na czas przygotowania sałatki i dressingu.
Olej do smażenia rozgrzać dość mocno. Smażyć rybę z obu stron, aż nabierze złotego koloru. Podawać skropioną sokiem z cytryny, ze świeżym szczypiorkiem.
Do smażenia rybę można lekko obtoczyć w mące, a przed wrzuceniem na tłuszcz strzepnąć jej nadmiar. Ładniej się wtedy zazłoci, nabierze też chrupkości. Podajemy więc na obiad sałatkę – mieszamy ją, jak zwykle, już przy stole – smażoną rybę i seledynowy delikatny dressing. Samo zdrowie.
Zdziwiło mnie, gdy się dowiedziałam, że już przed wojną w stosunku do diet odtłuszczających używano niefortunnego terminu „odchudzanie”. A taki tytuł ma pogadanka gospodarska Pani Elżbiety, czyli Elżbiety Kiewnarskiej opublikowana na łamach „Kuriera Warszawskiego” w roku 1936. Proszę się nie dziwić pisownią – dziś niepoprawną – zachowuję oryginalną. Ciekawe są także ceny przedwojennych kreacji, koniecznie szytych u krawcowych.

Femcia, zdrowa jak rydz, dotychczas się ubierała u panny Eulalii, płacąc po 10–15 złotych za „fason” sukni. Tej jesieni, stosując się do starej, francuskiej maksymy „un an de plus, un soin de plus” przeniosła się do pani Euzebii (25 do 40 złotych za „fason”) i nagle poczuła potrzebę poprawienia uszkodzonej zębem czasu i dobrym apetytem linii.
Więc zaczęła wyczerpujące rozmowy na temat diety stosowanej przez różne szczupłe i wprost patykowate przyjaciółki – z tajnym zamiarem wybrania najodpowiedniejszej dla siebie. Lekarza się poradzić! Po co? Wszak się czuła zupełnie zdrowa.
Dawno jej nie widziałam. Przed kilku dniami przyszła jakaś skwaszona, bez humoru. Kawy z ciastkami (specjalnie z éclair’ami czekoladowymi) pić nie chciała, skarżyła się, że się czuje „nie dobrze”. I zaczęła mi opowiadać historię swojej walki o „linię”.
– Cesia mi poradziła kurację surówkową, więc jadłam codzień inne jarzynki: buraczki z chrzanem i cytryną, marchewkę ze śmietaną, kapustę z jabłkiem, ogórki, pomidory – nie byłam tylko pewna czy ogórki kiszone lub solone to też surówki. Że byłam ciągle głodna, to jeszcze nic, – z roku pobytu w Bolszewii pamiętam gorszy głód, – ale tak mnie dziwnie wydymało, iż miałam wrażenie, że zamiast chudnąć – tyję. Potem przyszły boleści, kurcze – ledwie mnie moja Marianna rumiankiem i kroplami miętowymi uratowała. Więc Milusia mi powiedziała o prowadzonej przez nią kuracji mlecznej. W to mi graj, mleko we wszelkich postaciach bardzo lubię, a tu wolno jeść mleko w dowolnej ilości i do tego jeszcze chleb czarny lub grahamki. Z rana piłam grzane mleko i jadłam świeże grahamki z masłem i serem śmietankowym, na obiad zsiadłe mleko z chlebem czarnym, na podwieczorek znów gorące mleko, a wieczorem twaróg ze śmietaną. Wszak to wszystko było mleko w różnych postaciach. Po tygodniu przybyło mi około kilo. No – rozumiesz, chyba, że musiałam porzucić tę, tak dla mnie odpowiednią kurację.
Pani Alicja schudła, jedząc dziennie tylko po trzy befsztyki bez żadnych sosów i dodatków. Było to niezłe, ale po trzech dniach mgliło mnie na widok befsztyku, przy czym byłam stale tak głodna, że niczym się nie mogłam zajmować
Tunia zachwalała mi kurację owocową. Oprócz owoców można jeść ogórki i pomidory. Nie umiała mi odpowiedzieć czy ogórki kiszone to też owoce ?
No więc jadłam: jabłka, gruszki, śliwki, winogrona; na brzoskwinie i banany mnie nie stać. Jadłam pomidory i ogórki. No i znów zaczęłam chorować na żołądek. A właśnie zaczęto mówić o tyfusie, szerzącym się na peryferiach miasta. Więc znów rumianek i krople miętowe!
– Może wprost jadłaś za dużo tych owoców?
– Tyle, ile w ciągu dnia zjeść mogłam! Wszak to kuracja! I to nie owoce mi zaszkodziły, lecz te pomidory i ogórki. Może Tunia mówić co chce. Ja teraz wiem napewno. że pomidory i ogórki to jarzyny, a nie owoce.
– No, ale teraz to już mam doskonały przepis na odzyskanie linii. Pani Lila przyniosła go z Marienbadu, gdzie jej mąż tracił przy takiej kuracji całe kilo dziennie. Słuchaj! Zrana jedno jajko na twardo i szklanka kawy z mlekiem bez cukru. Na obiad główka sałaty z cytryną i dwa jajka na twardo, wieczorem znów dwa jajka na twardo i szklanka herbaty lub kawy bez cukru.
– No i czujesz się przy tym dobrze? Szczuplejesz?
– Od trzech dni to stosuję, i nie czuję wcale głodu. Ale te ostatnie dwa jajka wieczorem, to mnie nie smakują. Mam wrażenie, że połknęłam dwa korki. I czuję się znów jakoś niedobrze. Jutro idę się zważyć. Jeżeli straciłam trzy kilo, to jeszcze z tydzień będę jadła te – korki.
Milczałam. Jeśli chodzi o linię, nikt kobiety nie przekona, że może stracić najcenniejszą rzecz – zdrowie.
Jak widać, zjawisko stosowania rozmaitych diet, tak radykalnych, jak niemądrych, istniało już przed wojną. Tymczasem warto chudnąć mądrze – posiłki powinny być urozmaicone, z rozmaitymi produktami, wybieranymi świadomie. A najważniejsze: porcje mają być małe. To cała tajemnica. Nawet porcyjka lodów zjedzona na deser po obiedzie nie spowoduje katastrofy. Ale porcyjka, nie porcja.

Podoba mi się przepis na sałatkę, ale gdzie można kupić cebulę de Roscoff? Czy można zastąpić ją cebulą cukrową?
Przyprawa Black Cajun też nie bardzo dostępna 🙁
Wilmo, cebulę de Roscoff kupiła niedawno w Carrefourze. Jest lekko jakby owocowa, różowawa. Na pewno można zastąpić cukrową. Przyprawę Cajun dostałam od św. Mikołaja (nie wiem, gdzie ją kpił, ale spytam). Ponieważ jednak wiem, że może być niedostępna, podałam jej składniki. Wiele z przypraw można zamówić via internet. Pozdr.
Bardzo dziękuje za informacje. Rozejrzę się w Carrefourze.
Pogawędka Gospodarska świetna i jakże na czasie 🙂
Pozdrawiam, Małgorzata
Jak czasem, nie całkiem na temat, bo o winie (nie Tuska, tylko do ryby). Ryby u mnie to były fląderki a 13 zł/kg. Na halibuta pozwalam sobie tylko w ramach rozpusty. Dla mnie grzech (także smakoszostwa) nie powinien być drogi (kiedy jeszcze paliłem, to Sporty). Pamiętacie na pewno piosenkę „Ptaszkowie niebiescy” : „…a my się męczymy, by zwalczyć nałogi, alkohol im droższy, tym sercu mniej drogi…” Więc stąd moje ustawiczne wyprawy po tanie białe wytrawne do ryby.(W Niemczech nie problem, ale u nas ?) Same fląderki to loteryjka, bo bardzo różne, ale jeśli świeże i spore, ryzykuję. (Np. niezłe są te z rudymi plamkami na grzbiecie). Szorstka jak glaspapier skóra mięknie zupełnie przy uduszeniu, nie musimy jej skrobać. Więc udusiłem je w śmietanie, z należnymi przyprawami (czosnek, estragon, koperek, pieprz, sól). W piekarniku.
Ale właśnie, wino. Ta Maria da Fonte, co ją tu sygnalizowałem, że w Simply, to ona jest tam od miesiąca nieobecna. Więc spojrzałem w najtańsze, i cóż widzę? Za 8,98zł wytrawne „rosee” portugalskie „lokalne”, z półwyspu Setubal. Nazywa się Igrejinho. Kupiłem. Do tej ryby dało się wypić, ale oczywiście jakieś Chablis, albo baardzo wytrawne reńskie z Bergstrasse (np. Steingeröll), pasowałby lepiej. Ale to wino jest zaskakująco ciekawe. Nie piłem takiego nigdy (a do smaków/niesmaków mam jeszcze bardzo dobrą pamięć). Czy ono jest wytrawne ? Nie całkiem. Nie żeby było słodkie. Natomiast brak jakiegokolwiek kwasku. Jest umiarkowany garbnik, bogaty, ale trudny do określenia bukiet (z tej rodziny co tokaje), ślad goryczki w tyle języka i nie wiadomo skąd, jakieś wspomnienie kwasu węglowego. Podobne zjawisko pamiętam z okolic Aquapendente we Włoszech, gdzie kiedyś kupiłem wino u chłopa, z jego małej winnicy. To jego wino było jednak znacznie słodsze. To Igrejinho (wymawiaj igrezińjo) jest produkowane przez kooperatywę rolników pod wezwaniem św. Izydora, (zał. 1958) w Pegoes. Igreijnho znaczy kościółek. Wino polecam do okoliczności towarzyskich, do ciast, serów żółtych łagodnych i czipsów. Do pleśniowych nie pasuje – za dużo smaków na raz.
U nas też bywają tanie dobre wina do ryb. Bardzo wytrawne reńskie? Zwykle bywają słodkawe. Domowy sommelier w nich nie gustuje. Trochę żałuję.