Stanisław Obirek: Donald Trump a sprawa polska7 min czytania

()

2017-07-08.

Niespełna rok temu, a dokładnie od 27 do 31 lipca 2015 roku gościł w Polsce papież Franciszek. Wtedy polski rząd starał się intensywnie, by jego słowa nie wybrzmiały zbyt mocno. Powodem był stosunek do uchodźców. Jak wiadomo, od początku swego pontyfikatu argentyński papież robi wszystko by im pomóc, a obecny polski rząd, jeszcze przed objęciem władzy, wykorzystuje uchodźców– z jednej strony do straszenia Polaków, a z drugiej do zbijania na nich kapitału politycznego. W istocie trudno o większy kontrast.

Tym razem, w związku z wizytą prezydenta Donalda Trumpa, można mówić o daleko idącej zbieżności, przynajmniej jeśli chodzi o nieprzewidywalność polityki i szkodzenie obrazowi obu krajów na świecie. Zarówno PiS jak i Trump swoją kampanię wyborczą oparli na bardzo ostrym, wręcz brutalnym języku, który zarówno partii Jarosława Kaczyńskiego jak i Donaldowi Trumpowi przyniósł minimalne zwycięstwo, przez obu zwycięzców ogłoszone jako triumf ich (dodajmy mało precyzyjnych) programów politycznych i jako druzgocącą klęskę przeciwników.

Tym razem w związku z wizytą prezydenta Donalda Trumpa można mówić o daleko idącej zbieżności, przynajmniej jeśli chodzi o nieprzewidywalność polityki i szkodzenie obrazowi obu krajów na świecie.

Mówiąc jasno: krótki pobyt prezydenta USA w Warszawie nie stał się okazją do wyjścia z powiększającej się izolacji. Ta niespełna dobę trwająca wizyta, to nie tyle wielki triumf i zwycięstwo dyplomacji prezydenta Dudy i ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego, ile propagandowe i puste gesty.

Ogłaszane przez prezydenckiego ministra Krzysztofa Szczerskiego „mocne i propolskie przemówienie” prezydenta Trumpa okazało się listą gładkich sloganów i obietnic bez pokrycia. Przede wszystkim mówił o „niezłomnych Polakach i ich niezniszczalnej woli trwania”, co oczywiście może się podobać, ale dokładnie nic nie znaczy. Jednak niektóre pochwały brzmiały wręcz osobliwie. Oto niektóre z nich. Najważniejszy powód, dla którego „Ameryka kocha Polskę i Ameryka kocha Polaków, dziękujemy wam”, to… wyborcze wsparcie Polonii dla Trumpa. To prawda, zdecydowana większość Amerykanów polskiego pochodzenia wsparła go.

Trump nie szczędził komplementów Polakom. Zebrani na Placu Krasińskich usłyszeli to, na co czekali: że są najdzielniejszym i najdumniejszym narodem świata, najbardziej też wytrwałym w bronieniu polskości, i to wbrew zjednoczonym mocom, pragnącym ją zniszczyć. Najbardziej heroicznym aktem w tym długim procesie historycznego bohaterstwa było Powstanie Warszawskie z 1944 roku upamiętnione pomnikiem, przy którym prezydent USA przemawiał: „Potem, w 1944 roku naziści i Armia Czerwona szykowali się do straszliwej, krwawej bitwy tutaj właśnie, o Warszawę. I pośród tego piekła na ziemi Polacy unieśli głowy, aby bronić swojej ojczyzny. Jestem głęboko zaszczycony, że dziś są tutaj weterani i bohaterowie Powstania Warszawskiego”.

Jednak dość dziwnie zabrzmiała pochwała Polski, która właśnie zakupiła od USA „najlepszą na świecie broń” i dała tym samym przykład innymi: „Dlatego właśnie chylimy czoła przed Polską za jej decyzje, aby w tym tygodniu ruszyć z zakupem od USA sprawdzonych w boju rakiet Patriot, najlepszych na całym świecie”. Nie wiem, czy z tą pochwałą zgodzą się na przykład Francuzi, którzy nie bez racji uważają, że ich broń też jest dobra…

Na pewno Trump wzmocnił swoim przemówieniem nastroje ksenofobiczne i wręcz wrogie wobec migrantów. Retoryka zagrożonej twierdzy znalazła w nim potężnego sojusznika.

Nie zabrakło też odniesień do znanej tezy Samuela Huntingtona o zderzeniu cywilizacji. Miło dla obrońców chrześcijańskiej Europy zabrzmiały takie oto pytania Trumpa: „Fundamentalne pytanie naszych czasów brzmi: czy Zachód chce przeżyć? Czy mamy pewność w naszych wartościach, żeby walczyć o nie do samego końca? Czy mamy wystarczający szacunek do naszych obywateli, aby bronić naszych granic? Czy mamy odwagę, aby zachować naszą cywilizację w obliczu tych, którzy chcieliby ją sobie podporządkować i zniszczyć?” Rząd PiS-u otrzymał też wsparcie amerykańskiego prezydenta w swojej antyuchodźczej polityce: „Walczymy wytrwale przeciwko radykalnym terrorystom islamskim i w końcu zwyciężymy. Nie możemy przyjąć tych, którzy odrzucają nasze wartości, którzy wykorzystują nienawiść, aby uzasadnić przemoc przeciw niewinnym”.

Trump nie zrobił przykrej niespodzianki (jak to uczynił prezydent Obama przed rokiem, gdy 8 lipca 2016 roku upomniał się o poszanowanie Trybunału Konstytucyjnego) i premier Beacie Szydło i prezydentowi Andrzejowi Dudzie – i nie zapytał o praworządność i wolność mediów w tym kraju.

I jedno i drugie uwiera również jego samego, stąd pełne porozumienie z polskimi gospodarzami.

Natomiast nie szczędził górnolotnych, i niewiele znaczących sloganów: „Dokładnie tak, jak Polski nie dało się złamać – mówię to dzisiaj, by usłyszał to cały świat – Zachód nigdy, przenigdy, nie pozwoli się złamać. Nasze wartości zatriumfują, nasze narody będą rozkwitać”.

A zakończenie przemówienia okazało się godne nie tyle przywódcy politycznego, ile leadera religijnego: „Więc razem walczmy wszyscy tak, jak Polacy: za rodzinę, za wolność, za kraj i za Boga. Dziękuję wam, niech was Bóg błogosławi, niech Bóg błogosławi Polaków, niech Bóg błogosławi naszych sojuszników i niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone Ameryki”.

To przemówienie musiało się spodobać i się spodobało. Czy było, jak się spodziewał minister Szczerski, „mocne i propolskie”?

To pytanie proponuję pozostawić bez odpowiedzi i zachęcam do cierpliwości. Zobaczymy, co się wydarzy w Hamburgu, gdy Polska będzie jednym z wielu krajów europejskich. A polscy politycy będą musieli bronić stabilności Europy. Wtedy wuj Sam zapewne będzie mówił innym głosem. Być może to nauczy ich sztuki samodzielnego myślenia.

I jeszcze jedna uwaga na koniec na temat żywo dyskutowanej i w Polsce polityki historycznej, nazywanej też w żargonie rządzącej partii „wstawaniem z kolan” i „końcem polityki wstydu”. Chodzi o programowe przemilczenie niewygodnych, albo wręcz ciemnych kart naszej historii.

Głównym orężem jest Instytut Pamięci Narodowej, który starannie dobiera te momenty z najnowszej historii, które poprawiają dobre samopoczucie Polaków (przynajmniej w mniemaniu historyków tej instytucji). Powstaje wręcz kult tzw. żołnierzy wyklętych, którzy są przedstawianie jako „nieskazitelni bohaterowie”, a ich zbrodnicze czyny są starannie przemilczane. Podobnie starannie unika się kwestię udziału niektórych Polaków w Zagładzie Żydów z jednej strony (stąd ataki na historyków zajmujących się tą problematyką, jak Jan Tomasz Gross czy ostatnio Jan Grabowski) i eksponowanie, w istocie heroicznych, ale jednak w skali całego społeczeństwa nielicznych, aktów ratowania Żydów przez nielicznych. Z tych zabiegów interpretacyjnych powstaje wrażenie, że Polacy niemal w całości byli narodem ofiar, który heroicznie wspomagał swoich żydowskich sąsiadów.

W tym sensie „historiografia najnowszej historii Polski” zaprezentowana w przemówieniu prezydenta Donalda Trumpa idealnie wpisała się w najnowszą politykę polskiego rządu i prawicowych publicystów. I jedni i drudzy nie kryją zachwytu i podkreślają jak bardzo polski rząd i Polacy zostali „zauważeni i docenieni” przez przywódcę najważniejszego mocarstwa. Jakoś nie pamiętają, że ten „przywódca” jest ogromnym problemem dla swego kraju i jeszcze nie wiadomo jak się rozwinie jego prezydentura.

Zdaję sobie sprawę, że mój komentarz jest krytyczny, ale podejrzewam, że nie jestem w takim widzeniu sprawy odosobniony.

To wrażenie wzmacnia lektura najnowszej książki kanadyjskiej dziennikarki i aktywistki Naomi Klein „No Is Not Enough. Resisting Trump’s Shock Politics and Winning the World We Need”. Wynika z niej jedno: krytyka to za mało i potrzeba realistycznych alternatyw. Wizyta Trumpa zarówno w Polsce jak i na szczycie G20 w Hamburgu czyni tym pilniejszym ich szukanie i znalezienie.

Stanisław Obirek

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. Magog 09.07.2017