Już raz pisałem o abpie Jędraszewskim i jego fatalnej roli sprawie abp. Paetza [poznański arcybiskup, któremu zarzucano molestowanie kleryków], gdy jako biskup pomocniczy w Poznaniu organizował akcję podpisywania listów poparcia dla Paetza, zmuszając do ich podpisywania księży dziekanów dekanatów archidiecezji poznańskiej.
Pisałem też o jego rosnących wpływach w Kościele polskim i w Watykanie. Przypomnę W marcu 2014 został wybrany zastępcą przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, a w październiku tego samego roku członkiem Zespołu ds. Wizyty Ojca Świętego w Polsce w 2016 roku. 30 listopada 2013 papież Franciszek mianował go członkiem Kongregacji ds. Edukacji Katolickiej. Wtedy dodawałem, jak bardzo upolitycznionym jest ten hierarcha i jak bardzo polaryzuje społeczeństwo i to nie tylko Łodzi – i z optymizmem prognozowałem, że kariera abpa Jędraszewskiego skończy się w Łodzi, być może wczesną emeryturą. To co robi i co mówi jest w jawnej sprzeczności z tym, co robi i co głosi papież Franciszek.
Fatalnie się myliłem. 8 grudnia 2016 Jędraszewski został metropolitą krakowskim i nadal polaryzuje i… szkodzi. Tak: w chwili obecnej jego kazania i komentarze są głosem działacza politycznego, a nie duszpasterza. Co gorsze, ostatnio wypowiedział się w bardzo krzywdzącym tonie na temat znaczenia reformacji. Zrobił to w czwartek 19 października 2017 roku, a więc w okresie gdy w całym Kościele katolickim i we wszystkich Kościołach protestanckich świętuje się jubileusz 500-lecia religijnego przebudzenia dzięki wystąpieniu dra Marcina Lutra w Wittemberdze 31 października 1517 roku. W te obchody włączył się również papież Franciszek przybywając do protestanckiej Szwecji na rok okrągłą rocznicę. W Lund spotkał się z protestantami, modlił się razem z nimi, razem ogłosili wspólna deklarację.
Abp Jędraszewski tego nie odnotował. On ma swoją wizję przeszłości. Nie jest to wizja katolicka.
Oto jakimi osobliwymi ocenami zaskoczył swoich słuchaczy metropolita krakowski. Najpierw zauważył, że „wskutek reformacji europejscy katolicy i protestanci zaczęli ze sobą walczyć”. Co więcej, jego zdaniem „tak zaczęła się też pewna degradacja człowieka”. I by już nie było żadnych wątpliwości jak należy ocenić wystąpienie Marcina Lutra dodawał: „Zaczęło się od pęknięcia, które nastąpiło 500 lat temu i dlatego ten dramatyczny podział, jaki nastąpił w chrześcijaństwie zachodnim, nie jest wcale momentem wielkiego świętowania. To raczej pokazanie kolejnego sprzeniewierzenia się chrześcijan wobec modlitwy arcykapłańskiej Jezusa, w której prosił o jedność”.
Trudno doprawdy uznać za ekumeniczne takie oto stwierdzenie: „ Choć dawniej protestanci z niekrytą niechęcią podchodzili do katolików, dziś sami coraz częściej przechodzą do Kościoła katolickiego”. No więc duch kontrreformacji w umyśle Jędraszewskiego trwa w najlepsze. Dialog ekumeniczny jego zdaniem polega po prostu na powrocie na łono Matki Kościoła rzymsko-katolickiego.
Owszem, krakowski biskup ma dobre słowo na temat reformacji w Polsce, która dała przykład Europie, jak odnosić się do innych. I tego należy się trzymać: „Nie świętujmy tego jako triumf podziałów, ale pokazujmy, że gdy w Polsce wybuchła reformacja, nie płonęły stosy, nie było wzajemnych walk i wojen religijnych. Polska potrafiła pokazać wobec Europy wzajemny szacunek”. Trzeba przyznać, że to mistrzowskie użycie polityki historycznej w wydaniu katolickim: wybiórcze podejście do historii, które podtrzymuje dobre samopoczucie i zaprzecza elementarnej przyzwoitości.
Jak w tak pisanej na nowo historii odnajdą się bracia i siostry z Kościołów reformowanych – to zdaje się Jędraszewskiego nie kłopotać. To ich sprawa. Tymczasem dzisiejsza historiografia, zarówno katolicka, protestancka jak i ponad-konfesyjna, zgodnie przyjmują, że reformacja stanowiła jeden z najważniejszych impulsów kulturotwórczych w świecie zachodnim. Dzięki religijnemu impulsowi zarówno ze strony głównych ojców reformacji, jak wspomniany Marcin Luter, Jan Kalwin i wielu innych, jak i dzięki twórczej odpowiedzi Kościoła rzymsko-katolickiego dokonało się pogłębienie chrześcijaństwa i jego nowe, bliższe źródłom odczytanie.
Wyznawcy różnych wyznań nie tylko się wzajemnie zwalczali, o czym wspomniał w swojej pogadance Jędraszewski, ale się wzajemnie od siebie uczyli jak lepiej odpowiedzieć w ich codziennym życiu na nauczanie Jezusa z Nazaretu.
Obciążanie reformacji winą za podział i wojny domowe nie tylko nie odpowiada prawdzie historycznej (często to katolicy inicjowali prześladowania, jak chociażby w Polsce czy Francji), ale jest jej prymitywnym fałszowaniem. Na takie jawne przekłamania powinni odpowiedzieć katoliccy historycy, jak choćby następca Jędraszewskiego w Łodzi, abp Grzegorz Ryś. Solidarność w biskupstwie w tym przypadku byłaby złą przysługą dla Kościoła i dla rozumienia historii. Dla mnie, jako antropologa kultury, prymitywizm polityki historycznej prezentowanej przez krakowskiego metropolitę jest po prostu groteskowy.
Poza tym on naprawdę nie ma powodów do zmartwień. Zaszczyty kościelne nadal spadają na niego jak deszcz i to dokładnie wtedy gdy wygłasza tak antykatolickie teksty. Oto w niedzielę 22 października nuncjusz apostolski w Polsce Salvatore Pennacchio nałożył na niego paliusz – symbol misji pasterskiej i Chrystusowego jarzma. Jak obdarowany tym wyróżnieniem zauważył, podobne w 1964 r. otrzymał Karol Wojtyła, jak Jędraszewski będący wówczas metropolitą krakowskim.
Nic tylko czekać, jak dalsze wyróżnienia i zaszczyty zaczną spadać na obecnego metropolitę krakowskiego. A to, że coraz bardziej oddala się nie tylko od ducha Soboru Watykańskiego II i nauczania papieży, którzy działali po tym soborze, zdaje się obecnym decydentom watykańskim w ogóle nie przeszkadzać.
Tym razem nie dodam magicznej formuły, że pewnie papież Franciszek jest źle poinformowany. Owszem, musi być bardzo dobrze poinformowany i zapewne uważa, że Kościołowi krakowskiemu właśnie takiego metropolity potrzeba.
Stanisław Obirek


Przecieram oczy ze zdumienia. Jaką to Autor ma wizję katolicyzmu?
Abp J., jak widać, wcale się od niczego nie oddala, ale jest wyrazicielem samego jądra katolicyzmu, co doceniają od lat jego przełożeni. Chyba to wizja Autora oddaliła się od rzeczywistości. Ciekaw jestem jaka to jest wizja. Czy jeśliby abp J. nie bronił otwarcie abp Paetza, a teraz nie skrytykował protestantyzmu, to już wszystko byłoby w porządku?
Jakoś kapłanom katolickim, nawet jeśli mają poglądy, brakuje odwagi cywilnej żeby je otwarcie głosić i praktykować. Jedyni którzy mają taką odwagę to właśnie tacy jak Jędraszewski.
Nie Pan jeden, takich przecierających oczy jest legion, podobnie jak i entuzjastów abp Jędraszewskiego. Co do mnie to jestem dzieckiem Vaticanum II i stamtąd czerpię moją wizję katolicyzmu, podobnie, jak sądzę papież Franciszek, a przed nim Paweł VI, Jan Paweł I i II i Benedykt XVI. Chodzi o to, że katolicyzm przestał widzieć w reformacji złego luda (a takim go widzi Jędraszewski i niemal cały polski Kościół katolicki), a jeśli ktoś tego nie dostrzega tzn., że się rozmija z katolicyzmem. Akurat w tym wypadku Roma locuta causa finita.
Słowo „katolicyzm”, jak mniemam, spowodowało kilka negatywnych ocen mojego wpisu. Ale proszę sobie wyobrazić podobną sytuację, tylko nie w Kościele a w szkole.
Jest sobie nauczyciel homoseksualista który uwodzi uczniów. Wszyscy się o tym dowiadują, sprawa staje się publiczna, ale ani dyrekcja szkoły ani kuratorium nie reagują na protesty – wręcz przeciwnie, chwalą tego nauczyciela. Ten co go chwali i broni otrzymuje honory i wyróżnienia. Mimo że krytykuje nieco odmiennych mieszkańców miasta, dalej awansuje i wreszcie zostaje dyrektorem szkoły czy może nawet miejscowego kuratorium, z nadania samego ministra.
Nikt głośno nie protestuje, nie buntuje się, ani inni nauczyciele, ani rodzice nie zabierają dzieci i nie przenoszą ich do innych szkół. Nie ma strajków protestacyjnych. Wprawdzie minister dobry, bo ładnie mówi i czasem ma ładne gesty, ale tak zdecydował i już.
Oburzalibyśmy się na taką sytuację i głośno protestowali, prawda?
To łagodna wersja tego co się zdarzyło w Kościele. Autor wyraźnie to opisał, choć tylko delikatnie zaznaczył że to nie jest tak jak być powinno, bo – w domyśle – rdzeń jest zdrowy. Ale przecież po czynach nas sądźcie, nie po słowach.
Więc jaki jest ten katolicyzm? A przecież chodzi o kwestię wiary, podobno najważniejszą sprawę w życiu. Tę wiarę łatwo obrazić, ale jakoś wewnątrz nie ma jej komu bronić.
Tiaa…
Drogi profesorze , errare humanum est..
Wbrew pozorom reformacja miała potężny wpływ na dzisiejsze czasy.
Problemy które Pan często porusza są stare, może nie jak świat, ten z Biblii, ale istotne.
Chrześcijaństwo to sekta żydowska która z jakichś tam powodów postrzegała inaczej Prawo Mojżeszowe.
Sekt się nie kocha o czym wszyscy „wierzący prawdziwie ” wiedzą od zawsze. Za odstępstwo od jedynej prawdziwej wiary była i dalej jest, śmierć!
Ci „prawdziwie wierzący” nie zgadzają się z opiniami „odstępców” bo są ignorantami w wiedzy dotyczącej
innej wiary, wystarczy im wykładnia pasterza edukującego i formatującego owieczki na powolne sobie.
Błogosławieni Ignoranci albowiem przed nimi otwarte są bramy do wiecznej szczęśliwości!.
Przed wiekami opowiadano piękny mit o Pandorze z morałem bo tak jest cel każdej bajki.
Internet to jest realizacja tego mitu… bycie ignorantem zaczyna być trudne bo istota ludzka ze swej natury jest ciekawa. A tu link pojawia się…na przeciwny punkt widzenia… No i te sofizmaty, po obu stronach dyskutantów.
http://www.pch24.pl/marcin-luter–prawdziwe-oblicze-deformatora,53397,i.html
ps.
Znów zostałem sprowokowany do pętania się po sieci… ta cholerna ludzka ciekawość…
Przy okazji przeczytałem gdzieś tam, że luteranizm i kalwinizm to czysty judaizm, w którym wieprzowina stała się koszerna..
Wie Pan, ignorancja nie jest najgorsza, znacznie bardziej szkodliwi są pseudo-eksperci (jak ten z linku profesor Grzegorz Kucharczyk), którym się wydaje, że bez znajomości kontekstu mogą się wypowiadać bo tak im dyktuje ich ideologia. To jest straszne. A reformacja wcale nie jest taka skomplikowana wystarczy czytać, czytać i czytać i jak najrzadziej pisać samemu. Anglicy są dzisiaj wzorem, jubileusz stał się okazją wysypu prawdziwych znakomitych monografii, a tutaj paszkwilanctwo nam się rozpleniło i jeszcze domaga się szacunku w imię wierności, no właśnie czemu? Tego już „obrońcy” katolicyzmu nie potrafią wyłuszczyć.
a ja zasugeruję przewrotnie, że abp. Marek J. jak najbardziej jest soborowym biskupem, bo stara się odczytywać znaki czasu, co Vaticanum Secundum postulowało jako zadanie Kościoła. Problem z tym, że trudno wyznaczyć obiektywne kryterium, które miałoby stanowić miarę właściwego ich odczytania, zwłaszcza, gdy owe znaki czasu mocno wykraczają poza materię nauczania kościoła, w sensie tematycznym, nie mówię o punkcie widzenia, bo tu zawsze można się wybronić wskazując na wymiar moralny czy eschatologiczny.
Zatem jesteśmy skazani na pewien kościelny liberalizm różnych „opinio”. Póki mamy do czynienia z ich konfrontacją w otwartej i dobrej dyskusji, to nie ma problemu; ten pojawia się dopiero wtedy, gdyby biskupie „opinio” miałoby stać się urzędowym nauczaniem (scientia). Jak to miał rzec O. prof. Ogarek OP, na dictum egzaminowanego księdza, że biskup też jest nieomylny w sprawach moralności i wiary, „czy ksiądz myśli, że Duch święty w każdą trąbę będzie dmuchał?”
Jestem gotów zgodzić się z perspektywą Vaticanum Secundum jako zachęty by odczytywać znaki czasu, jednak mam kłopot z umieszczeniem w tej perspektywie abpa Marka J., który nie tyle znaki czasu odczytuje ile raczej folguje swoim niezbyt dialogicznym fobiom. Przecież nie tylko obraża chrześcijan wywodzących się z reformacji, ale jak mi przypomniał jeden z korespondentów „z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego chyba 2 lata temu porównał nas (tych co popierają in vitro itp.) do czerwonej bolszewickiej zarazy itd”. Takich kwiatów „trąby” J. by pozostać przy barwnej metaforze O. prof. Ogarka OP, jest znacznie więcej i jako żywo przypisywanie tychże duchowi Vaticanum Secundum uważam za niestosowne.
Zgadzam się, że owo odczytywanie znaków czasu jest dość „osobliwe”, by to tak ująć. Problem tylko w tym, czy mamy jakieś „obiektywne kryterium”, które pozwalałoby na określenie kiedy nasz milusiński purpurat z poznańskiej kuźni inteligentów starej daty, czyli wykwintnego „Marcinka” (to taki poznański „Nowodworek” dla krakusów, czy dla warszawiaków „Reytan” lub „Batory”) odpłynął lub popłynął na szerokie wody zrywając się z uwięzi kerygmatu i wewnętrznej spójności dogmatycznej. W czasach post-moderny, również w teologii, mamy tylko interpretacje… jedne mogą być bardziej sympatyczne, a inne mniej. Co do ataków na Reformację, polecałbym dzisiejszy Tygodnik Powszechny, w którym jest całkiem spory blok materiałów, w tym wywiad z łódzkim następcą uwznioślonego Mareczka, który mało dyplomatycznie swawoli, czyli abp. Rysiem. Ten ma przynajmniej świadomość, że pewna część winy leży również po stronie KRK.
Dziękuję za zwrócenie uwagi na rozmowę z abpem Rysiem, właściwie odpowiada na postulat wyrażone w tekście: „Na takie jawne przekłamania powinni odpowiedzieć katoliccy historycy, jak choćby następca Jędraszewskiego w Łodzi, abp Grzegorz Ryś”. Więc jestem w pełni usatysfakcjonowany. A apbem J. przestaję się zajmować bo uznaję jego wypowiedzi za nieistotne i nie warte zachodu..
Obawiam się, że abp. M. J. cierpi na syndrom Atlasa. Jest to przyległość wielu biskupów, którzy gdy niemi zostają przechodzą z formy pierwszoosobowej na formę pluralis maiestaticus i wypowiadają się w poczuciu wielkiej odpowiedzialności za świat boży i nie tyko boży, przygnieceni ciężarem globu, który na swych biskupich barkach dźwigają. Stąd podpierają się pastorałem, a piuska chroni glacę od zaziębienia. Ale na poważnie, jest moim zadniem coś na rzeczy, że czują się w obowiązku mieć inne zdanie, czy też inaczej rozkładać akcenty, niż by to robili jako profesorowie. Miast wielu aspektów sprawy, o której mówią, wypowiadają się ex cathedra jakby dął w nich sam Duch Święty (stąd ów Ojciec Ogarek). To trochę jak z „Blues Brothers”: „we are on Mission, Mission from God”. I już z takim nie pogadasz, tak jest o swej misji przekonany.